|

 

MAŁGORZATA POŁUDNIAK  redaktorka „sZAFy”, felietonistka „eleWatora”. Autorka tomików wierszy i opowiadań: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016), Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu (2017), 2017. Antologia współczesnych polskich opowiadań (Wydawnictwo FORMA).

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy



 

 

TADEUSZ BARANOWSKI Absolwent Wydziału Grafiki i Malarstwa ASP w Warszawie, pracownia prof. A. Nacht-Samborskiego i prof. A. Kobzdeja. Dyplom z wyróżnieniem w 1969 roku. Udział w licznych wystawach w kraju i za granicą. Oprócz malarstwa zajmował się także grafiką użytkową (szczególnie prasową, tworząc liczne autorskie layouty pism) oraz twórczością dla dzieci, za którą otrzymał od Ministra Kultury i Sztuki oraz Dziedzictwa Narodowego medal „Gloria Artis” (2007 r.). W latach 1984-1990 współpracował z belgijskim wydawnictwem Editions du Lombard. Znalazł się, jako jedyny polski ilustrator, w ekskluzywnym wydaniu piosenek J. Brela opublikowanym w Belgii i Francji. Za sprawą swoich autorskich komiksów dla dzieci (m.in. Antresolka Profesorka Nerwosolka, Skąd się bierze woda sodowa, czy Podróż smokiem Diplodokiem) znalazł się w amerykańskiej antologii wydanej przez wydawnictwo Universe pt. 1001 Comics You Must Read Before Die. Jego obrazy znajdują się w zbiorach Zachęty, MKiS, Teatru Studio w Warszawie oraz w zbiorach prywatnych. Stworzył własną technikę malarską wykorzystującą różnorodne materiały (pleksi, tkaniny, polistyren, akryle, oleje, itp.) Pozwala ona na konstruowanie prac bliskich płaskorzeźbie poprzez piętrowe nakładanie warstw różnorodnej materii. W jego abstrakcyjnej rzeczywistości odnajdziemy także pejzaże, martwe natury.

Archiwum sZAFy #62
Archiwum sZAFy #60
Archiwum sZAFy #52

http://www.saatchionline.com/
http://www.artslant.com/
http://www.facebook.com
http://tadeuszbaranowski.eu/


 

 
 

Małgorzata Południak – Zdarzają się bardzo trudne sytuacje i można je rozpatrywać na wiele sposobów. Bo przecież nie byłoby Profesorka Nerwosolka, gdybyś bezwzględnie i uparcie podporządkował się malarstwu. Jednak spróbujmy może wyjść z tych trudnych, emocjonalnych rozważań. Wspomniałeś wcześniej o pierwszej miłości. Namalowałeś dla niej obraz? 

Tadeusz Baranowski Zanim zacznę cokolwiek pisać o moich pierwszych uniesieniach miłosnych, chciałbym najpierw napisać coś tak ogólnie na ten temat. Bo to były zupełnie inne czasy i miłość była tajemnicą, którą odkrywało się wówczas nie w jeden wieczór, ale miesiącami. Tym bardziej, że ja całe życie byłem mężczyzną nieśmiałym i dalej, pomimo mojego wieku, wierzę przede wszystkim w rolę uczuć w tych sprawach.

W latach 50-tych, gdy byłem nastolatkiem, nie miałem żadnych możliwości nawiązywania kontaktów z płcią przeciwną. Nie było dyskotek i innych miejsc spotkań towarzyskich, które ułatwiałyby takie kontakty. (Tak przynajmniej było w latach 50-tych w Lublinie).

Poza tym do godzin popołudniowych szkoła, potem do domu „Uczyć się! Uczyć się! Uczyć się!”, więc nawet spotkania z kolegami po szkole były rzadkością. Myślę też, że z powodu fatalnych warunków, w jakich wtedy mieszkaliśmy, byłoby to dla nas bardzo krępujące. Liceum, do którego uczęszczałem, nazywano liceum „męskim”, więc jedynymi tam kobietami były panie nauczycielki. To samo dotyczyło moich rówieśniczek, które uczęszczały do tzw. liceów „żeńskich”. Wyobraź sobie edukację w tamtych czasach w zakresie kontaktów męsko-damskich. To był temat temat tabu, tak w szkole jak i niestety w domu. Kiedyś jakiś kolega przyniósł do klasy gdzieś zdobytą prezerwatywę. Wzbudziła powszechne zdumienie i sensację wśród 13-letnich chłopców i była pokazywana po kątach w tajemnicy. Nie było do końca jasne do czego służy. Chłopcy dopiero dojrzewali, więc rozmiar gumy wprowadzał nas też w pewną dezorientację. Czasem jakiś kolega mówił tajemniczo, że on COŚ wie na temat kobiet, ale kręcił przecząco głową, gdy dopytywaliśmy się już o konkrety. Nie wiadomo na przykład było, jak ten bocian przynosi niemowlę. Jak kobieta wygląda nago, z grubsza wiedziałem, oglądając albumy z malarstwem Rubensa. Z grubsza, bo wiadomo jaki typ kobiety malował Rubens. Ale i tak na obrazach namalowane były tiule osłaniające to i owo. Gdy już w klasie maturalnej jeden z bardziej zorientowanych w tej materii kolegów z klasy „zrobił dziecko” koleżance z liceum żeńskiego, oboje zostali relegowani ze swoich szkół.

Jednak wtedy uczono nas przez cały czas szacunku do kobiet. Uczono tego w szkole i w domu. Mój ojciec do końca życia, będąc już ciężko chorym człowiekiem, nigdy w autobusie nie siadał, szczególnie, gdy obok stały kobiety. I natychmiast zrywał się na równe nogi (jeśli usiadł), jeśli do autobusu wsiadła o 50 lat od niego młodsza dziewczyna. Taki sposób zachowania został także wpojony mi na całe życie i siadam w środkach komunikacji miejskiej tylko wtedy, kiedy autobus lub wagon w metrze jest w zasadzie pusty. Z przykrością więc patrzę teraz na rozwalonych w metrze, nieraz na dwóch siedzeniach jednocześnie, młodych byczków ze smartfonami w dłoniach, rzucających bezmyślne spojrzenia na stojące obok objuczone siatami kobiety.

Nie to, żebym chciał tu powiedzieć, że ze mnie taki dżentelmen, ale odnoszę się całe życie do kobiet z wyniesionymi z domu zasadami i szacunkiem. Ustępuję więc miejsca, przepuszczam kobiety w drzwiach, kupuję kwiatki na zwykłe spotkania towarzyskie i całuję w rękę, co już podobno nie jest obecnie mile widziane przez niektóre panie i postrzegane jako niehigieniczne. W moim życiu wiele dobrego zawdzięczam właśnie kobietom, pomogły mi i pomagają w wielu dla mnie trudnych momentach. W okresach błędów i wypaczeń. Pomagały i pomagają najczęściej bezinteresownie. Tego raczej nie uświadczysz od mężczyzny.

Zdarzało się też jednak, że moje z szacunkiem i atencją traktowanie kobiet przynosiło mi też kłopoty. Zwykłe ofiarowanie kwiatków lub przyjacielski spacer pod rękę, miły gest w postaci pomocy przy niesieniu zakupów, bywały, jak się później okazywało, rozumiane opacznie jako erotyczne zaloty. Z czego nie zdawałem sobie sprawy. Wiele, wiele lat temu, gdy byłem jakiś czas gościem w domu mojego dawnego znajomego, pewnej nocy, po wesołej zabawie, jego żona postanowiła „odwiedzić” mnie w nocy w pokoju, w którym nocowałem. Odmowa „współpracy” zaowocowała później wieloletnim, mściwym komplikowaniem mi życia, tak zawodowego jak i prywatnego. Z perspektywy minionych lat i różnych doświadczeń pierwsza romantyczna, platoniczna miłość wydaje mi się przeżyciem naprawdę pięknym. Sam dotyk rąk dostarczał wtedy prawdziwych, nieporównywalnych z niczym później wzruszeń.

Bolesne odrzucenie. Wróćmy jednak do lat pięćdziesiątych i pierwszej miłości...

Jedyną możliwością poznania dziewczyny w tamtym czasie były okresowe wieczorki połączone z tańcami, na które raz na kwartał moja klasa lub jakaś inna klasa, z inicjatywy szkoły, zapraszała rówieśniczki ze szkoły żeńskiej. To było możliwe dopiero w dziesiątej klasie liceum. Wychowawcy widać uznali, że to już ten wiek, kiedy należy na takie kontakty młodzieży dojrzewającej pozwolić. Ja znowu znalazłem się w dodatkowo trudnej sytuacji, bo jak pisałem wcześniej, grałem w zespole jazzowym, który na takich potańcówkach miał obowiązek grać do tańca. Nie było wtedy jeszcze żadnych szczególnych możliwości zradiofonizowania sali gimnastycznej, w której takie imprezy się odbywały. Ale mogłem sobie popatrzeć z podestu auli na siedzące pod ścianą panienki, rzucać spojrzenia znad klawiatury i obserwować, czy „wybranka” je zauważa i odwzajemnia. Miało to też i swoje plusy, gdyż jako „muzycy” staliśmy wyżej na podeście auli, lepiej nas było widać i byliśmy pozytywniej odbierani przez płeć piękną. I była wśród nich jedna blondynka z długim warkoczem do pasa, która odwzajemniała moje spojrzenia. Miała na imię Marta i była to tak zwana miłość od pierwszego wejrzenia. W tamtych latach z miłością i pierwszymi randkami nie było tak prosto jak to jest dzisiaj. Nie było na przykład telefonów komórkowych. W ogóle telefonów nie było. Telefony mieli tylko jacyś wybrańcy. Posiadanie telefonu stacjonarnego było miarą luksusu. Nawiązanie kontaktu z dziewczyną nie było łatwe. Podtrzymywanie tegoż również do najłatwiejszych nie należało. A gdyby nawet telefon był, to zadzwonienie do niej do domu zakończyłoby się wtedy dziką awanturą. 

Nie miało się też odwagi w stosunku do upatrzonej dziewczyny ot tak po prostu podejść i zaproponować spotkanie. To było trudne. Widziało ją się wyłącznie na tych integracyjnych, klasowych potańcówkach raz na trzy miesiące. Aby zobaczyć ponownie wybrankę serca, czekało się więc do następnej takiej klasowej imprezy. Więc szukałem jakiegoś innego sposobu, aby ponownie gdzieś ją spotkać i zobaczyć. Ostatecznie dowiedziałem się, na jakiej ulicy i w której bramie mieszka Marta. I po lekcjach godzinami czekałem po przeciwnej stronie ulicy, spoglądając na bramę z nadzieją, że a nuż z niej wyjdzie, że się pojawi. Przeważnie było to wielogodzinne oczekiwanie bez skutku i liczenie na los szczęścia. Jak się miało szczęście, to czasem rodzice wysłali ją do sklepu po zakupy. Gdy wyszła, mijaliśmy się wtedy i udawaliśmy, że jest to przypadkowe spotkanie. „Dzień dobry” i człowiek leciał uszczęśliwiony do domu. Teraz łatwość nawiązywania kontaktów wśród nastolatków jest dziecinnie prosta. Ale czy dostarczają one podobnych wzruszeń, takich jakie były wtedy moim udziałem? Poza tym porządna dziewczyna była cały czas pilnowana przez rodziców, którzy nie wiadomo czasami, co sobie wyobrażali. O żadnych randkach nie mogło być mowy. Dużo później znajdowało się jakieś preteksty, aby ich jakoś na moment oszukać i na sekundy się zobaczyć. Były to niewinne spotkania i dzisiejsze nastolatki miałyby niezły ubaw dowiadując się, na czym polegały. Jednak rodzice zawsze stali na straży, chyba sami coś mieli kiedyś na sumieniu.

Pamiętam, że pierwszy raz umówiłem się z Martą do kina i całe dwie godziny, zdenerwowany, zastanawiałem się, czy mogę się posunąć do takiej profanacji obiektu uczuć, bym mógł ją wziąć za rękę. Gdy pod koniec seansu, gdy się już zdecydowałem, spodziewałem się, że to będzie już koniec naszej znajomości, a co najmniej ONA wyjdzie z kina. Nic takiego się nie stało. Trzymałem ją za rękę, a mój uścisk został nawet odwzajemniony. Było o czym myśleć (o tym uścisku ręki), było co przeżywać przez następny miesiąc. Była jakaś nadzieja. Dzisiejsze nastolatki, idąc ze sobą na pierwszej randce do łóżka, tak sobie myślę, nie wiedzą, co tracą. 

Dla takiego jak ja niewinnego chłopca pozostawała wtedy tylko intuicja i „zew natury”. Na tych przypadkowych spotkaniach jakoś zleciał nam czas do wakacji i przyszła straszna wiadomość, że Marta wraz z rodzicami wyjeżdża na wakacje do Nałęczowa, oddalonego około 30 km od Lublina. Trudno mi to było sobie wtedy wyobrazić. O żadnych oficjalnych przyjazdach nie mogło być mowy, a nasz „tajemny związek” nikomu nie był wówczas znany. 

Jak wcześniej wspominałem, zbierałem znaczki przyrodnicze i miałem piękny ich zbiór. Miłość jednak nie zna granic, więc wymyśliłem, że ten cały zbiór sprzedam w sklepie filatelistycznym i kupię sobie za zdobyte tym sposobem pieniądze rower, na którym będę do tego Nałęczowa jeździł. Tak też zrobiłem. Pamiętam do dzisiaj, że teren z Lublina do Nałęczowa był bardzo pagórkowaty i przyjeżdżałem tam niezwykle wyczerpany. Nagroda jednak przewyższała wysiłek i mogliśmy się ponownie na kilkanaście minut w tajemnicy zobaczyć. Jeździłem beż przerwy, wywołując w domu zdziwienie moimi kolarskimi zainteresowaniami. Chyba wtedy po raz pierwszy dziewczyna pozwoliła mi się pocałować. Później była zima i nasze spotkania odbywały się w śniegu po kolana na ławeczce na lubelskim cmentarzu, bo mogliśmy tam siedzieć i nikt nam w wieczornych ciemnościach spokoju nie zakłócał. Bywało minus trzydzieści stopni, ale co tam! W końcu o tych naszych spotkaniach jakoś dowiedzieli się nasi rodzice i doszli do wniosku, że bezpieczniej będzie (o naiwności), żebyśmy się jednak może od czasu do czasu spotykali w domach pod ich kontrolą. Co prawda przy pierwszym takim oficjalnym poznaniu Marty przez moich rodziców, uciekli oni w panice do innego pomieszczenia, zostawiając nas samych (o zgrozo!) w ciemnym pokoju, tylko przy zapalonym telewizorze. Dzisiaj ta sytuacja wydaje się bardzo zabawna.

Bez żadnej wiedzy o seksie, której nie wynieśliśmy ani z domu ani ze szkoły, posiadając jedynie wiedzę o procesie rozmnażania pantofelków, okazywaliśmy sobie uczucia tak jak nam pozwalała nasza dziecięca „odwaga” i wyobraźnia.

Zbliżała się jednak wiosna i egzamin na ASP. Egzamin zdałem i jesienią wyjechałem do Warszawy, gdzie otrzymałem lokum w akademiku zwanym Dziekanką. Rozstania z Matrą były coraz dłuższe. Do Lublina przyjeżdżałem właściwie na jakieś święta i, prawdę mówiąc, ja prowincjusz, prawiczek, wpadając w wir „światowego życia” stolicy, zacząłem zaniedbywać moją pierwszą miłość. (Od zawsze wiadomo było, jacy są faceci). Moi rodzice, jak się później okazało, zaprzyjaźnili się z rodzicami Marty. Wtedy już liczyli, że może coś jednak w przyszłości z mojej z Martą znajomości wyniknie. Ale zaczął się okres demoralizacji chłopięcia przybyłego z lubelskiej prowincji przez współlokatorów pokoju, w którym zamieszkałem. Był to pokój jedenastoosobowy, więc miałem wielu „nauczycieli” i „doradców”. Tym bardziej, że ja miałem wówczas lat siedemnaście, a niektórzy moi współlokatorzy mieli po lat trzydzieści i więcej, byli doświadczonymi wyjadaczami, doświadczonymi mężczyznami, którym ja za wszelką cenę chciałem dorównać. Byli to ludzie po trzecim lub czwartym podejściu do egzaminu i dopiero dostali się na Akademię. Starałem się im dorównać pod każdym względem. Znalazłem się poza kontrolą rodzicielską, z naiwnymi zasadami wyniesionymi z domu, które nie miały nijakiego zastosowania w nowej sytuacji życiowej i na które nikt mnie w domu nie przygotował. To wszystko miało potem konsekwencje na dalsze moje życie. Moi starsi koledzy mój brak doświadczenia i naiwność bez skrupułów potrafili wykorzystywać. W Warszawie wchodziłem więc bez żadnego przygotowania w dorosłość i całkowicie inny etap mojego życia.

Istotnie – brak telefonów, brak social mediów nie ułatwiało życia, ale wtedy ludzie jakoś łatwiej radzili sobie z codziennością. Czasami wspominam momenty, kiedy czekałam na telefon od męża i jaka to była dla mnie katorga, wtedy nie było jeszcze sieci komórkowych i internetu, a przecież to nie aż taka odległa rzeczywistość. Mogę tylko sobie wyobrazić, co przeżywałeś. Wyjechałeś do Warszawy i nastąpił kolejny etap. Jak go wspominasz?

Do rodziców i znajomych pisałem listy i wysyłałem je pocztą. Innej możliwości kontaktu nie było. Nie mieliśmy w domu w Lublinie stacjonarnego telefonu. Pisanie listów było jedyną dostępną formą porozumiewania się na odległość.

Tak więc zamieszkałem w Dziekance jako student pierwszego roku ASP. Moich rodziców nie stać było na wynajęcie prywatnej kwatery w Warszawie, natomiast akademik z racji niskich zarobków mojego ojca przyznano mi za darmo. I tak miałem szczęście, że mi go przyznano, bo byli i tacy studenci, których podania o akademik odrzucano. Z tego samego powodu (zarobki ojca), otrzymałem też niewielkie stypendium pieniężne oraz darmowy bon żywnościowy na posiłki w stołówce akademika. Dzisiaj wiem, że gdybym nie zamieszkał wówczas w akademiku, moje życie mogłoby być kompletnie inne i być może potoczyłoby się zupełnie innymi torami. Całe życie człowieka często zależy od takich sytuacji.

Dziekanka to był taki zamknięty rewir, taki zaczarowany krąg, z którego nie sposób było się już wyrwać. Miejsce, gdzie pewna grupa ludzi była skazana wyłącznie na siebie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Taka mniej lub bardziej zdemoralizowana rodzina, do której, jak to do rodziny, trzeba było się przystosować. Nie wiedziałem wówczas, że można też było żyć inaczej i że można było dokonywać innych wyborów. Płynąłem z tym nurtem wydarzeń i studenckiego życia. Po lubelskim domu Dziekanka przejęła nade mną kontrolę i zaczęła mnie „wychowywać”.

Studenci-warszawiacy niezbyt chętnie prywatnie bratali się z kolegami przybyłymi z prowincji i odnosiło się wrażenie, że czują się w jakiś sposób od nas lepsi. Przez co krąg towarzyski, w którym się obracaliśmy – my i oni, był zupełnie inny. W pracowni byliśmy kolegami, poza pracownią raczej mieliśmy sporadyczne kontakty. Chyba, że któryś z warszawiaków lub warszawianek postanowili się na krótko „zeszmacić” towarzysko i osobiście rozrywkowo upodlić. Wtedy przybywali do nas, do Dziekanki. Nie na odwrót. Na przestrzeni kilku lat przypominam sobie tylko kilka takich imprez towarzyskich, na które mnie do warszawskiego domu zaproszono. Chlubnym wyjątkiem była koleżanka, w dodatku z arystokratycznego domu (sic!), która przy różnych okazjach mnie do siebie zapraszała. Czułem się tam wtedy „elementem egzotycznym”. Tam był kwiat młodzieży Warszawy. Zupełnie mi nieznany. Byłem jak bohater filmu „Emigrant”. Tam też spotykałem po raz pierwszy młodzież stolicy z tzw. wyższych sfer, która nie wykazywała żadnego zainteresowania przyjaźnią z nami prowincjuszami. Oni mieli swój zupełnie inny świat, o którym ja nie miałem zielonego pojęcia. Do grupy młodych ludzi z tzw. warszawskiego „haj lajfu” zaliczali się wówczas przede wszystkim studenci warszawskiej Architektury (jeden z nich, przypadkowo tam poznany, to obecnie artysta światowej sławy). Bywał tam też młody pisarz, piszący już wówczas scenariusze do filmów Wajdy. Obecnie też pisarz światowej sławy. Podziwiałem ich, ale oni nie traktowali mnie zbyt poważnie, bo wówczas wyglądałem jak dzieciak.

Oni już byli prawdziwymi facetami, zaprawionymi „w bojach towarzyskich”. Obracali się w świecie wielkiego lub małego życia kulturalnego ówczesnej Warszawy. Spatif, Stodoła, Harenda to były miejsca w których się spotykano. Różnica pomiędzy moim ówczesnym światem lubelskim i tym warszawskim, to była przepaść nie do przeskoczenia. Bywałem też sporadycznie w warszawskim domu bardzo znanej pisarki dla młodzieży. Przychodziłem tam ze względu na jej śliczną córkę, rozpuszczoną do granic możliwości przez rodziców smarkulę, nastoletnią piękność. Ale oprócz mnie chodzili też tam do niej inni młodzieńcy (a jakże! studenci z Architektury), przy których byłem bez szans na romans. Wszyscy razem byliśmy wtedy dla niej tylko chwilową zabawką. Ta rozpuszczona pannica uwielbiała takie umizgi młodych samców.

A alkohol?

W tamtych czasach był jedyną i podstawową używką. Iskrą zapalającą imprezy, tym, co spajało przyjaźnie i co je niszczyło. Jednocześnie o alkohol wcale nie było łatwo. Wódka – owszem, dość regularnie stała na półkach w sklepach monopolowych, ale już wino czy piwo pojawiały się tam rzadko. Jednocześnie za Gomułki władza ludowa potrafiła zadbać o swój lud robotniczo-chłopski i wydała przepis, że w dniu wypłaty alkoholu w żadnej postaci nie sprzedawano. Jeśli ktoś tego dnia chciał się napić, to albo zaopatrywał się dnia poprzedniego albo musiał się ten jeden dzień przemęczyć. Jako bardzo młodzi ludzie nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co znaczyła komunistyczna dyktatura. Żyliśmy w tej dyktaturze, w której się urodziliśmy i niczego innego nie znaliśmy. Wiedzieliśmy już, że żyjemy w państwie ubecko policyjnym i dopiero powoli docierał do naszej świadomości fakt, że nie żyjemy w kraju demokratycznym.

Mój ojciec słuchał „Głosu Ameryki” z jego hasłem: „Wiadomości dobre lub złe, ale zawsze prawdziwe” albo „Wolnej Europy”, skąd czerpano wiedzę o sytuacji na świecie i w Polsce. Bo reżimowe Polskie Radio podawało tylko takie komunikaty, jakie im Komitet Centralny partii wiodącej pisał. Miałem 8 lat, gdy przy pomocy wojska zdławiono bunt robotników w Poznaniu, a następnie wojska radzieckie krwawo rozprawiły się z powstaniem węgierskim. Do dziś pamiętam retransmitowane przez Wolną Europę rozpaczliwe nawoływania przywódców powstania węgierskiego o pomoc, która oczywiście ze świata nie nadchodziła. Któż by tam chciał, 10 lat od dopiero co minionej wojny, rozpoczynać kolejną? Pomimo tego, że byłem wówczas małym dzieckiem, te podsłuchiwane wiadomości były dla mnie wstrząsające. I do dzisiaj mam w uszach te dramatyczne apele węgierskich powstańców, nadawane przez krótkofalówki.

Głos Ameryki i Wolna Europa były oczywiście zagłuszane przez specjalne urządzenia, konstruowane do tego celu przez obóz socjalistyczny. Trwała walka ideologiczna z zepsutym i wrogim władzy imperialistycznym światem Zachodu. Władza ludowa wciąż powtarzała, że: „…raz zdobytej władzy nigdy nie odda i obetnie rękę każdemu, kto po tę władzę rękę wyciągnie…”. Gdy rzymski cesarz, chory psychicznie Kaligula postanowił mianować swego konia senatorem, to wszyscy w senacie jednogłośnie przyklasnęli temu pomysłowi. A i tak wiadomo, jak to się ostatecznie dla Kaliguli zakończyło. Że też dyktatorzy nie znają historii…

Na ASP studiowali wtedy z nami studenci zagraniczni, pobierając nauki w słynnej wówczas tzw. „polskiej szkole plakatu” u prof. Henryka Tomaszewskiego. I to od nich zaczynaliśmy się dowiadywać, jak jest naprawdę na świecie. Bo wyjazd za granicę był marzeniem ściętej głowy. Chociaż jak wiadomo „Polak potrafi…” i temu tematowi poświęcę więcej miejsca nieco później. Generalnie kontakt studenta z władzą polegał przeważnie na tym, że wracający wieczorem student był przeważnie legitymowany przez MO. Tak dla przypomnienia, kto tu rządzi. Po wylegitymowaniu dostawał kilka pałek na pożegnanie. Nie można się było dać sprowokować, bo tylko na to czekano, aby swoje sadystyczne skłonności mogła MO wyzwolić w komisariacie. A dopiero zbliżał się marzec 1968 roku.

Powracam do rozpoczętego wątku…

Piła cała ówczesna inteligencja, znani artyści, wybitni poeci, pisarze, malarze, nic bez picia nie mogło się odbyć. Elita z wyższych sfer inteligencko-artystycznych piła w Spatifie. Grupa nowicjuszy, czyli studenci, dopiero przyuczająca się do tych radości, piła w gorszych lokalach.

Do Dziekanki natomiast przychodził często i gęsto ten artystyczny już mocno zużyty „gorszy drugi sort” intelektualno-towarzyski. Przeważnie byli to ludzie bardzo znani, zdeklarowani alkoholicy. I ten drugi sort chętnie się z bratał ze studentami. Wiedział bowiem, że my młodzi ludzie, pełni podziwu dla ich nazwisk i legend, zawsze im wódkę postawimy. Przychodzili do Dziekanki, roztaczając uroki swojej przemijającej już sławy. Ale jedynym celem tej ich fraternizacji z młodzieżą miast i wsi było napić się i wzmocnić przed poszukiwaniami okazji do dalszego balowania.

Dzisiaj, nie wiadomo dlaczego, nazywa się ich postaciami „kultowymi”. Na przykład przychodził do Dziekanki naciągać studentów na wódkę Jan Himilsbach, zawsze „nawalony jak stodoła”. Postać często opisywana w różnych wspomnieniach z tamtych lat. Była to bez wątpienia postać mocno egzotyczna, ale ja w jego osobie nigdy nic kultowego nie widziałem. Wprost przeciwnie.


„Dziekanka”

Ze studentami w akademiku pili także ich wykładowcy. Jeśli któryś z nich zaginął na tydzień, to jego żona przynajmniej wiedziała, gdzie trzeba go szukać. Naprzeciwko Dziekanki, na rogu ulic Miodowej i Krakowskiego Przedmieścia, był taki sklepik brama, nazywano ją „U RĄCZKI”. Tam można było czasem, ale tylko bardzo rano nabyć piwo kuflowe. Już na dwie godziny przed otwarciem tej „piwiarni”, skoro świt, stał tam tłum skacowanych facetów. Między nimi na przykład facet bez butów w samych tylko skarpetach. Żona mu buty rano zabrała, ale nawet to nie zatrzymało go w domu. Panowie kupowali od razu po kilka kufli. Sprzedawcę nazywano Rączką, bo miał tylko jedną rękę. Piwo było beczkowe, podłego gatunku, ale do godziny dziesiątej rano beczki były puste. Naprzeciwko Dziekanki była też garmażerka, w której można było także kupić czasem piwo, ale tylko do tatara w ilościach limitowanych. Czasem „rzucili” tam Rizlingi. Były obrzydliwe, kwaśne, ale lepsze niż nic. Studenci Akademii odkryli też, że piwo butelkowe 0,25 l można było czasem nabyć w łaźni miejskiej, która mieściła się naprzeciwko uczelni. I jeśli taka wieść docierała do przyszłych artystów, to kto żyw do tej łaźni się udawał. Natomiast obok Dziekanki, dziesięć metrów od akademika mieściła się niewielka winiarnia zwana „U HOPFERA”, gdzie sprzedawano codziennie czerwone wino Egri Bikawer. Sprzedawano je na szklanki w cenie 10 zł. Na drzwiach wejściowych tego przybytku wisiał napis: „ZAPRASZAMY W INNE BRAMY” i tu gromadzili się smakosze tego wina. Pani Stasia, która wino sprzedawała, była zaprzyjaźniona ze wszystkimi bywalcami tego przybytku i czasami dawała nam to wino na kreskę. Zawsze przy ladzie stały od rana do wieczora te same postaci. Znany krytyk sztuk pięknych, znany felietonista z tygodnika Kultura lub jakiś inny niespełniony pisarz lub artysta. Sączyli to wino od rana do wieczora, patrząc z wyższością na studencką brać. Tak jakby ich kac był lepszy od naszego. Pierwszy raz upiłem się na pierwszym roku studiów.

W siedmioosobowym pokoju, z braku innych warunków, „kwitło” także siermiężne życie erotyczne. Do starszych wiekiem, doświadczonych kolegów z pokoju przyjeżdżały co jakiś czas ich dziewczyny z innych miast. I nieraz rano gdy otwierałem oko, widziałem na sąsiednim łóżku dwie głowy wystające spod kołdry. Łóżka stały jedno obok drugiego. W Dziekance obowiązywał zakaz przebywania gości po godz. 22.00. Wchodząca osoba pokazywała na portierni dokument, dostawała przepustkę, w której było napisane, gdzie, do kogo i na ile. Po 22.00 brama wejściowa była zamykana i otwierana tylko dla późno powracających studentów. Bramę otwierała portierka o pseudonimie „Szalona”, z demonstracyjnie okazywaną wściekłością, gdyż kręcący się nieustannie nocą studenci zakłócali jej błogi spokój. Trzeba było wiele sprytu i zmysłu kombinacyjnego, aby gościa, który po godz. 22.00 miał w pokoju zostać tak przez portiernię przeprowadzić, by nie został zauważony. Robiliśmy w tym celu zamieszanie na korytarzu przy wejściu, aby odwrócić uwagę portierek. Zawsze z sukcesem. A do pokojów później nikt już nie chodził i nic nie sprawdzał. Z bracią studencką akademika, czyli z nami, bardzo też były zaprzyjaźnione panienki „pracujące zawodowo” w mieszczącym się nieopodal hotelu Bristol. Miały swoje pseudonimy, nie wszystkie pamiętam, ale były na przykład takie wiele mówiące jak Paszcza, Paskuda czy Ruda. Wspomina o tych dziewczynach w jednej ze swoich książek sławny polski pisarz, który także je znał. Były to równe dziewczyny, miały pieniądze w postaci dewiz, wówczas niedostępnych dla normalnego obywatela. Potrafiły studentom „postawić”. Również alkohol. I również się z nimi napić, miło spędzając towarzysko czas, jako pewnego rodzaju chwilowy oddech od tej, co by tam nie mówić, trudnej fizycznej pracy zawodowej. Za tzw. „inne” usługi od swoich przyjaciół studentów nie brały nigdy pieniędzy. Chętnie służąc zainteresowanym bezinteresowną pomocą w nagłej potrzebie. Potrafiły z tego wyniknąć kłopoty, ponieważ pracująca zawodowo w hotelu pod okiem alfonsa dziewczyna potrafiła się także zakochać w studencie. On początkowo był nawet bardzo dumny z faktu, że, co by tam nie gadać, profesjonalistka, potrafiła docenić jego umiejętności. Ale gdy taki student kochanek nie był jej wierny lub zaczynał się puszczać na boku i gdy takie wiadomości docierały do jej uszu, to zdradzana potrafiła swego alfonsa do delikwenta wysłać na rozmowę wychowawczą oraz w celu uporządkowania jego życia uczuciowego. Krótko mówiąc praca w hotelu to była tylko praca, natomiast miłość to zawsze miłość, Zawsze zwyciężała. Te dziewczyny po jakimś czasie, udając zakochane dziewice, podłapywały jakiegoś naiwnego cudzoziemca i wychodziły za niego za mąż, opuszczając naszą piękną ojczyznę. Był to dla nich wielki awans społeczny, tym bardziej, że w latach 60-tych wyjechać za granicę graniczyło z cudem. Podobno były potem świetnymi, wiernymi żonami. Rozwijały tam biznesy i wiodły mieszczańskie życie. W Dziekance, oprócz studentów ASP, mieszkali także studenci kształcący się na aktorów w Wyższej Szkole Teatralnej oraz studenci z Wyższej Szkoły Muzycznej, Poznałem wtedy kilka osób, które wiele lat później stały się wybitnymi aktorami scen polskich. Ale po zakończeniu studiów takie znajomości nie przetrwały…

Nie miałeś poczucia, że imprezowanie kolidowało z zajęciami na ASP? Twoje umiejętności muzyczne odegrały jakąś rolę w tym spożywaniu wolności i młodości?

Zajęcia na Akademii zaczynały się o 10.00 rano, trwały do 13.00, potem była przerwa na obiad i od 15.30 były zajęcia z malarstwa do wieczora. Były to zajęcia, na których uczono mnie wszystkiego od podstaw i było to głównie rysowanie węglem aktów na dużych papierach pakowych. Węgiel był bardzo wygodnym narzędziem, bo można go było wycierać ręką lub szmatką z tych papierów, aby robić poprawki. Aktów, głównie kobiecych. Pierwszy raz wtedy w pracowni zobaczyłem żywą, nagą kobietę. Ale modelki były tak dobierane, żeby młodym adeptom sztuki podczas rysowania żadne świństwa do głowy nie przychodziły. A więc pozowały nam wtedy wysłużone stare kobiety, pamiętające jeszcze chyba carskie czasy, zniekształcone przez życiowe przejścia. Wyjaśniono nam, że zniekształcone ciało jest ciekawszym obiektem do rysowania niż ciało młode i piękne. Jednak myślę, że chodziło o naszą moralność i odpędzanie nieczystych myśli. Gdy któregoś razu jeden ze studentów na własną rękę zorganizował nam młodą, ładniutką modelkę do pozowania, profesor przerażony i w panice natychmiast ukrócił taką studencką kreatywność. Druga rzecz, bardzo ciekawa. Pozujące kobiety były zawsze nagie, natomiast mężczyźni pozowali zawsze w slipach. Teraz podobno jest już na uczelni równouprawnienie i obie płcie pozują bez majtek.

Wówczas jeszcze nieźle grałem ragtime na fortepianie. W Dziekance była wiecznie pusta świetlica, w której ten instrument się znajdował i można było sobie samemu porzępolić. Czasem przychodził tam poćwiczyć znany wówczas zespół dixelendowy HAGAW i czasem pozwalali mi porzępolić razem z nimi. Jednak przeważnie pogrywałem sobie sam, dla własnej przyjemności. Czasem tam przychodził słuchać tego mojego grania jakiś młody człowiek ze średniej szkoły muzycznej, który uczył się w niej wtedy chyba gry na wiolonczeli, ale też grał na pianinie. Słuchał jak gram i prosił mnie, abym mu pokazywał jak grać te „kawałki”. Grałem już wtedy głównie ze słuchu, bo minęło sporo lat od czasu gdy porzuciłem średnią szkołę muzyczną. A ten chłopak był z tymi sprawami na bieżąco i chwytał wszystko w lot. Po jakimś czasie grał już lepiej ode mnie, a po latach dowiedziałem się, że poświęcił się tamu gatunkowi całkowicie, nagrywał solo świetne płyty regitamowe i występował na Jazz Jambore. Pamiętam, jak się nazywał, ale generalnie postanowiłem nie używać nazwisk ludzi, z którymi nie łączyła mnie jakaś głębsza zażyłość.

Mój przyjaciel Jurek Kozicki, jak wspominałem, porzucił Politechnikę i zaczął uczyć się profesjonalnego grania na perkusji (wcześniej też grał, ale ze słuchu). Grał z profesjonalnym, znanym wówczas zespołem, grającym jazz tradycyjny „NEW ORLEANS STOMPERS”. Pamiętam, gdy pewnego razu ten zespół grał w warszawskiej „Stodole”. Jurek zaprosił mnie do pianina do wspólnego grania, ale po kilku takich próbach doszedłem do wniosku, że to już „za wysokie progi” dla mnie. Z resztą już się z tym pogodziłem, że Jurka nie dogonię.

Natomiast namawiano mnie do grania w nowo powstających klubach studenckich w charakterze akompaniatora i tak przez krótki czas robiłem, na przykład przy organizowanym przez Macieja Zembatego kabarecie. Na to też jednak nie miałem za bardzo czasu, bo bardziej czułem się związany z Akademią. To było w tym samym czasie, gdy studentka AWF, drobna blondyneczka o nazwisku Maryla Rodowicz, wygrała jakiś swój pierwszy studencki konkurs piosenki, pojawił się śpiewający chłopiec o nazwisku Marek Grechuta, a z głośnika akademickiego radiowęzła zaczęły płynąć piosenki nowo powstałego w Anglii zespołu o nazwie THE BEATLES.

W naszym akademiku każdej soboty odbywały się potańcówki, na które w zasadzie mógł przyjść każdy, jeśli jeszcze było miejsce. Do tańcowania od godz.19.00 do północy przygrywał zespół Włodzimierza Nahornego. Około północy zwijał już swoje instrumenty. Wtedy za przynoszone do fortepianu piwo grałem do tańca ja. Do samego rana. To właściwie były takie moje ostatnie kontakty z pianinem, coraz rzadsze, aż ostatecznie, nie mając w domu instrumentu, przestałem grać. Ręce miałem coraz mniej sprawne. Jeszcze czasem gdzieś, gdzie stał instrument, siadałem, chcąc się popisać, ale wypadało to coraz marniej i ostatecznie dałem sobie z graniem całkowity spokój.

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.