|

 

RADOSŁAW WIŚNIEWSKI – Rocznik 74. Poeta, publicysta krytyk literacki; współzałożyciel i redaktor naczelny kwartalnika "Red." (2006-2012). Absolwent psychologii UJ w Krakowie, ponadto studiował w Opolu i Toronto. Mieszka w Kiełczowie, pracuje we Wrocławiu. Współzałożyciel i wieloletni prezes działającej w Brzegu grupy poetyckiej Stowarzyszenie Żywych Poetów. Był jednym z głównych twórców wydawanego przez tę grupę w latach 1998 - 2004 artzinu "BregArt", w latach 2002-2003 był stałym współpracownikiem pisma "Undergrunt", w latach 2000-2001 naczelny i jedyny redaktor "Informatora Kulturalnego Opolszczyzny". Publikuje stale w pismach literackich, współpracował także z czasopismem "Studium" jako felietonista, w latach 2003-2007 współpracował z czasopismem "Odra" jako współredaktor kwartalnego dodatku literackiego - "Ósmy Arkusz". W latach 2007 -2012 współpracował z serwisem www.empik.com jako krytyk/publicysta. Laureat wielu wielu konkursów literackich i nagród. Autork książek: Nikt z przydomkiem, Albedo, NeoNoe, Abdykacja, Inne bluesy, Psalm do św. Sabiny, Dzienniki Zenona Kałuży. Publikuje w prasie literackiej i społeczno-kulturalnej. Książka prozatorska o roboczym tytule Trans-migracja obecnie szuka swojego szczęśliwego wydawcy. Obecnie pracuje nad zbiorem tekstów pod tytułem Kwestionariusz Putinowski oraz inne medytacje w czasach post-prawdy, nad większą prozą pod tytułem Stowarzyszenie Żywych Poetów oraz zbiorami opowiadań Blues, Pewnego pięknego dnia i Biurwa. Z tego ostatniego zbioru pochodzi publikowany fragment.

 
 
 

Państwo Oluwasegun. Gabon, Polska
 

Dlaczego on to zrobił? Dlaczego w ogóle oni to robią? Potem taka głupiego robota wzywanie na przesłuchanie, sprawdzanie, odpytywanie. Czy oni nie wiedzą, że nam się też nie chce grzebać w ich życiorysach?! Nikt tego nie lubi, sprawdzać autentyczności ich małżeństw, związków z Polską. No niech sobie będą do cholery w tej Polsce, niech sobie pracują, płodzą dzieci, ale niech też szanują nas, nasz czas. Okej, wniosek jest napisany po polsku, ale dostają przecież pouczenie w zrozumiałym dla siebie języku, nie zawsze w swoim ojczystym, ale dostają do jasnej cholery. Tam jest przecież napisane, że jak się zatai ważny fakt z życia, to się nie dostanie pozytywnej decyzji o zamieszkaniu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej na czas oznaczony, zwanej potocznie „pobytem czasowym”. Czy on o tym wie, kiedy tak siedzi przede Inspektorem w oszklonym pokoju na końcu wielkiej sali i patrzy to na niego, ukrytego za przedpotopowym biurkiem, monitorem komputera, a to na stalowe szafy archiwalne za jego plecami? Czy on już czuje, że dał dupy, spierdolił, że nie będzie lekko? Czy wie dlaczego go wezwano, chociaż jest mężem Polki, a z dokumentów wynika, że także ojcem dwójki dzieci.
- Pouczam Pana o odpowiedzialności grożącej za składanie fałszywych zeznań wynikającą z artykułu 233 paragraf 1 kodeksu karnego, co oznacza, że za poświadczenie nieprawdy lub zatajenie prawdy może Pan zostać ukarany karą więzienia do lat trzech – ta sama formułka przy przesłuchaniu wyklepywana tyle razy dzisiaj nabrała jakby nowej mocy, bo Inspektor wiedział, a Gabończyk nie, dlaczego został wezwany na przesłuchanie. Inspektor patrzył na niego wyćwiczonym rybim wzrokiem, a on na Inspektora i chyba już wiedział, że coś jest nie tak, chociaż nie wiedział co. Marszczył nos, mruga powiekami skrywającymi oczy o tak wielkich i ciemnych źrenicach, jakby w ogóle nie miały rogówki. Ciemne oczy w ciemnym obrysie twarzy i te śmieszne, krótkie, kręcone dredy. – Rozumie Pan pouczenie?
- Tak, ja lozumie, lozumie – potwierdził Gabończyk łypiąc wielkimi źrenicami i pochylając głowę lekko do przodu, a zarazem chowając ją między ramiona jak zmarznięty ptak.
- Proszę Pana, wezwałem Pana na spotkanie – ach, ten odruch zmiękczania źle kojarzących się słów jest silniejszy. Ludzie boją się słowa „przesłuchanie”. To się zawsze źle kojarzy. Wszystkim. Ormianom, Gruzinom, Rosjanom, Turkom, Żydom, Wietnamczykom. Na przykład tej Starej Łemce do której Inspektor pojechał w zeszłym tygodniu do bloku przy Zielińskiego. Mimo, że starał się, pochwalił domowe ciasto, smak herbaty w szklankach w metalowych koszyczkach, ta powtarzała tylko „ja nic nie wiem, proszę mnie nie męczyć, ja mam chore serce, ja naprawdę nic nie wiem”. Dostała pismo z paragrafami, ze słowem przesłuchanie i odkręcił się film kobiecinie, mówił potem młody Łemko na parkingu pod blokiem paląc papierosa. Łemko też już czuł, wiedział, że nie poszło najlepiej, skoro jedyna ciotuchna, która mogła potwierdzić jego polskie korzenie nie chce nic mówić. Stali i palili papierosy obok siebie jakby byli kumplami, znajomymi, jakby chodziło im w gruncie rzeczy o to samo, pomimo tego, że Inspektor dostał ten przypadek z krótkim poleceniem służbowym: „Mamy ponownie rozpatrzyć, zrób to czego chce druga instancja i uwal go znowu”. Zatem Inspektor wiedział, że niezależnie od tego co mogła zapamiętać ciotuchna, decyzja zapadła, chociaż nikt jej nie zapisał, była nieodwołalna, chociaż nikt jeszcze nie zapoznał się z wywodem, argumentacją strony.
- Był katolikiem? – zapytał Szef
- A to ważne? – odpowiedział pytaniem na pytanie Szefa Inspektor.
- Katolicy to byli Polacy, cała reszta to nie byli Polacy – rzucił Szef wyraźnie poirytowany. – nie mędrkuj kurwa, nie ma dokumentów, dziadkowie chodzili do cerkwi, a Boże Narodzenie obchodzili w styczniu.
- Ale jeżeli wykazuje łączność z polską tradycją jak każe ustawa? – nie ustępował Inspektor – przecież wyznanie nie musiało determinować poczucia tożsamości…
- Powiedziałem Ci, nie mędrkuj, druga instancja uchyliła do ponownego rozpatrzenia, to rozpatrz i podtrzymaj poprzednią decyzję w oparciu o nowy materiał dowodowy, co oni tu chcą, że przesłuchać tę ciotkę co on wskazał, nawet jak coś zezna, to przecież facet nie ma żądnych dokumentów potwierdzających, że ma polskie korzenie
- A kto mu w sowieckim sojuzie miał takie wydać?!
-No, i sam widzisz, ciotuchnę przesłuchać, jak się nie da inaczej to u niej w domu, żebyśmy tu trupa w urzędzie nie mieli, a jego uwalić go na brak dokumentów – tutaj Szef skinął ręką, dając znak, że ma naprawdę ważne rzeczy na głowie, a Inspektor powinien się zająć czymś istotnym, nie cierpiącym zwłoki, tym bardziej że w tej części biurewnika zawsze na coś brakowało czasu. Zatem kiedy stali tak Łemko z Inspektorem na parkingu pod blokiem, w zasadzie wszystko było już wiadome. I to pomimo tego, że Łemko na Iwano-Frankowsk, mówił „Stanisławów” posługując się nazwą, której nie potrafi umiejscowić na mapie większość Polaków urodzonych w Polsce. Mówił, że musi pojechać do Stanisławowa, poszukać jakichś dokumentów, może w parafii, kurii. Tak mówił Łemko, przeczuwający jak ten Gabończyk, że coś poszło nie tak, chociaż nie wiedział do końca co. To poczucie władzy i wiedzy podobne temu, które ma się patrząc na zdjęcia młodych Powstańców Warszawskich, gdy możesz często dowiedzieć się z podpisu gdzie i kiedy zginęli, na jakiej ulicy o jakiej porze dnia. Oni jeszcze tego nie wiedzą, uśmiechają się do obiektywu albo do siebie, jakby mieli żyć wiecznie. Inspektor nie lubił tej wiedzy i władzy. Jak nie raz po powrocie ze szkoły, myślał, że wolałby nigdy nie być rodzicem, który miałby ukarać jego samego. Bycie ofiarą ma w sobie coś czystego, nie budzącego wątpliwości. Siadaj. Ale za co. Siadaj, już ty wiesz za co. I dzieci wiedzą że jest coś nie tak, ale ich niewyćwiczony w bezwzględności mózg jeszcze nie umie kleić faktów, połączyć ich silnym łańcuchem przewinienia z ostateczną karą. To jest władztwo, które masz i nikt się ciebie nie pyta czy chcesz je wykonywać czy nie. Ktoś musi. Ktoś. Ty. – Tak, ekhm, więc poprosiłem Pana na spotkanie, nazywane urzędowo u nas przesłuchaniem, bo chciałem wyjaśnić kilka spraw w związku z Pana wnioskiem. Z tym, co Pan tutaj napisał na końcu. W ostatniej części wniosku, tutaj nad podpisem, poznaje Pan? – podjął tok przesłuchania po dłuższej chwili Inspektor.
- Poznaje, poznaje – znowu to łypanie okiem, kiwanie głową, kładzie czarne paznokcie na białym papierze, szuka prostokątnej kratki wzrokiem na tandetnym ksero, zwanym wnioskiem o pobyt. – Ja tu zaznaczyć tak jak jest, plawde
- Czyli mam zaprotokołować, że potwierdza Pan informacje zawarte w części czwartej wniosku?
- Tak, ja powiedziałem, to jest plawda, dlaczego Pan mnie pyta, skoro ja tu napisałem i Panu mówię -
Gabończyk znowu zmarszczył nos i łypnął oczyma bez białek na Inspektora. Siadaj. Ale za co. Już ty dobrze wiesz za co. „Nie wiem do dzisiaj” napisze poeta. „A prawo tak jest prawem jak pola się złocą kiedy żyto dojrzewa” – doda inny.
- Proszę Pana, zaznaczył Pan pod pytaniem o to, czy był Pan karany za przestępstwa popełnione umyślnie kratkę krzyżykiem przy odpowiedzi „nie” o tutaj – znowu się pochyla dotyka wniosku długimi, ciemnymi palcami. Paznokcie, on ma ciemne paznokcie. To myśl, która nie przystoi urzędnikowi stojącemu na straży porządku prawnego – gdzie się kończy czerń Gabończyka? Czy ma ciemne żyły a w nich ciemną krew? Czy ma ciemną jamę ustną i język? Nie, to ostatnie nie, bo widać, że wystawia koniuszek jak dziecko, które wkłada cały swój wysiłek intelektualny w wykonywaną czynność. – zatem zaznaczył Pan odpowiedź „nie”, a tymczasem w piśmie z Komendy Miejskiej Policji dostaliśmy informację, że był Pan skazany trzy lata temu za kradzież, dostaliśmy też dokumenty z sądu i tutaj – (wprawnym ruchem zawodowca Inspektor wyłuskał papiery spod biurka) – wyraźnie jest opis zdarzenia, ukradł Pan coś ze sklepu spożywczego w Bieruniu Małym…Chyba , o jest duża butelka wódki była już w Pana rękach, a świadek zdarzenia udaremnił zabór trzykilogramowego słoika ogórków kiszonych w zalewie…
- Ploszem Pana ! – Krzyknął Gabończyk. W oczach nadal nic nie dało się wyczytać ale w głosie była mieszanina złości i rozpaczy dzieciaka, który wie, że ma sześć pał na koniec roku i właśnie wstawiają mu siódmą, która nic nie zmieni, poza tym, że oddala nadzieję już na zawsze, nadzieję na to, że może być normalnie, że uda się przerzucić szesnaście ton gnoju i wyjść na powierzchnię, zaczerpnąć powietrza. Więc dzieciak wie, że to w sumie bez znaczenia czy dostanie siedem czy sześć czy pięć pał na koniec roku, skoro wystarczy jedna żeby nie dostać się do kolejnej klasy. Ale może właśnie dlatego, desperacko, rozpaczliwie chce pokazać jak bardzo się nie zgadza z karą, która przerasta przewinienie. – To nie było tak! Ploszem Pana!
- Ja przecież nic nie powiedziałem o tym jak było, tylko wskazałem, że udzielił Pan złej odpowiedzi
- Ploszem Pana, ja ukladłem, ale na mleko dla dziecka, ja nie będę mówił, że wszystko było w porząd…ku, bo nie było, ja nie miałem placy, żona też, dziecko musiało mieć mleko, to ja poszedłem, ja wziąłem i on mnie złapał, bo on mnie lubi, mówi na mnie asfalt, mówi czalnuch, tak mówi, mówi, że jeszcze nas wszystkich zapie…ldoli, że moja żona to kulwa, że czalnemu dała, ale ja dla dziecka mleko… a teraz już w porząd…ku ja już placuje, żona zadwolona, państwo Polska zadowolone.
- Z dokumentów przesłanych z sądu wynika, że to była wódka, dokładnie trzy czwarte litra…
- Mleko!
- Mnie wygląda, że wódka, tak tu jest napisane…
- Mleko! On mnie nie lubi ten facet, dlatego podał, że wódka, to plawda, ja kladłem, ale telaz już w porząd…ku…- Oluwasegun podniósł się na krześle i zaraz opadł jakby uszło z niego powietrze. Już wiedział, widział i czuł, że stało się to, w co tak trudno uwierzyć, kiedy z powodu drobiazgu, zmiany decyzji dotyczącej tego czy zjeść obiad w domu czy wyjść na miasto uruchamia się kołowrót zdarzeń, których konsekwencje są trudne do przewidzenia.
- Żona jest z Panem, tak?
Gabończyk siknął głową.
- To niech Pan ją poprosi i zaczeka na zewnątrz, dobrze?
Gabończyk wstał, lekko zgarbiony wydawał się jeszcze mniejszy i drobniejszy niż w rzeczywistości. Otworzył drzwi spojrzał w lewo i skinął głową. W drzwiach ukazała się nienaturalnie blada, wielka, tłusta kobieta z trzema podgardlami. Była ubrana w luźną, przewiewną sukienkę. Wyraźnie górowała nad Gabończykiem. Kiedy usiadła naprzeciw Inspektora dało się wyczuć wyraźnie emanujące od niej ciepło i wilgoć spoconego ciała. Wzrok miała niedobry, pytający. W końcu tonem bufetowej na prowincjonalnej stacji kolejowej, nieodwiedzanej przez podróżnych ni to zapytała ni to warknęła:
- No, Słucham.
- Pani Oluwasegun, jest problem.
- Jaki ,znowu problem – powiedziała wzdychając i oparła rękę o blat biurka – przecież ja już do tego faceta zdrowia nie mam…
- Wyszła taka sprawa, że Pani mąż… Proszę mi powiedzieć historię tę sprzed trzech lat z aresztowaniem męża, jak to było naprawdę…
- Wie Pan, no, co, poszedł po wódkę, tylko nie powiedział, że pieniędzy nie ma. Znajomi akurat byli w domu i on chciał, żebyśmy się napili, nie jakoś tak bardzo.
- A mąż nadużywa alkoholu?
- Co Pan, nic z tych rzeczy. Nauczył się w Polsce pić wódkę, ale nie żeby pił, chlał. Więc poszedł, ale zaraz go złapali, wsadzili, a ja siedziałam z dzieckiem w domu i z tymi znajomymi. Nic nie wiedziałam co się dzieje, jego nie ma, nie ma, telefonu nie odbiera. Tamci poszli go szukać, obdzwoniliśmy szpitale, zadzwoniliśmy na mendy i wyszło, że siedzi na dołku. Wypuścili go po dwóch dniach. Dostał trzy lata w zawiasach. Obiecał, że się poprawi, przysięgał że będzie już dobrze,a ja mu powiedziała ty kurwa, chuju jeden, jak ty chcesz być ojcem dla dziecka, dobrze, że jest jeszcze małe, nie, to nie rozumie, że tatuś poszedł kurwa, wódkę kraść…
- No, ale poprawił się?
-No tak, nie mogę złego słowa powiedzieć, wie Pan, pilnuje się teraz, dziecka dogląda, z pracą nie za bardzo bo raz jest raz nie ma, ale wie Pan pomoc w nim mam jakąś.
- Czy coś chciałaby Pani dodać do tej historii? Coś co powinienem wziąć pod uwagę przy wydawaniu decyzji?
- Nie, wie Pan, nie, teraz mamy mieć drugie dziecko, jestem w trzecim miesiącu. Ja bym się nie decydowała gdyby się tak powtarzało, ja nie jestem głupia.
- Bo wie Pani –Inspektor zawiesił sztucznie głos. Jeżeli w jej oczach dało się coś wyczytać, głównie zmęczenie, nie wiadomo czy w ogóle życiem czy tylko upałem, który sprawiał że powietrze wewnątrz starego, poniemieckiego biurewnika stawało w miejscu i zamieniało się w ciepły koloid osiadający wilgocią na wszystkim i wszystkich – Tak się składa, że mąż zaznaczył we wniosku niewłaściwą kratkę, o tutaj, że niby nie był karany za przestępstwa umyślne, a jednak był i nic o tym nie napisał, nie wyjaśnił, myśmy sami się dowiedzieli, najpierw od policji, potem od sądu…
– Żesz kurwa kretyn, no - Syknęła a oczy zwęziły się i zapadły w tłustej materii jej szerokiej twarzy.
- No mądre to nie było, takie rzeczy zawsze wyjdą, bo my zawsze, standardowo pytamy policji, straży granicznej i tak dalej o każdego. A wie Pani, jak ktoś nas okłamuje to w zasadzie jesteśmy zobligowani wydać decyzję negatywną.
- I co teraz? – zapytała bardziej ze złością niż smutkiem - deportujecie mi męża?
-Niekoniecznie – szklana ściana po prawej stronie tłumiła idealnie dźwięk. – Mogę nawet tego nie protokołować, tego całego przesłuchania. W sumie… to zależy od Pani. Jeżeli rzeczywiście wyrok był w zawieszeniu, warunki nie zostały naruszone, a wywiad środowiskowy potwierdzi, że mieszkacie Państwo tam gdzie podajecie – to w zasadzie nie musimy.
- Znaczy co?
- Mąż zmieni tutaj adnotację we wniosku, z boku ja podpiszę i przybije pieczątkę, że po prostu się pomylił, a osobno do akt złożycie Państwo oświadczenia, w których opiszecie to niefortunne zdarzenie sprzed trzech lat. Pani może do tego dołączyć swoje oświadczenie o tym jak ważne jest, aby mąż był w Polsce.
- I nie deportujecie go do Gabonu?
- Nie - Inspektor uśmiechnął się złośliwie i zajrzał w wąskie szparki, w których kryły się oczy matki Polki, żony Gabończyka. - Nie zrobilibyśmy tego. Pani przede wszystkim. Niech tu zostanie i niech Pani pomaga do cholery.
Kobieta uśmiechnęła się z grymasem, który można by byłoby uznać za wyraz złośliwej satysfakcji. Jej fizyczna przewaga nad kruchym Panem Oluwasegun wydała się nagle bezsporna, perwersyjna, naga, a cały związek wydał się przez chwilę czymś zupełnie innym niż do tej pory można było przypuszczać. Tak jakby przez chwilę z tą bladą kałamarnicą zawarli milczący sojusz, bezinteresownie opresyjne porozumienie wobec drobnego, przestraszonego Pana Oluwasegun stojącego za drzwiami. Może tego nie wiedzieć, ale na pewno przeczuwa że dzieje się źle, że konstrukcja, wątły pomost jaki ułożył sobie nad kipielami świata trzeszczy, w zasadzie widać jak sypią się z niego części więźby i giną w pomroce pod stopami. Kim będzie, kiedy wróci do Gabonu z wbitym zakazem wjazdu na terytorium Unii Europejskiej w formie pieczęcie, tak zwanego „misia” do paszportu? Co zrobi z decyzją o astronomicznych kosztach wydalenia, które będzie musiał zapłacić, jeżeli będzie chciał kiedykolwiek wrócić do Polski i zobaczyć swoje smagłe, śniade dzieci? Do kogo skieruje swoje pierwsze kroki po wyjściu za bramę lotniska? Tymczasem Inspektor i Pani Oluwasegun w milczącym porozumieniu wstali oboje zza biurka niemal jednocześnie.
-Pani pozwoli – Inspektor wskazał uprzejmie drzwi, w ręku trzymał opasłą teczkę z powpinanymi dokumentami z kolejnych postępowań męża Pani Oluwasegun. Na korytarzyku za drzwiami kłębił się tłum cudzoziemców czekających na przesłuchania, złożenie wniosku na stanowiskach za rogiem korytarza, wpatrujących się w ekran systemu kolejkowego. Tuż obok drzwi na krzesłach dostawionych do ściany siedział Palestyńczyk, Chińczyk z Chinką i Wietnamczyk. Inspektor poprowadził kobietę w stronę okna i skinął na Gabończyka, żeby też podszedł do okna.
- Proszę Pana – zwrócił się do Pana Oluwasegun – zrobimy tak, Pan poprawi tutaj wniosek gdzie Pan źle zaznaczył, ja to potwierdzę pieczęcią i swoim podpisem. O, a tutaj – Inspektor wyłożył druk oświadczenia z formułką pouczenia o odpowiedzialności karnej – opisze mi Pan okoliczności zatrzymania w sprawie tej wódki…
-Mleka! – krzyknął Gabończyk
Chińczyk z Chinką odwrócili głowy i powiedziałbyś – zastrzygli uszami, podobnie Palestyńczyk obok i Wietnamczyk, a cała czwórka wbiła wzrok w Pana i Panią Oluwasegun
- Proszę Pana, mnie jest wszystko jedno co Pan ukradł czy próbował ukraść – zaczął Inspektor - naprawdę, ma Pan napisać jak było i proszę się dobrze zastanowić, żeby to w razie czego współgrało z tym co ja mogę sprawdzić w aktach sądowych, no, a żona Pana przypilnuje i potwierdzi
- Ale plosze Pana – na podniesiony głos Gabończyka zza rogu wychyliła się głowa kolejnego Chińczyka, a za nią jeszcze jedna. Skąd oni mają ten stadny instynkt, to instynktowne, łagodne osaczenie, wrodzone predyspozycje do cichej, ale bezwzględnej nagonki? Christian Oluwasegun Kashara Mwara poczuł widocznie wzrok skośnookich natrętów na sobie i łypnął złym, czarniejszym niż zwykle okiem za ramię.
- Nie ma proszę pana – rzucił poirytowany Inspektor - Pan powinien dostać decyzję odmowną, a ponieważ naruszył Pan porządek prawny naszego kraju, to być może nawet powinniśmy wszcząć procedurę o wydalenie. Proszę się nie wygłupiać i proszę zrobić jak Panu mówiłem, teraz, tutaj i wnieść to oświadczenie do akt sprawy i nie przez biuro podawcze, tylko jak Pan z żoną – Inspektor wymownie spojrzał na Panią Oluwasegun – jak państwo to przygotujecie, to proszę mnie wywołać z pokoju, dołączymy to bezpośrednio do akt sprawy. – tutaj wymownie spojrzał na grubą teczkę trzymaną w ręku.
- Ale ja nie kradłem – rzucił Gabończyk i znowu spojrzał za ramię. Pewnie zastanawiał się czy czwórka Chińczyków, Palestyńczyk i Wietnamczyk rozumieją po polsku. Nagle odwrócił się do nich z wyszczerzonymi w atawistycznym grymasie zębami i wycedził:
- And you, what are you staring at, hugh?! It is not your fucking business, go back to your jobs you fuckin’ Chinese dwarfs!
Na to Chińczycy zaczęli mówić coś do siebie podniesionymi głosami w swoim języku wskazując palcami na Gabończyka. I na to odezwał się Palestyńczyk:
- I’m not lookin at you Man, i don’t care of you, why are you yelling at me
- Yes, keep your mouth shut – tu odezwał się Chińczyk z krzesła i podniósł się nieco.
Gabończyk ugiął nieco kolana jakby szykował się do skoku, a wtedy Pani Oluwasegun nabrała powietrza ryknęła na cały korytarz:
- A chuj wam do tego, co mój chłop kiedy zrobił albo czego nie zrobił, pierdolcie się dziady i morda w kubeł.
A oni chociaż nie rozumieli tego co mówi kobieta, ale jakby bojaźń Boża ich opanowała i schylili głowy. Była jak Jagienka na rynku Krakowa zarzucająca na głowę Zbyszka z Bogdańca chustę, że mój ci on, nie kata, mój. I oto wystąpiły narody przeciw niej, a ona wygubiła je głosem potężnym i skrzekliwym i więcej już przeciwko niej nie podniosły się oczy. Wypuściła z głośnym sapnięciem resztę powietrza z siebie i lekko szurając nogami pociągnęła za rękę swojego męża w stronę poczekalni wydziału paszportowego. Gabończyk ciągnął się pół kroku za nią jak niesforny chłopiec za mamą odwracając się do Chińczyka, Palestyńczyka i Inspektora. Marszczył nos, łypał okiem. Mały, kruchy, unieważniony.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.