|

 

KAROLINA KAPUSTA - Urodzona w latach 90., pochodzi ze Śląska, mieszka we Wrocławiu, a najlepiej czuje się nad morzem. Wychowała się po równo na baśniach braci Grimm i bajkach Disneya. Na poprawę humoru ogląda filmy, w których dużo strzelają. Za swój największy życiowy sukces uznaje zdanie egzaminu na prawo jazdy. Jak przestanie się tak bać siedzieć za kierownicą, to objedzie cały świat.

Foto: Marta Job

 
 
 

Mare Tenebrarum

 

            Strach przed obłędem nie zmusi nas do zatrzymania
            sztandaru wyobraźni w połowie masztu [1]
.

            André Breton
 

*

Wszyscy rzygają jak koty.

– Na zawietrznej!

– Co?!

– Rzygaj z wiatrem! Na drugiej burcie, idioto!

Kapitan drze się na Lisa, Lis drze się na Syna, Syn drze się na mnie, ja drę się na Romana, Roman nie drze się na nikogo, tylko siedzi w kokpicie i próbuje zapalić papierosa. Jest sześć w skali Beauforta. Płomień zapalniczki nie wytrzymuje podmuchów powietrza. Roman się denerwuje. Podchodzę, trzymając się relingów i wyciągam mu papierosa z ust. Oblizuje je.

– Spierzchną ci – mówię.

– Nie odpalisz tego.

– Zakład?

Szepczę zapalniczce najpiękniejsze obietnice świata. O Rzymie, bibliotece Aleksandryjskiej i Londynie w diabelskich czasach. Iskra. Ogień. Zaciągam się dymem tytoniowym i śmieję. Wiatr zabiera mi śmiech, a przechył równowagę. Papieros leci do wody, Roman wywraca oczami, Kapitan się drze. Znowu.

– Czarna! Lajflina! Kurwa, czy ciebie trzeba pilnować?!

Schodzę szybko do mesy. Oplatam się pasami i wychodzę z powrotem. Kapitan oddaje mi ster, bo tylko mnie oszczędziła morska choroba. Tylko mnie.

 

*

Umówiłam się z Neptunem. Siedziałam na plaży i czekałam, aż przyjdzie. Fale szumiały melodie, których nie słyszałam nigdy wcześniej i nigdy później. Woda wyrzucała na brzeg glony, kamienie i inne skarby. Klęczałam, szukając bursztynów i muszli.
– Proszę – mówi ktoś nagle. Odwracam się. Stoi przede mną nagi, młody mężczyzna. Trochę zarośnięty, o splątanych ciemnych włosach. Wygląda jak pirat. Wręcza mi duży, podłużny bursztyn. Gładki. Twardy. Błyszczący. Ma w sobie cały podwodny świat. Patrzę na niego w słońcu. Wygląda tak kusząco, że biorę go w usta, oczekując smaku karmelu. Czuję tylko sól i wiatr. Neptun wzdycha. Wzdycham za nim.

– Mam jedną prośbę.

– Tak, Czarna?

– Nie będę miała choroby morskiej.

– Dobrze, Czarna.

– Daj mi syrenie zdrowie i syreni urok, daj mi głos zaklinający wodę i iluzje zbłąkanych żeglarzy.

– Duże życzenie.

– Spłacę dług swoim głosem, ciałem i sercem.

Neptun uśmiecha się. Uroczo. Chłopięco. Daję mu swoją dłoń do zjedzenia. Zjada ją i wypluwa, a wypluta jest inna, jest syrenia. Zjada moje usta i włosy. Pożera moje piersi. Karmi mnie bursztynem i poi mnie słoną wodą. Wlewa się falą po gardło i nozdrza. Przez moment nie oddycham. Tracę przytomność. Kiedy się budzę, jestem już inna. Wstaję z piasku, a piasek mnie słucha, piasek mnie wznosi i piasek mnie prowadzi. Układa się pod moimi stopami. Macham na pożegnanie Neptunowi. Uśmiecha się. Ma bardzo białe zęby. I bardzo, bardzo ostre. Zostawił ślady na moich udach.

 

*

Mówią na mnie „Czarna”, chociaż aurę mam jasną. Podobno dlatego, że mam ciemne spojrzenie. Oczy, od których gasną serca i dłonie. Nie pamiętam swojej rodziny. Był tata, mama, babcia, ciotka i bracia. Wszystkich pochłonął ogień. Albo to był pożar, albo sen. Ja wyśniłam sobie nowe życie. Sen, który zamienił się w koszmar.
 

*

Z sześciu zrobiło się pięć. Cztery, potem trzy w skali Beauforta. Morze się uspokoiło, a my razem z nim. Nawet za bardzo spokojne, zaczęło wypluwać z siebie biel. Mgła, gęsta jak mleko, siada nam na nosach, przygważdża powieki i dociąża języki. Otwieram usta, ale zawiesina od razu wyczuwa wolną przestrzeń, którą natychmiast chce zająć. Kapitan każe ściągnąć żagle. Nie będzie ryzykował. Płyniemy na samym silniku.

Prawie nie widać wody. Tylko kiedy wychylam się odrobinę za burtę, ukazuje się pofałdowana powierzchnia morza, która wcale jak morze nie wygląda. Formalina. Płyniemy w formalinie, relikty niedokończonej przeszłości. Przesiąknięci tak jej zapachem, że już nic nam nie cuchnie. Śmierdzimy wszyscy w ten sam sposób, po równo śmiercią i życiem.

Nie wiem, ile już tak żeglujemy. Nie mijamy po drodze żadnej boi, nie przelatuje ani jedna zbłąkana mewa. Jesteśmy na pełnym Morzu Północnym, najgroźniejszym z najgroźniejszych, najokrutniejszym z męskich wód.

– Radar przestał działać – mówi Lis, wychodząc z mesy. Wymieniamy spojrzenia z Synem i Kapitanem. Spoglądam na kompasy przy kołach sterowych. Zwariowały. Wygląda na to, że jesteśmy w dupie. Zapada noc.
 

*

Trzymam ster jedną dłonią. Przede mną ciemność. Trzeba wpłynąć w ten mrok. Zabłądziliśmy wszyscy – pojedyncze igiełki mrozu na wiosnę. Trzeba nam wpłynąć i przepłynąć mrok, jeśli chcemy żeglować po wielkich wodach. Tam są miejsca jasne, miejsca ciepłe i żyzne. Zwrot przez sztag. Wpływamy w ciemność. Miejcie nas w swojej opiece, morskie duchy i wszystkie wodne bóstwa.

Stoimy ramię w ramię z Kapitanem. Zostałam Pierwszym Oficerem. Kapitan nie ma wąsa, ani nie pali drewnianej fajki. Ma za to ciemnorude włosy i gładką twarz rumianego młodziana z dziewiętnastowiecznych poematów. Głos o barwie ciemnego piwa. Portera. Mocnego, ośmioprocentowego. Kapitan nie brzmi tak, jak wygląda. Cały jest dysonansem, przeklinającym, niespójnym. Ale wykwalifikowanym. Przeżył najmroźniejsze wody i najgorętsze prądy. Z Ciemnym Morzem też sobie poradzi. Nie wiem, gdzie skończył się Bałtyk, gdzie skończyło się Północne i dlaczego wszystkie strzałki kompasów kręcą się jak na karuzeli. Telefony nie działają. Nic nie działa. Autopilot też nie. Kurs trzymamy ręcznie, a każdy milimetr może urosnąć do kilometrów. Mam w swojej dłoni mile morskie uchybień i labiryntów, wszystkie Trójkąty Bermudzkie. Składam je i rozkładam jak origami. Piekło-Niebo, Niebo-Piekło. Przedszkolne gry, dokładnie tak jak teraz. Bawimy się w załogę na wodach kurewskiej Nibylandii.
 

*

Tej nocy wszyscy mamy wachtę. Nie ma czasu, czas teraz nie istnieje. Istnieją tylko pokonywane kolejne mile morskie i niezgadzające się mapy. Utknęliśmy na skraju światów i brakuje tylko prostopadłej ściany wody, za którą byłoby wieczne spadanie.
 

*

Jest i Zorza. Widzę ją z daleka. Zanurzam się w zieleni. Przez chwilę jesteśmy jedno. Już nie ja widzę Zorzę, to Zorza widzi mnie. Wnika w ciało i dociera wszędzie, jak tlen transportowany przez krew. Mam zielone tęczówki i zielone usta. Kiedy patrzę, z moich oczu sypią się iskry. Za mną łuna, a przede mną cień. Wchodzę w ten cień. Pozwalam mu przesiąknąć przez palce, przez rzęsy. Dotyka moich stóp. Znowu jestem w pomiędzy.

– Zorza.

– Czarna.

Zorza to moja przyjaciółka. Moja siostra. Siada obok, przy bukszprycie. Machamy nogami. Kapitan zawsze krzyczy, jak macha się nogami. Mówi, że żeglarzom to nie przystoi. Ale ja jestem Czarna, jestem syreną i wszystko mi wolno, a Zorzy nikt prócz mnie nie próbuje zauważyć. Przyzwyczaili się, że czasem przychodzi i siedzi, i już nawet nie orientują się, kiedy staje się pasażerką na gapę.

– Nie jest ci zimno? – pyta, biorąc mnie za rękę.

– Nie.

– Długo już płyniecie – stwierdza, mrużąc oczy. Kiedy zwęża je w szparki, na niebie pulsuje światło. Chwilę się bawi, rozszerzając i zamykając na przemian powieki. Słyszymy, jak Lis ekscytuje się widowiskiem, rozgrywającym się na niebie.

– Idioci – prycha Zorza i zamyka oczy. Łuna znika. Aurora borealis, najbardziej humorzasta z dziewcząt. – Czarna, na was ciąży klątwa. Przyniosłaś ten swój mrok i zamieniłaś wody w Ciemne Morze. Jeszcze możecie stąd wypłynąć.

– Nie wiem, czy chcę.

Ciemność jest kusząca. Wabi wszystkimi swoimi półcieniami i niedopowiedzeniami. Wyciąga swoje szpony i drapie nimi po pleckach aż do rozkosznego bólu. Mama, chyba mama drapała tak po pleckach, gładziła, kiedy nie mogłam zasnąć. Uspokajała dotykiem, jak uspokaja mnie teraz żeglowanie przez wodę, która nie ma początku, ani końca. Neptun nalał szklankę słonej wody. Wrzucił nas – cytrynki, limonki i zmarzłe kostki lodu, a potem mocno zamieszał. Obijamy się teraz o siebie i własne wymiociny. Morscy bogowie są prawie tak złośliwi jak Zorza.

– Bujnęłaś się w nim – zarzuca mi.

– Bzdura.

– Zakochałaś się, jak kretynka się zakochałaś, widzisz go w spienionej fali, w każdym grzywaczu i marzysz tylko, żeby cię pochłonął, jak wtedy, na piasku.

Zabawiłam się z bogiem, skacząc z jednej krawędzi na drugą. Bluźniłam wtedy swoim ciałem, teraz bluźnię myślą.

– Oni nie grają fair – mówi Zorza, powoli otwierając oczy. Słychać znowu entuzjastyczne krzyki Lisa.

– Kto?

– Bogowie. Nie grają z tobą fair. Mówię ci to, bo się przyjaźnimy. Dali ci władzę razem ze śmiercią. Pożywisz się nią, to przetrwasz.
 

*

Przyszła do mnie jasna postać. Nie widziałam jej twarzy. Trzymała w wyciągniętej dłoni kamień, zaorany nieskończoną ilością cienkich, cieniutkich niteczek. Był jak planeta, na której nie ma już wody. Zostały na niej tylko koryta rzek.

– Co to?

– Serce.

Dotykam go i jest twarde, jest martwe. Dotykam swojej piersi. Nie wyczuwam nic. Żadnego bicia. Żadnego hałasu, wibracji, stukotu. Zaczynam płakać. Zaczynam tak strasznie płakać, za sercem, za sercem, oddajcie mi moje serce. Dłoń postaci zaczyna wypełniać się wodą. Strużki obmywają kamień. Woda wpada w wydrążony wcześniej szlak. I nagle to widzę. Jest to dla mnie tak oczywiste, jak nigdy dotąd. Kamień zaczyna pulsować. Woda obmywa go. Kamień błyszczy, zaczyna rozpraszać drobinki światełka. Przestaję płakać. Wody już więcej nie ma. Ale ta, która została wypłakana, zostaje przyciągnięta, jakby grawitacją, do serca. Planeta żyje. Na planecie serce jest życie. Wody płyną z jednej strony na drugą. Trzymają się tej nieforemnej kuli o niedokładnym kształcie zaciśniętej pięści.

Postać daje mi potrzymać serce. Chciałabym wsadzić je z powrotem w siebie, ale nie potrafię. Moje ciało jest zasklepione. Woda zamienia się w krew, płynie szybciej. Ociepla planetę. Gorące strużki z sykiem mijają się. Wiem, co mam robić. Podnoszę wzrok na postać przede mną. Ona kiwa głową, ale w jakiś dziwaczny, złowieszczy sposób. Zatapiam zęby w sercu. Żeby było we mnie, muszę je pożreć. Zjadam je, kawałek po kawałku. Zęby ślizgają się, a serce trzeszczy, chrupie, mlaszcze. Połykam ostatnie kęsy. Jestem taka głodna.

– Trzeba zmienić kurs o dziesięć stopni na północ. Kardynałka przed nami – mówi Syn, wchodząc po schodkach do kokpitu. Patrzy się na mnie i marszczy brwi. – Wszystko w porządku?

– Tak – odpowiadam, chociaż w ustach czuję smak krwi. Najbardziej lubię wachty z Synem. Jest bardzo przystojny. To najpiękniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam. Ciekawe, jak miękkie są jego usta i jak szorstkie są dłonie. Jak wyglądałby przywiązany do masztu i splątany cumą. Syn milczy i stanowczo trzyma koło sterowe.

– Zrobić ci kisiel? – pytam zza uśmiechu.

– Malinowy. Dzięki.

Nastawiam wodę w czajniku. Kuchenka na żyroskopie. Hipnotyzujące zjawisko. Buja się, trzymając pion. Nic z niej nie spada, mimo że płyniemy w ostrym przechyle. Magia. Grawitacja. Gwizdek zaczyna wyć. Uciszam go ruchem dłoni. Mieszam w kubeczkach. Wychodzę z parującym kisielem na pokład. Kosztuję go. Oblepia wargi i klei się do podniebienia. Kisiel jest jak plazma, ósmy czy pięćdziesiąty żywioł, ciecz nienewtonowska, po której można nam swobodnie biegać. Oczy mi się zamykają, zalepiają od malinowego cukru.

– Zdrzemnij się chwilkę, jak chcesz.

– Nie powinnam… – mówię, ale schodzę do mesy.

Budzi mnie huk. Kapitan i Lis wychodzą ze swoich kajut. Wbiegam szybko na pokład. Syn leży nieruchomo.

Kapitan próbuje reanimować Syna. Nic się nie dzieje. Wzywam na pomoc wszystkie wiatry i księżyc w pełni, ale w zamian słyszę tylko pustkę. Kapitan poddaje się.

– Zawał serca – stwierdza przyczynę zgonu, a ja przez chwilę mocniej odczuwam metaliczny posmak na języku.
 

*

Pamiętam dzień, w którym przestałam mówić. Sól wlała mi się do gardła, a wylała wraz ze łzami. Tropikalne pnącza owijały się wokół szyi. Wrosły we mnie, kiełkując i pączkując niewypowiadanym słowem. Wyczuwałam pod skórą, na szyi i w gardle małe kuleczki, owoce mojego niemówienia.

– Czarna, ej, Czarna! – woła mnie Lis. Nie odpowiadam, kiwam tylko głową. Kiwam i na kiwnięcie moje przelatuje mewa. Jesteśmy blisko lądu.

– Czarna, ty jesteś czarownica?

Uśmiecham się.

– Czarna, przez ciebie jest zła pogoda?

Milczę.

– Czarna, możesz mieć cały czas wachty kambuzowe? Robisz najlepsze naleśniki.

Kiwam głową.

– Czarna, zamienisz się wachtą nocną? Ja do trzeciej, co? A ty od trzeciej do szóstej?

Kręcę głową. Nie znoszę tej wachty. To najgorsza pora. Jest najzimniej. Do życia budzą się wtedy wodne demony. Przekrzykują się, jeden przez drugiego, w osłupiającej ciszy. Czeka się na najdrobniejszy dźwięk jak na zbawienie od nicości. Plusk staje się coraz bardziej monotonny i nagle zaczyna składać się w pieśń. Nie rozumiem tych słów. Raz jest o narodzinach, raz o ludziach wyrzuconych za burtę jak resztki jedzenia dla psów, a kiedy indziej śpiewają o głębi. Toń mnie woła. Woła toń. Toń. Może kiedyś utonę.
 

*

Siedzę na dziobie. Przychodzi Roman. Mówię do niego, bo tylko jeszcze do niego potrafię mówić. Roman, zawsze bałam się bezkresu. Że mi się pomyli niebo z morzem. I myli mi się. I nagle chodzimy z Romanem, ale jakby do góry nogami, jakby głową w dół i jakby wywróceni do wewnątrz. Moja skóra jest w środku i oczami patrzę do środka. Jelito wystawiam na słońce i opalam wnętrzności. A dłonią zaczynającą się od kości, a kończącą ścięgnem, szukam po omacku dłoni Romana. Nie umiem jej znaleźć, ale wiem, że ona jest. Bo on jest wszędzie. Bo jak kwitną kwiaty na wiosnę w szwedzkich małych miasteczkach, to on jest w świeżych zapachach i chłodzie powietrza. We wszystkich metalowych zwieńczeniach płotów i ornamentach na amsterdamskich kamienicach. Wywrócone usta znajdują drugie wywrócone usta. Języki spowija mgła. Pogoda się zmienia, i nie ma już słońca, nie ma już ciepła, jest tylko mleczna zawiesina w powietrzu. Lepi się do mnie. Ma konsystencję myśli, a fakturę pocałunku. Opada. Wraz z nią wszystko wraca na swoje miejsce. Tylko coś jeszcze drży w środku, jakby nie potrafiło dostosować się do starego porządku. Roman uspokaja mnie i mówi, że będzie dobrze. Nie wierzę mu. Odwraca się i odchodzi. Płaszcz łopocze, zdradzając kierunek wiatru.
 

*

Jutro zacznę mówić. Dajcie mi jeszcze jeden dzień milczenia, który ani niczego nie popsuje, ani niczego nie naprawi. Jutro zacznę mówić i – jak zacznę – pokolorujemy wszystko aż od Wielkiego Wybuchu. Przykryjemy oczy, zasłonimy uszy i zaciśniemy usta w wąskie linie. Zrobię nam wszystkim kanapki z pasztetem i pomidorem. Z pasztetem i pomidorem. Bez ogórków. Nie można łączyć ogórków z pomidorami. Już słuszniej wiązać ze sobą wodę z ogniem, parząc sobie palce raz za razem. Potem powiem, że mam trzy mewy w płucach. Jedna jest za wtedy, jedna za teraz, jedna na później. Ta pierwsza nie żyje. Trzecia śpi. Druga trzepocze skrzydłami w rytm deszczu i płynnych ruchów ścielenia łóżka. Szeleści w okolicach mostka. Przeprawia się z prawej na lewą stronę. Tupta przez most. Mogłaby wzlecieć wyżej. Nie musiałaby wtedy szurać pazurami o ziemię.
 

*

Żeby nauczyć się z powrotem mówić, musiałam zacząć śpiewać. Zaczęłam rano. Słońce wschodziło. Kłuło mnie w oczy ostrzem jasności, mieczem obosiecznym. Graliśmy w grę, kto kogo pierwszy omami, czy Słońce mnie swoim światłem, czy ja Słońce wysokim głosem. Remis się nam zdarzył, a przecież to tak rzadkie. Zawsze ktoś wygrywa i na łzach przegranego buduje swoje imperium. Układa trupy jeden po drugim i wspina się coraz wyżej i wyżej po trupiej wieży Babel, nie wiadomo gdzie, bo nigdzie nic nie ma.

Stoję i łapię językiem promienie słoneczne. Smakują słodką cytryną. Wyśpiewuję kwas. Strzela i syczy w powietrzu. Razem ze śliną wypala małe dziurki w kadłubie. Syk, syk. Wąż.

Kucam przy forluku, idziemy bajdewindem lewego halsu w ostrym przechyle. Stopami dotykam lodowatej wody. Rozbryzguje się tuż pod żaglem, tworząc małą tęczę. Ktoś opowiadał bajki o garnkach złota na końcu tęczy. Złocieją mi dłonie, kiedy naruszam nimi fakturę koloru. Tęcza jest jak lizak, wykradziony z dzieciństwa przysmak. Wylizuję ją całą, calusieńską, doprowadzam się tym do mdłości i zwracam morzu nadzieję zawartą w barwach.
 

*

Jesteśmy sami z Lisem. Widzę, jak na mnie patrzy, jakby oczami zaglądał pod skórę. Dla zabawy odpala zapałki i pstryczkiem wrzuca je do wody. Zauważa, że znów drżę z chłodu. Przynosi koc i obejmuje mnie. Lis potrafi robić takie rzeczy. Lis mnie pożąda, Lis chce, żeby mi było ciepło.

– Gorąco mi – mówię. Lis nie reaguje.

– To jak, jesteś tą czarownicą, czy nie? – szepcze mi w ucho i przystawia zapaloną zapałkę do mojej twarzy. Końcówki kosmyka włosów niebezpiecznie się podkręcają. Wyrywam się, Lis szyderczo się śmieje i ucieka pod pokład. Wychylam się za rufę i zaczynam rysować. Woda mnie rozpoznaje, historie układają się pod palcami jak zaczarowane. Widać początek świata, a potem jego koniec. Widać początek Lisa, a potem koniec Lisa.
 

*

Żagle naprężają się do granic możliwości. Wielkie, pękate brzuchy mew. Wyglądają tak, jakby zaraz miał je rozerwać najdrobniejszy podmuch wiatru. Fruną, jeden za drugim. Wielkie mewy, z Matką Mewą na przodzie, nażartą jak dziki wieprz. Na piórach pojawiają się kropelki krwi. Rozpętuje się sztorm. Kochałam kiedyś burzę, ale ona przestała kochać mnie. W piorunach i grzmotach dźwięczy majestat, a fala, gdyby mogła, sięgałaby drzew. Życiodajna siła w służbie destrukcji.

Wąż Morski zstępuje z nieba i wyciąga do nas swoje nieistniejące dłonie, oblizuje rozszczepionym językiem i kusi. Jeszcze nikt nigdy w historii nie oparł się jego zwodniczym obietnicom. Nie łudzę się, że będę pierwsza.

– Czarna, kurwa, Czarna! – Wrzeszczy na mnie Kapitan, ale ja wrzeszczę na Romana. Stoję za jednym kołem sterowym, za drugim stoi Lis. Roman stoi na burcie, nieprzypięty, i tylko balansuje, żeby nie wpaść do wody. Ja wrzeszczę ze strachu o niego, wrzeszczy ze mną burza, wrzeszczy ze mną Kapitan i zaczęła wrzeszczeć ze mną Zorza.

– Czarna, skończ! Zwiń ten żagiel!

Nie potrafię skończyć. Chcę nas wszystkich utopić. Trzymam się masztu. Odpięłam się. Roman bierze mnie za rękę. Każe mi iść.

– Boję się, że spadnę.

– Przecież cię złapię.

Uśmiecha się. Robię krok. Ślizgam się po pokładzie. Lecę w dół. Nie łapie mnie. Szukam go wzrokiem, ale go nigdzie nie ma. Orientuję się nagle w jego nieistnieniu, w jego nieustannym niebycie, który bytem chciałam nazywać z braku definicji tego, czym był i nie był. Trzeźwieją mi myśli, ale jest za późno. Zahaczam o wanty. Wpadam do wody. Tonę. Ciągną mnie w dół. Ciągną za ubrania, nogi, ręce, ciągną mnie za włosy, boli, ciągną, w tym ciągnięciu jest jakaś dzika przyjemność i okrutność. Niemoc. Nie ruszam nawet rzęsą.
 

*

Otwieram oczy. Wymiotuję słoną wodą. Leżę na pokładzie i skręcam się z bólu.

– Czarna, kurwa, czego ty nie rozumiesz w obsłudze lajfliny? – pyta Kapitan. Nie odpowiadam, tylko kaszlę. Drżę z chłodu. Kapitan mnie przytula.

– Gdzie Lis?

– Zostaliśmy sami.

– Co?

– Tylko ciebie zdążyłem wyciągnąć.

– Jak…?

– Też wpadł do wody.

– Nie.

Milczymy. Kapitan nie patrzy mi w oczy.

– Nie mówisz mi czegoś.

– Nie.

– Czego?

– Czarna, odpuść.

– Lis by nie wpadł do wody. Lis nie jest tak głupi, przecież on zawsze, wszędzie, no, zawsze przypięty, mistrz równowagi, w końcu Lis, on by nie wpadł, nie wpadł tak przypadkiem, musiałby chcieć wpaść… – urywam. Przełykam ślinę i wszystko już wiem. – Rzucił się mnie ratować.

– Tak.

Zapada cisza. Jest jak ta mgła z pierwszych dni rejsu. Wilgotna, oblepiająca skórę, włosy, wpełzająca do gardła i zasklepiająca nozdrza.

– To było bez sensu, Czarna. Człowieka za burtą wyciąga się z jachtu. Przynajmniej powinno. Ty zaplątałaś się w szoty, byłaś tuż pod powierzchnią, wystarczyło cię tylko przypiąć i pociągnąć… Lis zniknął od razu w wodzie. Nie widziałem, gdzie… Wołałem, krążyłem. Dalej krążymy.

Podnoszę się. Słońce przepięknie oświetla wodę. Powietrze jest rześkie, przejrzyste. Widoczność wspaniała. I nigdzie, ale to nigdzie nie dostrzegam Lisa.
 

*

Rozjaśnia się, a wraz ze świtem okazuje się, że brakło już wody. Patrzę na Kapitana, który leży w kajucie i wysycha na wiór. Oddaje mi resztki wody. Kręcę głową, że nie, że nie trzeba, że jakoś to będzie. Kapitan rozkazuje. Kapitan jest pierwszy po Bogu na jachcie, ale jeśli bluźni się przeciw Bogu, to po wszystkim po Nim także. Wypijam całą wodę. Paruje i zamarza. Kapitan wysechł. Nie pachnie rozkładającym się ciałem, bo proch zapachu nie ma. Wyciągam go na pokład. Wiatr rozwiewa go na boki, jakby był rzeźbą z piasku.
 

*

Zostałam sama. Jest flauta. Żagle ani drgną. Usta mam spieczone i suche. Pragnienie odzywa się gdzieś w dole brzucha i wspina wyżej.

– Rumu? – słyszę głos za sobą. Odwracam się gwałtownie. Stoi przede mną, ociekający wodą, Pirat ze złotym zębem i pewnie równie złotym sercem.

– A żebyś wiedział – pyskuję. Zabieram butelkę i biorę potężny łyk. Krztuszę się tym obrzydliwie słodkim trunkiem. Obserwuję Pirata, który za to uważnie obserwuje jacht.

– Zgrabna łajba jak tyłeczki hiszpańskich dziewczyn.

– Tyłki hiszpańskich dziewczyn są duże, a ten jacht ma niewiele powyżej piętnastu metrów długości.

– Ale za to jaki jurny!

– I durny – odpowiadam głupio. Zatacza się, oglądając olinowanie.

– Ty to sama tym umiesz płynąć?

– Jak widać.

– Przejmuję tę łódź! To jest, ten, tak zwany abordaż z wody.

– Wypieprzaj mi stąd w podskokach z jednej nogi na tę drewnianą, tylko się przy okazji, proszę ja ciebie, nie poślizgnij!

– Przegrałaś, Czarna – mówi cicho. – Przyszedł czas zapłaty. Nie masz ich wszystkich, za dużo oszczędziłaś. Nie pozwalasz odejść widziadłom.

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem. W oczach Pirata widzę spojrzenia bóstw morskich, które błagałam o pomoc.

– Umowa to umowa.

– Umowa to umowa – powtarzam. – I co teraz?

– Odejdziemy.

Ciemność jest zawsze głodna. Niedożywiona. Śmierć przychodzi powoli, albo jej w ogóle nie ma. Bezwiednie gryzę paznokcie. Zahaczam boleśnie o skórę. Skapuje z niej kropelka wody. Zlizuję ją. Jest słona. Gryzę dłonie, przedramiona i żyły w zgięciach łokci. Coraz więcej wypływa ze mnie wody, jakbym od zawsze gdzieś pod spodem wodą była i zdejmowała tylko z siebie ubranie. Im jest jej więcej, tym bardziej się pieni. Coraz bardziej mówi przeze mnie sól.

Zła jesteś, Czarna, zła zawsze byłaś, ty wiedźmo, rozpustnico, dziwko, kusicielko sprowadzająca na manowce, siebie też tam sprowadziłaś. Nie wiedziałaś, że tak to się kończy, że tak kończą wszyscy, co z bogami weszli w spór, co chcieli ukraść ogień i od ognia spłonęli, panować pragnęli nad wodą, a teraz woda ich pochłonęła. Żarłaś, nie nażarłaś się, nie napełniłaś wielkiego pustego brzucha śmierci, nie zapłaciłaś, może są w tobie resztki szlachetności, Czarna, i za te resztki rzucisz się w fale, i będziesz morską pianą do końca świata. Będziesz zwodzić żeglarzy, tworzyć wodne wiry i śpiewać, śpiewać w czasie śmiertelnych sztormów i złowrogich mgieł.

Patrzę się po raz ostatni w niebo, i widzę Zorzę. Macha do mnie na zielono z zaświatów, w które – teraz już to wiem – zesłana została za swoje zachcianki i kaprysy. Będziemy spotykać się w tym miejscu, gdzie morze dotyka nieba. Upadłyśmy z wysoka, z mocnym hukiem, w królewskich konwulsjach. Wygląda na to, że spędzimy razem wieczność.
 


Przypis:

1. A. Breton, Manifest surrealizmu, przeł. A. Ważyk, [w:] Surrealizm. Teoria i praktyka literacka, red. Adam Ważyk, Warszawa 1973, s. 58.
 

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.