MARCIN KRÓLIKOWSKI rocznik 74. Urodził się w Warszawie, w rodzinie związanej ze stolicą od pokoleń. Interesuje się przeszłością rodzinnego miasta, szczególnie dzielnicą Wola. Pasjonuje się również historią dwóch twierdz – Modlin i Warszawa. Współtworzy warsztaty poetyckie TenSamCel. Z zawodu ekonomista.
 

 
 
 

Kijanki w wysychającej kałuży

Jak niewiele zabrakło w łańcuchu DNA
(jest też dna moczanowa, zakwaszenie organizmu),
żeby oddzielić się całkiem od bajora,
wyhodować płuca zamiast skrzeli i struny głosowe.
Zamiast skrzeku wydać krzyk.
Chwytną ręką móc zapisać to,
co bazgrze wiotka płetwa kręgami na wodzie.

Jak niewiele tu życia, jak wiele obietnic,
ledwie coś kojarzę, wstrzymujesz krążenie,
każesz się wyprowadzać, trzymasz w niepewności,
nie dajesz wskazówek, karzesz za brak wiary,
a przecież nie mam rąk do modlitwy,
języka, żeby wyszeptać zbaw mnie.
I nie wiem w co mnie znów odrodzisz,
dokąd mnie poniesiesz, w co wrzucisz,
czy trafię w kamień, czy jak kamień w wodę.
Jak niewiele zabrakło wiary, jak wiele
narodzin.

 

 

 

Wanna mistrza Polikarpia

Stałem po pas w morzu.
Przytknąłem policzki do tafli,
wtuliłem twarz w wodę pełną ryb,
ich łuski i moje tęczówki
przewodziły pamięć, sandacze łączyły z centralą,
czułem nadchodzące zmiany w DNA.

Centrala ściągała mity z innych planet,
prąd napełniał usta ikrą,
każde ziarnko niosłem we właściwe miejsce,
układałem w dłonie pełne papilarnych rzek.
Los był mi przyjazny, zmieniał długość linii,
połączenia, objazdy, pomyślne zodiaki,
powoli odzyskiwałem kontakt z najbliższymi.

W tamtych czasach miałem rybie sny
i całą wannę miałem też na własność.

 

 

 

Woda ciężka święcona

Ojciec grzebie widelcem w sałatce,
matka – „śledzia, śledzia”,
sama sobie w końcu nakłada,
dzieli ich długi stół i długi
sterylny obrus, a pod nim
niewielkie poruszenie.

Przysiadam się do nich,
we włosach mam sianko,
przez całe święta nic nie mówię,
tyle lat czekałem na moją kolej,
przyjąłem święcenia.

Chciałem warzyć atom w temperaturze pokojowej,
choć wszyscy wiedzieli, że bez powołania
żadna gwałtowna reakcja,
choćby miała topić lód z betonem,
nie będzie w stanie mnie nakarmić
miłością, której nie zaznałem w porę.

 

 

 

Zodiakalny warszawiak
(Pantum Verde)

Jakżeś wlazło? pytam,
a tu tylko otwarte dziuple i gałąź rozchwiana po ptakach.
No jak? Teraz świst powietrza, cętki powidoków po lotkach
jaskółek, potem gęsia skórka i dusza przetarta w kolanach
już sypie się ze mnie jak czas w klepsydrze, jak miałki piach plaż.

Jak miałki piach plaż, jak czas w klepsydrze
wykruszam się z ciała, pode mną złuszczone liszaje chodnika,
nabrzmiałe pancerze pękających płyt, mości się w kościach
pierwotny bruk miasta, rosnę na rynku, rynek rośnie we mnie,
otwiera się przestrzeń i świszczą jaskółki, zamykam oczy.

Zamykam oczy i świszczą jaskółki, rynek rośnie we mnie.
Już wiosna, już czas się odrodzić w pierwotnej lokacji.
Jakżeś wlazło tutaj, jakżeś wlazło całe, jak ci się udało
w tak ciasne ubranie? Ziemia wybrzusza się ze mnie,
kruszy kostkę Bauma, wypluwa na bruk. I mości się miasto.

I mości się miasto. Wypluwa na bruk, już z niego wyrastam,
już w tętnie mam rzekę, pulsuje jak krew, a kiedy chcę krzyczeć,
wycieka mi z ust, więc szepczę:
Wisło, kokardko czerwona
a ona wije się we mnie, oplata ramiona jej mokry szal mgieł
i miękko mnie kąsa jak głodny niemowlak.

Jak głodny niemowlak, tak miękko mnie kąsa,
dziąsłami bez zębów łaskocze i ssie, powoli mnie wciąga
w swój skłębiony nurt.
Jakżeś tu wlazła? Jakżeś wlazła
we mnie, ty niespokojna, niegrzeczna, rzeko niedorzeczna?
No jak?
pytam, a tu tylko wiry i woda, i piach.

 

 

 

Lękopis

Czy ryby jeszcze drżą w oceanie,
Czy wiatr się zrywa, czy bije dzwon,
Czy przyjdziesz znów, daleko stąd,
Czy będę jeszcze Twoim przyjacielem.

T. Budzyński, Opowieść zimowa


Jest miasto, które cię wypluwa jak pestkę z dojrzałej czereśni.
Idziesz chwiejnym krokiem poza zgiełk, żeby na nowo stworzyć własny język.
Będziesz owocował w ciszy.

Jest w lesie ptak; jego śpiew wstrzymuje oddech
i przyprawia o rumieniec.
Leniwie zapuszczasz korzenie.

Jest zegar, który nie bije, trzeszczy podskórnie i przynosi spokój,
czas się złuszcza w korze, drewnieje brzozowy naskórek.
Siwiejesz do kości, w tym sęk.

Jest trzęsawisko z gniazdem białych larw, które żywią się pierwszą gwiazdą;
syte seledynem pną się wzdłuż ud aż po intymność, moszczą sobie.
Chichoczesz pełen szczęścia i łaskotek.

Jest katedra, która się zniża, żeby cię zaprosić jak próżna kobieta,
i jezioro, które się wznosi, oplata szyję, łagodnie zabiera ze sobą.
Rybiejesz pod wklęsłym meniskiem.

Jest przystrojony wstążkami wózek, porzucony w zagajniku
starzec z innym wózkiem, pełnym gratów, rdzewiejących blach i puszek.
Trzymasz kciuk w ustach, żeby się nie zdradzić. Wrastasz w puszczę.

Jest trupa nagich aktorów ciągnąca trupa w kostiumie,
którego wnętrzności mienią się na słońcu, pod lasem jak plama benzyny.
Czujesz mrowienie w podbrzuszu.

Jest wreszcie
kiedy czujesz ukojenie, sytość ktoś, kto cię wypędza z łona.
Na świat, na śnieg, na mróz i mówi coś o betach, że tam cię wysadzi, że tam cię wyleje,
że jest takie miejsce dla gwiazd nad Betlejem.

 

 

 

Zaczarowane okienko
                  – Wojtkowi


Polana pod lasem.
Sarenka.
Klęka.
Czyja to ręka,
że klęka sarenka?

Trzeba dać odpowiednią ekspozycję życiu.
Powkładać to życie w kwadraciki, gablotki, okienka,
i siebie w tych klatkach ułożyć, a jeśli nie chcieć już w nic
więcej wierzyć, to warto odpuścić i innym dać przeżyć.

Trzeba dać odpowiednią ekspozycję śmierci, bo kto nas wyręczy
w tej śmierci, kto nas (z tej nocy, niemocy) po wszystkim uleczy?
I starzeć się estetycznie należy, spokojnie ułożyć pod pięknym pomnikiem,
nóżki do przodu, na nóżkach pantofle, i muszka w groszki, i cukierek w ustach.

Landszaft, obrazek to gorzki:
Sarenka nie klęka.
Już nie drży sarenka.
Czyja to ręka, że śpi już
sarenka, a obok sarenki
kolejne sarenki?

Tak, jak śpiewa Wojtek w Ba!:
Polana pod lasem, polifonia, po-li-fo-ni-ja!
Okienko, w okienku ręka.
Czyja to ręka?

Należy nadać odpowiedni wyraz twarzy, i rozkazy dłoniom,
jeśli się kocha. I ekspozycję ciał ułatwić, poukładać w szafach,
pościel zmienić dopiero, kiedy straci zapach. Należy gotować
większość dań na zapas, z przepisu, podawać na czas.

Tak, jak śpiewa Wojtek w Ba!:
Polana pod lasem, polifonia, po-li-fo-ni-ja!
Okienko, w okienku ręka.
Czyja to ręka?

Drzewo, kapliczka
w połowie jest pieńka.
Och, jak w niej ciemno.
Jak pusto jest pieńkom.
Czyja to ręka?
Czyją to ręką?

Należy broń trzymać w ekspozycji ku górze, przeładowywać broń
tylko w martwym punkcie. Odławiać tylko te najsłabsze w stadzie.

Okienko muszki, wyćwiczona ręka, wszystko co piękne
niech pokornie klęka.

Czyją to ręką, czyja to ręka?
Kto zgasił oczy, kto stłukł okienka?

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.