RAFAŁ GAWIN – rocznik 84. Poeta, okazjonalnie krytyk, redaktor, korektor i sekretarka „Arterii”, konferansjer i reanimator kultury. Wydał arkusz Przymiarki (Wrocław 2009) oraz książki poetyckie WYCIECZKI OSOBISTE / CODE OF CHANGE (Londyn/Gniezno 2011; przekład: Marek Kazmierski) i ZACHÓD SŁOŃCA W KURWIDOŁACH (Łódź 2016). Tłumaczony również na język bułgarski, rumuński, słoweński, niemiecki, rosyjski, ukraiński i prawie francuski. Mieszka w Łodzi, gdzie pracuje jako instruktor w dziale programowym Domu Literatury. Prowadzi blog gawin.liberte.pl.

Foto: Ewelina Fladzińska
 

 
 
 

Usiądź i zostań

Widzę wyraźnie, widzę wyraźnie
i będę to powtarzał, dopóki nie zrozumiem,
że tak wygląda śmierć, wygląda z siebie
i się łasi, dopóki nie zabrzmi muzyka środka,
która scala resztki po słuchu, bierze w nawias
prawdę, która dalej nie jest ostateczna.

 

 

 

Nałóg. Pieśń na brzytwie

Fryzjerzy tną aż miło.
Jeśli do tej pory czegoś nie ujawniono,
nie istnieje. Przewidzenie
czy przywidzenie? Zmień zawód
w zdanie, które rozjaśnia końcówki:
człowiek zawsze był w centrum,
choćby się spalił i krążyły wokół
płaty skóry, opatrunki, filtry
i zimne prysznice. Brzytwa tonie
podczas gaszenia pragnień
(sponsorowanych przez kicz).

Film się zacina, ale nie urywa.

Pseudo kryje w sobie uciążliwą,
ale pożądaną powtarzalność.
Byle nie wprost, byle nie ja.
I tak do końca na pół gwizdka:
długo z tyłu, krótko z przodu
i pokojowy Nobel z wąsów.

 

 

 

Czym jest poezja i nigdy nie będzie

Kiedy napiszę wiersz, nie pytaj
o szczegóły. Nie chcę go stracić
(powinno być: jej, nie, za bardzo
schodzimy w dół, z którego
się nie wygrzebiemy).

Jeśli wszystkie erotyki miałyby dotyczyć jednej kobiety,
jednowymiarowość interpretacji stałaby się patologiczna.

Kiedy więc pytam cię o zdanie,
niech ono będzie proste niczym cymbał grzmiący,
powtórne przyjście pana od przyrody:
kobieta składa się z dosłowności
i w niej ukrywa swoje szanse,
zwierzę futerkowe zagłaskane na śmierć.

Byle nie chodziło o mnie,
jak nie chodzi o ciebie w tym wierszu,
w tym życiu poza zgiełkiem pierwszej prawdy,
której zawierzyłem i zostałem z niczym.

Ze zbioru Zachód słońca w Kurwidołach

 

 

 

Wejście smoczka

                    Stare daje ci stabilizację,
                    a nowe płynność.

                    Bruce Lee

Napisać dom na zadany temat.
Wyjść z niego, jak się wychodzi
z siebie, gdy wewnętrzne miejsce
na wielokrotną ulgę kurczy się
z każdym uderzeniem w ścianę.
Przecież ich tutaj nie było. To miał
być stan otwarty, surowy dla ograniczeń
– ziejących ogniem pustek
nienarodzonych gości. Ale co więcej

może zrobić ten, który widzi gwiazdy,
gdy niańczą na chłodzie i wywieszają
flagi pieluch? Biel jest umowna
jak barwa sukienki przy każdym
kolejnym ślubie. Znów piękniejszym
doświadczeniu skończoności? Jak to,
które już buduje miękkie ramy
zdarzeń, każe wracać do najbardziej
pożądanego – wspólnego niepokoju

(kradnę tytuły, gdy nie dorobiłem się
własnych). Krążę wokół nowej planety
w układzie spisków i nerwów. Czuję,
jak mnie kopią jej podziemne prądy.
Dom rodzi się z resztek na czarną godzinę
i czarny protest przed ciągłością śmierci.

***

Polityka? Kramik zamyka karmnik,
a głosy zaważą na rozwoju istoty rzeczy,
który w świetle odbija się czkawką.

 

 

 

Marny przekręt, marny proch. Teatr Ósmego Dnia

                    Się napij się

                    Napis na kubku albo na swetrze

Jak się masz, jak się
jesteś? Czy jakiś bóg
istnieje, jakiś odwieczny
dylemat? Twoje wybory życiowe
zostały sfałszowane. Więc

zacznijmy od początku,
pierwsi w jakimś środku
komunikacji, jakimś wyścigu
donikąd. Się robi, jak chciał
klasyk, mizogin, mizantrop,
łapiesz? Tropy zostały
rzucone. Nie ma związków. Się

jest ruchome jak ostatnie wspólne
święto. Pogrzeb. Aż chce się
wytoczyć działo czasownika:
działo się i nie chciało
zrymować z nieuniknionym.
Taki unik. Unia ruchów

mimo woli. Czarna dziura
kształtuje świadomość. Jaki tam
byt, zbyt, rajski przebyt
czy inny ptak (wracam do korzeni
i potykam się w sobie).

Zacznijmy od końca:
skrót storpedował jaźń,
choć zanurzenie pozwalało
co najwyżej na bąble
na stopach. Nie ma przejścia

bez posiadania się,
posiadania z zachwytu.
To taki chwyt, po którym zostaje
męski zwis. Poczywaj i poczuj,
nim cię zamkną w klatce,

rzeźbie, modelu. Taka
rzeź. Wąwóz. Dobrze
opłacony słup. Skup. Się
wyzwól jak zdjęcie, wyzwij
jak krzyż. Miej na szyi
ołtarz lekki jak ja,

głaz tańca na grobie,
sobie, sobie w śmiech.
Bądź grzechem ech.
I och.

 

 

 

Dosłowność ustrojowa. Ostatni klaps

                   
Kobiety są przyczynami wielu śmierci
                    seksualnych.

                    Chłopiec na posyłki


         
          Sprawiedliwość jest kobietą,
                    a prawo jest dzieckiem.

                    Zwolennik rozwiązań bezsilnych
 

Jestem abortowanym płodem,
jakie mam wyjście? O burtę uderzają
kolejne fale, kolejne wezwania
w butelkach przesyła mi listonosz
Pat. Oj tak! Czuję się doskonale

w niebycie. Bo przecież istnienie
jest podejrzane, jako wypadkowa
światła. Bo przecież przedłużanie
rodu to marna rekompensata.
Godność i niedogodność zarazem,

skrobanie od spodu zamiast pukania,
płukania w zdrowej wodzie
roślinnych atrybutów piękna. Kości
nie mieszczą się w stawach, a co
dopiero w historii, a priori

i vice versa. Ale już ktoś mnie znowu
usuwa jako praprzyczynę braku
parytetów, gwałtu na językach,
które się plączą, gdy właściwe nie
zawłaszcza logika rewolucji.

Moja nieobecność to luka
w życiorysie, plama na bieliźnie
poddanej wolnemu wyborowi.
Nie musisz mnie wskrzeszać,
ale zanim ukrzyżujesz, sięgnij

do etymologii i niech cię
nie mierzi niewypowiadalne
w imię dysfunkcji dyskursu,
rzutu dyskiem z dowodami
zbrodni, tabletu gnozy

dzień po. Taka jest moja eks-
tradycja, taki eksces, ostatni
podryg żalu w lustrze, gdzie
obija się czkawką pikieta
w krainie czarów i mar.


Z nieprzygotowanego do druku zbioru Wychodząc z szafy i trzeszcząc

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.