JOANNA FLIGIEL – rocznik 68. Mieszka w Bielsku-Białej oraz w niemieckim mieście Neuss i niemieckiej wiosce Bengel. Autorka dwóch tomików poetyckich: Autoportret i Geny. Redaktorka Śląskiej Strefy Gender oraz Babińca Literackiego.

 
 
 

Kilka kolejnych zapisków z Bengel


I

Jego niemiecka niedoszła żona
przyszła popołudniem do naszego ogrodu,
z pełnym wiadrem jabłek i śliwek.
Powiedziała, że w każdej chwili
może dostać klucze do jej sadu.
Zaproponowałam espresso,
bo akurat zastała nas po obiedzie
nad wymazanymi talerzami.
Odmówiła, poprawiła korale
i skierowała się w kierunku furtki.
Odchodząc zapytała, czy
chcemy mieć dzieci.

Jabłka były jeszcze kwaśne i niedojrzałe.
Zadzwoniłam do wnuczki.

 

 

 

II

Delta, Dietla Świetlickiego jest świetna,
ma szerokie skrzydełka z przodu i z tyłu książki,
pod które chowam kartki ze swoimi zapiskami
i przewożę z Bengel w inne miejsca,
chociaż trochę zagina im rogi.

Ale byłabym niesprawiedliwa,
gdybym nie napisała, że wiersz
Świetlickiego z Torbicką
nawet mi się podobał.
Otworzyłam na tym rozdziale,
bo czuję się specjalistką
od lęków i fobii
i dobrze zrobiłam,
bo okazało się,
że to bardzo śmieszny rozdział,
a ja lubię się pośmiać
(chyba, że cię nie śmieszy
TRZECIA TRZYDZIEŚCI TRZY
dużymi literami, bo czytasz horrory,
jak kiedyś ja, gdy urodziłam dziecko,
czytasz, żeby nie zwariować
przy całodobowej walce
z nieprzemijającą pokrzywką
na pupie niemowlęcia).

 

 

 

III

Tym razem chodzi o czereśnię.
Nie o czereśnię w kwiatach,
ani o uginającą się od owoców,
ale o czereśnię, która zarasta latarnię
i zasłania podróżnym światło,
więc burmistrz Bengel wysyła
naszą sąsiadkę,
nie jakiś list, wezwanie, nakaz,
ale przyjaźnie usposobioną kobietę,
bo dopiero uczymy się chodzić,
jak przystało na roczne dziecko.

 

 

 

IV

Lubię ten dom.
Nikt mi w nim nie umarł,
nikt nie zadzwonił z informacją o śmierci.
Żyją jego poprzedni właściciele.
Ona lat dziewięćdziesiąt. On osiemdziesiąt siedem.
Zjemy z nimi obiad w przyszłą niedzielę.
W eleganckiej restauracji nad Renem.

Kiedy Niemiec umówi się na termin,
nie śmie umrzeć wcześniej.
Polak powie - jak Bóg da,
jak dożyje,
jak zdrowie pozwoli,
jak wszystko pójdzie dobrze.
Polak niczego nie jest pewien,
oprócz śmierci.

Powtarzam za przodkami
"muszę tylko umrzeć",
a Niemiec musi najpierw zjeść
ten zaplanowany obiad
nad Renem, w przyszłą niedzielę.

Lubię ten dom,
choć w tym domu też pamiętam
każdy szczegół tamtego pokoju,
Ciebie w drzwiach,
ton i barwę głosu, gdy mówisz:
"Ojciec ci się powiesił".
Mi się powiesił. Mi.
Mi, mi, tylko mi, choć brat śpi
na górze, a mama dzwoni, bo nie wie
czy sama może odciąć krawat.

Ale to mi się powiesił. Tylko ja
zjadam z nim jeszcze śniadanie,
siadam przed nim w staniku i turbanie
zrobionym z ręcznika.
Maluję usta, rzęsy, policzki,
choć wiem jak nie znosi
wypizdrzonych kobiet, w dodatku
w kolorowych getrach. Mówi,
że w nich łatwiej łapać klientów,
na dwa pasy zieleni.

Gdy dorosłam, starał się
mnie pokochać,
choć zrobiłam wszystko,
żeby się nie udało.

Milczą telefony,
bo są wyłączone,
żebym mogła chociaż lubić
jeden dom w swoim życiu.

 

 

 

 

V

W tym domu nie da się nie pisać.
Można jeszcze ewentualnie leżeć
z głową pod kołdrą.

Siadam przy stole i spoglądam w mgłę,
jakby z nią były związane wszystkie moje pomysły,
bo gdy ona uchodzi i budzi się życie,
z tymi swoimi wszystkimi nieistotnymi szczegółami,
które widzisz zbyt wyraźnie,
żeby się nimi nie zająć, najchętniej
włożyłbyś głowę pod kołdrę,
żeby nie musieć ich znowu potem zapisać.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.