|

 

MIROSŁAWA SZOTT – rocznik 1987, poetka, krytyczka literacka, autorka dwóch książek poetyckich (pomiary Zamku, 2013; Anna, 2015). Teksty krytycznoliterackie zamieszcza m. in. w „Toposie”, „Frazie”, „eleWatorze”, „Pro Libris”. Mieszka w Zielonej Górze.
 

 
 
 

Skoczysz?
 

Kurwidoły brzmią poważniej od kurwidołków. Bez zmiękczania, pieszczot. Na mapie mogłyby leżeć całkiem niedaleko od siebie. Załóżmy: jakieś 7 kilometrów, 15 minut drogi samochodem. W miejscu zachodów słońca (wyłącznie). Tam, gdzie robi się niezłą poezję, bo warunki sprzyjają, żeby nie wyszło nic innego. Od czasu do czasu słyszy się, że ktoś wpadł w kurwidołek (ale impas to tylko jedno ze znaczeń obok: burdelu, beznadziejnej prowincji). Przez przypadek, popełniając błąd – nie ważne; z pewnością nie z własnej woli. A co jeśli umówimy się na zwiedzanie kurwidołka, archipelagu kurwidołków, czy wreszcie Kurwidołów? Zapraszam.

„Jeśli nam się nie uda, zrobimy z tego wiersz” – to niepozorne stwierdzenie potraktować można jako próbę definicji poezji w ogóle. Definicji szczególnej, bo traktującej wiersz jako efekt pewnego braku (szczęścia, umiejętności, Boga etc.). Brak stanowi tu warunek tworzenia lub pomysł na alternatywę wobec rzeczywistości. „Jeśli ucieknie nam tramwaj, pójdziemy pieszo”. Nic nadzwyczajnego, codzienność. Ale co się stanie, gdy zmienimy drastycznie kontekst zdania i uznamy, że wypowiedziała je osoba po amputacji nóg? Może podobnie jest właśnie z piszącymi (cierpiącymi na przewlekłe stany niepisania – „To nie jest tak, że siadasz / i twoja klawiatura wprowadza cię w trans”, Łowca): tworzą literackie protezy albo doświadczają cudu? W przypadku Gawina można by brać pod uwagę te dwa warianty. Zostańmy jednak przy wrażliwości mirakularnej, w której nie chodzi raczej o prosty związek z praktykami magiczno-religijnymi, ale z poetyckimi (cud pojawia się np. gdy słowo „seks” zastąpimy słowem „sens”). Podmiot tych wierszy ma na koncie apokryficzne spotkania („Jezus był kobietą i odwiedziła mnie zamiast snu”, Zamiast wspólnej nocy) oraz poetyckie objawienia („Widziałem Boga: / wymyślił nowe prochy/ i sypiał z dłużnikami”, 1 Kor 13,4).

Tomik Rafała Gawina Zachód słońca w Kurwidołach to dosyć pojemna treściowo książka; wcześniej łódzki poeta wydał Przymiarki (2009) i Wycieczki osobiste / Code of change (2011). Trudno opisać tę rzecz całościowo, wyprowadzić z jej wszystkich składników reakcję syntezy (czy to bezpieczne?). Dlatego przyjrzę się tylko niektórym jej wątkom. Sporo u Gawina błysków, fleszy, niezłych wersów-leadów („Łatwiej mieć dupę niż cycki”), intertekstualności (nie tylko nawiązania treściowe, ale też formalne – rodem z Karpowicza). Uwagę zwraca w pierwszej kolejności język. Bardzo podobny do tego, którym posługuje się autor na swoim blogu: uwidaczniający paradoksy, ironiczny, odważny, swobodny, przerzutniowy, gorzki. Gawin lubi dekonstruować zastane frazeologizmy i zbitki słów, zabawia się aliteracjami („był kot i bełkot”, „Koniec modlitwy! / Konie ma z Litwy”, „Ład mem dał i inne młode”). Łatwo przyzwyczaić się do tego rozrywkowego układu autor-czytelnik. Umowna gra słów, która jednak nie dotyka (poza wyjątkami, o których dalej). Jak to gra – chyba że ktoś jest zawodowym szachistą i rozpamiętuje wszystkie partie na przestrzeni 10 lat. Wiersz nie ma obowiązku poruszać. Nie ma żadnego obowiązku. Mam jednak wrażenie, że niekiedy za dużo językowych popisów, skrótów myślowych, które wybijają czytelnika z toku wypowiedzi. Weźmy na przykład wiersz Mogłeś być moim ojcem, który – choć dobrze rozpoczęty – na koniec spiętrza się i traci komunikatywność (szkoda, że jednak nie grawitację). Widać w nim łączenia, szwy. Podobnie mam z cyklem składającym się na Wstęp do poetyki.

Gawin świetnie sobie radzi w wierszach autotematycznych, gdy dystansuje się od nowoczesnych trendów w poezji połączonych z kompleksami fallogocentrycznego świata: „Mam krótką frazę, więc czym tu imponować?” lub „O kiedy muszę być wielki, / a od kiedy ważny?”. Potrafi robić ciekawą translację świata na język i języka na świat (jak na przykład w Spisie cudzołożnic). Żargon bankowy może stać się kodem poetyckim: „Wymagają czasu i precyzji, / przelewu krwi, zdefiniowanego odbiorcy” (Ciężki tytuł: metamorfozy). Ostatni wers z przytoczonego tekstu jest jednym z lepszych w Kurwidołach: „Czytasz ze zrozumieniem? Słuchasz bez muzyki? Skoczysz?”. To jest przykład sprawnej metamorfozy. Wiele poeta na tej figurze opiera. Także utwór otwierający książkę nosi tytuł Przemiany (tylko nadmienię, że angielski wariant tytułu poprzedniej książki to: code of change). Nie są one niczym innym niż dobrze zrozumianą i skonstruowaną Arystotelesowską metaforą, gdzie z a/b i c/d powstaje nowa jakość a/d lub c/b. I cały czas robi to niezłe wrażenie.

„Ta książka jest o mnie” – wyznaje na swoim blogu, żeby nikt go nie posądził o nieuświadamiany egocentryzm. Niespodziewanie dużo pisze o Bogu i cielesności, a zdarza się też, że o cielesności Boga („Bóg jest łysy”). Kiedy w tekście Litania do serca odmienia seks przez przypadki, osoby i czasy, to mam lekkie przeczucie, że właśnie tu rozszczelnia się granica między fizyką i metafizyką – w miejscu tylko pozornie do tego nieprzystosowanym. Stąd cud. Także w cytowanym już wierszu (1 Kor 13,4) w miejsce Boga niemal matematycznie podstawiony jest seks:

Widziałem seks, wielkiego poruszyciela:
             samoistny, konieczny, najdoskonalszy, celowy;
             na myśl o nim klękały i krzyczały narody,
             elementy tej prawdy.

Metafizyka porno. Wizja tragiczna, antyutopijna, ale znana choćby z powieści Huxleya. W Kurwidołach między innymi takie rzeczy. Skoczysz?



Rafał Gawin, Zachód słońca w Kurwidołach, Kwadratura, Łódź 2016

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.