JAKUB SAJKOWSKI Rocznik 85. Poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w sZAFie. Wydał książki poetyckie: Ślizgawki (2010), Google Translator  (2015). Publikacje: m.in. Pro Arte, Arterie, Dwutygodnik, artPapier, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat min. projektu Połów, konkursu im. Klemensa Janickiego, oraz Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi. Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi blog literacki http://czytnikliteracki.blogspot.com.

Foto: Paweł Szałankiewicz

 

W obronie powagi, w obronie humoru. O Kalenberku Janusza Radwańskiego
 

Coraz mniej przekonuje mnie ironia w poezji – chodzi o tę prowadzącą nie tyle do kontestowania, satyry, bardziej tę, która kontestuje także sam fakt sprzeciwu, która kontestuje sam fakt dobitnego mówienia, która panicznie boi się stanąć po jakiejkolwiek stronie, będąca maską, wybiegiem, pustą ekwilibrystyką, zapętloną negacją która ostatecznie do niczego nie prowadzi. Żart czy ironia w Kalenberku Janusza Radwańskiego nie jest jednak ściemą, wybiegiem. Czasem przyjmuje postać autoironii, zabiegu polegającegi na wycofaniu poety, poezji z pierwszego planu. Na ile to kokieteria, nie wiadomo – fakt faktem, że na pierwszym planie jest świat, który traktowany jest bez upiększeń, bez znieczulenia. Także inny człowiek nie jest traktowany zawsze śmiertelnie poważnie, żart jest tu jednak również formą mówienia o nim jednej strony z czułością, z drugiej – bardziej dobitnie.
Tu, wydaje się, trzeba by zrobić małe rozróżnienie: świat jest ważny, człowiek – być może nie. Człowiek poeta – być może jeszcze mniej. Ale też traktowani jesteśmy przez człowieka-poetę Radwańskiego na tyle serio, żeby o naszej małoważności mówił nam dobitnie, wprost. Nawet jeśli oznacza to mówienie o naszej zwyczajnej śmieszności.

                          Tak się porobiło, że za dużo rzeczy mnie śmieszy.
                          Ludzie myślą, że jak się śmieję, to przeczę,
                          a tu po prostu dzieją się zbyt ważne rzeczy,
                          żeby traktowac je serio. Wsysa nas wielkie serce,
                          ma nieskońzoną pojemność, a i tak pęka.
                          Bawię dzieci, stawiając grabie na głowie,
                          balansuję tak, żeby nie wylądowały w oku.
                          Co to za różnica: obrócić się w żart, czy w popiół?


                          “Krótki kurs kuglarstwa dla leworęcznych”

Siłą tego humoru jest to, że w żaden sposób nie uśmierza on bólu. A może i uśmierza, ale nie poprzez ściemnianie, zagadywanie go. Ten wiersz zdaje się mówić: i tak jesteśmy słąbi, śmieszni, nieważni, iluzoryczni, więc pogódź się z tym, wyluzuj. Czy daje to jakieś wytchnienie? I tak, i nie. Z jednej strony pozwala na katharsis, zmierzenie się z tym bólem, przemijaniem, własną małością. Z drugiej strony – zamiast zagadywania bólu śmiechem, wyśmiewaniem, wygłupem dla wygłupu, mówi o śmieszności człowieka wprost, co może być samo w sobie bolesne. Wydaje się, że autor zdecydowanie bardziej ceni oczyszczającą moc stawania ze swoimi traumami twarzą w twarz, niż wygodę znieczulenia. Świadczyłby o tym wiersz finalny, który zacytuję w całości.

                          „Lewady”

                          Wszystko się jakoś ułoży jak na niebiańskich lewadach.
                          Suka zmarznięte szczeniaki z powrotem do budy powkłada.
                          Cieć na śmieciówce dostanie złoty pindziesiąt więcej,
                          a syn dorosły usłyszy, że mógł go brać częściej na ręce.

                          Typ nieprzyjemny ulicę w centrum miasteczka straci,
                          i dobrzy ludzie przybiją nazwę: Aleja Kurwy i Maci.
                          Jakiegoś zamęczonego za niepopełnione grzechy
                          postawią tam na cokole, w dodatku z miłym uśmiechem.

                          Na chwilę wiatr zamiast w oczy podmucha w rozbite kolana.
                          Coś się szeroko otworzy – ten ni to świat, ni to rana.

Zarówno fraza „Aleja Kurwy i Maci” jak i „ni to świat, ni to rana” świadczą, że bólu nie da się zagadać, nie da się uśmierzyć. Bądź nie ma to żadnego sensu. Lepiej zaakceptować że jest, istnieje, i – jednocześnie – jest czymś równie nieistotnym i zabawnym jak my sami.
Wróćmy jeszcze do pierwszego zacytowanego wiersza i frazy: Co to za różnica: obrócić się w żart, czy w popiół? My jesteśmy żartem, ale też: przemijanie jest żartem. Może więc i ból przemijania jest „żartem”. Z jednej strony tak, z drugiej – nie. Tak jak wcześniej zwróciłem uwagę, Janusz Radwański zdaje się traktować naszą nieistotność tak poważnie jak się da. Nie „wyśmiewa” jej, chyba że mowa o śmianiu się z samego siebie. Małości, śmiesznostki innych traktuje co najmniej z czułością. Zresztą, zdaje też sobie sprawę, że – jeśli to, co śmiertelnie poważne, można obrócić żart, to i to, co traktujemy jako „żart” kryje w sobie rzeczy ostateczne.

                          „Spokój”

                          Martwiła się, gdy mąż, ratownik w kopalni siarki,
                          pił po pracy i długo nie wracał, aż jej powiedział,
                          że przecież jakby się co stało, to przyjdzie milicja
                          i jej powie, więc odtąd była już całkiem spokojna
                          aż przyszli.

Z drugiej strony, jeśli mówimy wszakże o „obracaniu się w popiół”, o „bólu przemijania”, to czy o poważnym traktowaniu tych spraw świadczy ich mitologizacja, czy raczej demitologizacja? Wydaje się, że wedle Janusza Radwańskiego poważne jest jedynie to, co naturalne, co jak najbliżej ziemi, a mitologizacja to po prostu ściema. O tym znakomicie traktuje wiersz pt. „Ośrodek”, który – wbrew temu, co robi wielu młodych poetów, którzy raczej posthonetowsko mitologizują dzieciństwo – stara się je zdemitologizować.

                          Wieś składa się z domków na sprzedaż,
                          sklepu z lodami i piwem. W ośrodku cmentarzysko:
                          martwe gry video, piłkarzyki bez głów,
                          bokser zatrzymany na wieki na wyniku ,,impotent”.

                          Staruszek portier, na oko lat 50 plus Mamry wódki,
                          daje klucz i płynie łowić. Ostatnie „tu byłem”
                          na drzwiach szafki urywają się 15 lat temu.
                          Dzienniki Zaginionych Ekspedycji, Wielkie Nieskończone Miłości.

                          Sąsiadujemy tylko z ostatnim dresem z rodziną.
                          Gdy gramy na piasku w nogę, wyglądamy jak
                          grupa rekonstrukcji lat 90-tych.

Poeta pisze również w innym miejscu: Zwierzęta i dzieci trzymają mnie jakoś przy życiu. Być może jako te, które nie są skażone ściemą, bardziej naturalne, prawdziwsze. Ostatecznie wydaje się że najnowsza książka Janusza Radwańskiego cała zdaje się wołaniem o brak ściemy, o naturalność, bezpretensjonalność. Humor występuje tu jedynie jako element wzmacniający przekaz, czyniąc Kalenberek pozycją zarówno mocną, dobitną, skondensowaną, jak i dostarczającą niegłupiej rozrywki.



Janusz Radwański, Kalenberek, Fundacja Duży Format, Warszawa 2017
 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.