|

 

ALICJA ŁUKASIK – rocznik 93, autorka tomiku Przebudzenie. Nie ma odwagi, żeby nazwać się poetką, dramatopisarką i malarką, ale wszystkie te czynności wykonuje i sprawiają jej wielką przyjemność. Mieszka w Poznaniu.
 

 
 
 

Na koniec idą
 

W porządku. Mamy przed sobą debiutancką książkę opatrzoną blurbem nie byle jakich przecież poetów, bo Romana Honeta i Jakobe Mansztajna. Już więc od początku poprzeczka postawiona została wysoko i do lektury podchodzę z wysokimi oczekiwaniami. Ostatecznie trochę się zawodzę, a trochę nie.

Najczęściej przewijającym się wątkiem jest pamięć i wszelkie jej warianty – zapominanie, bezpamięć, niepamięć. Widać to już na poziomie tytułów, które są przymiotnikami – zwymyślane, widziane, zbierane, naoczne, pamiętane, uchwytne.

Drugim wątkiem jest ciało/ciała. To na nim zapisują się doświadczenia, np. poprzednich kochanek, kobiet, które bohater kochał. Istnieje się tylko między ciałami innych, a więc nasze istnienie uzależnione jest od innych, od ich pamięci o naszym istnieniu. Ciało jest też tym, które doświadcza – dotyku, smaku, zapachu, ale przez ciało (a właściwie mózg, będący jednak częścią ciała) oraz znaków – myśli, sformułować, mowy, a może literatury?
Cielesność podmiot traktuje przedmiotowo:

ja jestem przedmiot
             leżący na horyzoncie

Podmiot jest sługą, które oddaje swoje ciało pod władzę innego człowieka.

Nad wierszami Topolskiego ciąży jakieś widmo końca – może śmierci, może utraty wspomnień, może wymazania jego z pamięci innych – to dla podmiotu zdaje się być jakąś formą śmierci czy nieistnienia.

Za życia wszyscy się od siebie różnią, ale gdy człowiek umiera lub się o nim zapomina, wszyscy są sobie równi:

             w bezpamięci wszyscy są tym samym w pochodach różnobarwnych
             koszul

To wszystko przypomina trochę barokowy lęk przed śmiercią i jednoczesną pewność, że niewątpliwie musi ona kiedyś nastąpić.

Tajemniczy jest status znaków. Z jednej strony są czymś, co nie powinno się rozkrzewiać, a z drugiej są zwykłymi przedmiotami – pieniędzmi, butami, jedzeniem. Tak jakby przedmioty ograniczały się wyłącznie do ich nazw.

Jest coś religijnego w tym, jak Jakobe Mansztajn traktuje zbiór wierszy i pod tym mogłabym się sama podpisać. Ale jednak nie traktowałabym tego zbioru jako spowiedzi, raczej jako rozliczenie się ze swoimi lękami przed śmiercią i zapomnieniem.

Zgadzam się również z Mansztajnem, że jest tu coś apokaliptycznego – niewątpliwie ciąży nad nimi widmo końca. Jednak nie zgadzam się, aby była to książka świetna. Z jednej strony nie można jej nic zarzucić – opowiada o czymś, jest spójna, nie wyszła spod pióra grafomana, wszystko jest jak trzeba. Ale brakuje mi takiej iskierki, która czyniłaby tę poezję niezwykłą. Powiedziałabym, że są to wiersze poprawne (pod kątem formy i treści), ale nie porywające. Nie sądzę, abym za parę miesięcy czy nawet tygodni pamiętała o nich.


Maciej Topolski, Na koniec idą, Biblioteka Arterii, Łódź 2017

 

 

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.