|

 

MAGDA GAŁKOWSKA poetka (podobno) współczesna, napisała trzy książki poetyckie, ma zamiar napisać przynajmniej jeszcze jedną. Wygrała dwa ważne konkursy i nie wygrała kilku mniej ważnych. Publikowała w różnych miejscach, np: w środkach komunikacji miejskiej w Łodzi. Bywa całkiem sympatyczna. Mieszka w Poznaniu.

Foto: Arek Łuszczyk

 
 
 

Czerwone usta, córka i reumatyzm
 

Wszystkie debiuty są w pewnym sensie bardzo podobne. Stawiają liryczne ja w centrum poetyckiego wszechświata, podczas gdy wszystko inne krąży po orbitach, jakby podmiot liryczny chciał powiedzieć, a czasem nawet wykrzyczeć: „Spójrzcie, to ja! Jestem, więc patrzcie, poświęćcie mi uwagę!”. Tom Katarzyny Zwolskiej-Płusy nie jest wyjątkiem, co rzecz jasna nie oznacza, że powiela poetyckie schematy, natomiast zdecydowanie wpisuje się w nurt poezji konfesyjnej. I to bardziej spod znaku Sexton niż Plath, bo nawet jeśli Zwolska-Płusa porusza się utartymi szlakami, to – kontynuując metaforę podróżniczą – zostawia na nich własne ślady.

Tematem tych wierszy jest przede wszystkim cielesność. Nie tylko metaforyczna, ale również dosłowna, z ciałem jako podmiotem, który bywa momentami uprzedmiotowiony, sprowadzony do zespołu organów, do mniej lub bardziej sprawnie działającego mechanizmu. Ciało jest tu punktem wyjścia dla wszystkich rozważań o istnieniu i unicestwieniu, miłości i nienawiści, narzędziem do rozliczenia się z własną psyche, ale także przedmiotem wnikliwej obserwacji.

Pierwsza część tomu „Cud” jest mocno „kobieca”, zarówno poprzez wyraźnie zaznaczane przez poetkę odniesienia (Isis, Hekate, Diana, ale również Hanna Krall i Eliza Orzeszkowa) jak i poprzez konotacje. „Kobiecość” wyraża się głównie w podejmowanych tematach, gdzie głównym – odnoszę wrażenie – jest macierzyństwo i poród - z jednej strony traktowany jako akt tworzenia, z drugiej jako próba pogodzenia się z własnym ja i akceptacją niedoskonałości. Jak gdyby bycie matką uwalniało podmiot liryczny od konieczności zajmowania się własną śmiertelnością, przenosiło „środek ciężkości” w inne miejsce.

pierwsza jesienna infekcja
                                                     - Sarze

             zmierzch pierzcha. kaszel chrobocze ci w gardle
             od godziny. przykładam usta do twojego czoła
             i otwiera się świat: różowa skóra jako początek
             wszystkiego, za długie noce, za krótkie skarpetki,
             słodkie mleko.

             na początku nie było nawet słowa, choć dawali
             słowo, że będę w tym dobra. ale nie potrafiłam
             mówić do ciebie, przybierając grymas jednostki
             chorobowej. na początku był płacz, wyrzynanie się
             zębów, zranione piersi.

             dziś wstajemy rankiem – jasne, rozpalone
             gorączką jak słońcem. twoje włosy mają kolor
             świtania, układają się na mnie, zlepiają mi rzęsy,
             więc widzę tylko ciebie. to znaczy, chcę powiedzieć:
             widzę ciebie jasno.

W drugiej części tomu, noszącej tytuł „Anomalia” to wszechobecne ciało jest też metaforą klatki, z której podmiot liryczny próbuje się wydostać, metaforą czegoś, co prowadzi do autodestrukcji. Ciało jest więc wrogiem, z którym trzeba walczyć. Pojawiają się więc choroby, guzy, motyw walki o siebie ze swoim własnym ciałem. Ta pozornie akceptowana cielesność staje się źródłem udręki. Wiersze w tej części są niemal brutalne w swoim realizmie. Katarzyna Zwolska-Płusa nie bawi się w subtelności, nie zostawia złudzeń, ponieważ konkluzja jest jedna: jesteśmy śmiertelni i każde, nawet najbardziej rozpaczliwe próby powstrzymania tego procesu, są skazane na porażkę. Tutaj najbardziej widać to uprzedmiotowienie ciała, o którym wspominałam wcześniej, ciało jest ofiarą zarówno przemocy, jak i ofiarą składaną? Pytanie brzmi komu? Bogu? Poetka nie udziela jednoznacznej odpowiedzi, a trzymając się metafory podróżniczej – pozostawia czytelnika na rozstaju interpretacyjnych dróg.

* * *

             wszystkim moim endo-przyjaciółkom

             postanowiłam przemówić jak czuje się kobieta
             zjedzona – to najwyższy stopień kanibalizmu
             wyjadać siebie w ciemności otrzewnej
             z pominięciem ust i żołądka

             (gdy zaserwowano torbiel z czekolady
             zwinęłam się z bólu wydaliłam jajnik
             na miękko potem dziecko)

             moje blizny śmieją się ze mnie
             gdy przemieniam krew
             w ciało stałe idealnej introwersji

             rozpostarta na obrusie z błony
             pokurczona w cyklicznej
             uczcie najświeższego bólu

             odpowiadam groźnym szczeknięciem jelit
             w rytm uderzeń pęcherza o kość
             wewnętrznej niezgody: kończ już jeść
             wstydu oszczędź

Bardzo mnie cieszy, że język tych wierszy, choć przesycony momentami fizjologią, jest językiem jasnym i zrozumiałym. Poetka, szczęściem dla tych wierszy, nie tworzy piętrowych metafor, nie stara się upiększać tego, co piękne nie jest i być nie może. To język, w którym nie ma fałszu, niczego nie udaje i nikogo nie naśladuje. I choć Zwolska-Płusa nie odkrywa przed nami semantycznej i lingwistycznej Ameryki, to zgrabnie adaptuje język potoczny do swoich poetyckich potrzeb.

Zastanawiające są natomiast z pozoru i przy pierwszym czytaniu niepasujące do reszty wiersze: „białoszewski” czy „człowiek zbierający grzyby”. Dowodzą, że Zwolska-Płusa przy całym swoim „cielesnym zafiksowaniu” potrafi być bystrą obserwatorką rzeczywistości, potrafi stanąć z boku i poprzez obserwacje tworzyć nowe przestrzenie.  To zdecydowanie dobrze wróży kolejnemu zbiorowi jej wierszy.
Ostatni wiersz z tomu Cud i Anomalia poetka kończy dystychem:

mając trzydzieści lat ma usta czerwone i pieluszkę
             córkę i reumatyzm. już wszystko.


             Mam wielką nadzieję, że jeszcze nie wszystko.



Katarzyna Zwolska-Płusa Cud i Anomalia, K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów, Brzeg 2017

 

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.