BEATA ZDZIARSKA – gdańszczanka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, uczy języka angielskiego w szkole średniej. Pasjonatka podróży, gór i różnic kulturowych. Współpracowała z lokalnym czasopismem „Pomerania”. We wrześniu 2016 roku wydała debiutancką powieść Zagubiony szlak.

Foto: Andrzej Ciuraszkiewicz

 
 

O Janie z Kolna opowieść
 

Już w dwa lata po śmierci Krzysztofa Kolumba (1506) wybuchły spory o to, kogo uznać odkrywcą Ameryki. Konkurentów do tej godności było wielu i różne kraje ubiegały się o palmę pierwszeństwa. Oczywistą sprawą jest fakt, że zaszczyt odkrycia Nowego Świata podnosi prestiż i mile łechce narodową dumę. Spór wyszedł poza forum naukowe i stał się narzędziem walki politycznej. Krąg mniej lub bardziej poważnych kandydatów do tytułu odkrywcy Ameryki zaczął się szybko powiększać.

Polacy nie gęsi i też swojego Kolumba mają

Wśród pretendentów znalazł się również Polak, Jan z Kolna, który żeglując z polecenia króla duńskiego Chrystiana I w 1476 roku, a więc szesnaście lat przed historyczną wyprawą Wielkiego Genueńczyka, miał dotrzeć do wybrzeży Labradoru. Fakt ten posiada dość skąpą dokumentację historyczną. Nie odnaleziono, jak dotąd, przekazu oryginalnego, a istniejące wtórne świadectwa mają charakter fragmentaryczny i wzbudzają wśród naukowców kontrowersyjne opinie.

Najstarsza relacja o wyprawie żeglarza Jana pochodzi dopiero z roku 1552. Jest to wzmianka zawarta w dziele hiszpańskiego historyka Lopeza de Gomary „Historia de las Indias”. Gomara nie określa narodowości żeglarza, dopiero późniejsi autorzy nazywają go Skandynawem (Norwegiem lub Duńczykiem).

Pierwszym, który przypisał Janowi polskie pochodzenie, był Francuz Franciszek de Belleforest. On to umieścił w swojej pracy „L’histoire universelle du monde” (1570) informację o odkryciu w 1476 roku Labradoru przez Polaka Jeana Scoluue.

Kolejne wzmianki o piętnastowiecznym polskim żeglarzu w służbie duńskiej odnajdujemy u autorów hiszpańskich, francuskich, holenderskich i włoskich.

Lelewel a sprawa Jana z Kolna

Na szczególną uwagę zasługuje relacja siedemnastowiecznego historiografa, Johannesa Horna. Świadectwo tego pisarza posłużyło Joachimowi Lelewelowi do stworzenia postaci Jana z Kolna. Nasz historyk wyszedł z założenia, że zlatynizowana forma „Scolnus”, która występuje w dziele Horna, powstała na gruncie polskiej fonetyki. Przekształcił więc łacińską wersję nazwiska na rodzimą – Szkolny.

W kilka lat później autor zrewidował swoją pierwotną koncepcję. Doszedł bowiem do wniosku, że nazwa „Scolnus” wskazuje na pochodzenie polskiego żeglarza z miejscowości Kolno. Odrzucił więc początkowy wariant „Szkolny” i przyjął ostateczną wersję – z Kolna.

„Odkrycie to 1476 Jana Scolnus przyznaję Janowi z Kolna, czyli de Kolno, Polakowi z małego miasteczka mazowieckiego z pogranicza Prus. Rodzina mazowiecka z Kolna była rodziną marynarzy w marynarce gdańskiej dobrze znaną”. („O odkryciu Ameryki przez Jana z Kolna”, 1842).

Lelewel wskazał tu konkretną miejscowość, z której wywodził się polski prekursor Kolumba. Od tego czasu „słowiański” odkrywca Ameryki zajął swoje miejsce w panteonie wielkich rodaków, a waga jego czynu umocniła polskie poczucie tożsamości i wartości.

Trudno dzisiaj nie zarzucić badaniom Lelewela braku obiektywizmu naukowego. Jak dalece był jego emocjonalny stosunek do analizowanego materiału historycznego świadczyć może fakt bezkrytycznego, stronniczego zaakceptowania jedynej tylko, pasującej do własnej hipotezy wersji nazwiska Jana, mimo że w publikacjach innych autorów natrafił na oboczne formy imienia żeglarza: Scolvus, Scoluo. Zinterpretował je jako zniekształcenia oryginalnego wariantu, które powstały w wyniku błędów popełnionych przez pisarzy.

Wśród współczesnych polskich badaczy panują dwa zasadnicze spojrzenia na problem tajemniczego słowiańskiego odkrywcy Ameryki. Pierwszą opcję, negującą polskość żeglarza jak i sam fakt dotarcia ekspedycji z 1476 roku do wybrzeży kontynentu amerykańskiego, wytyczyła krytyczna rozprawa Bolesława Olszewicza: „O Janie z Kolna, domniemanym polskim poprzedniku Kolumba” (1933). Spośród około dwudziestu ortograficznych kształtów nazwiska żeglarza za jedynie poprawny uznał wariant „Scolvus”. Według profesora forma „Scolnus”, która stała się podstawą do utworzenia spolszczonej fonetycznej wersji ”Szkolny” bądź „z Kolna”, powstała na skutek omyłki kopistów lub zecerów w XVII wieku (błędnie zamieniono litery w wyniku czego zamiast Scolvus otrzymano Scolnus). Gdyby bowiem lelewelowski Jan z Kolna był postacią istniejącą, to łacińska forma jego nazwiska brzmiałaby Joannes de Kolno lub Joannes Colnensis. Lelewel, jak pisze Olszewicz, przekształcił imię żeglarza bardzo dowolnie, opierając się na spekulatywnej podstawie lingwistycznej. Profesor skłonił się ku skandynawskiemu pochodzeniu Scolvusa. Większość bowiem najstarszych świadectw nazywa go Duńczykiem. Polski badacz zanegował fakt dotarcia ekspedycji z 1476 roku do brzegów Ameryki. Według niego celem wyprawy było najprawdopodobniej nawiązanie kontaktu z dawnymi normandzkimi koloniami w Grenlandii. Rzekome odkrycie Labradoru wynikło z niedostatecznej znajomości geografii wśród szesnastowiecznych kartografów, którzy z krainą tą utożsamiali Grenlandię, a nawet łączyli oba obszary w jeden kontynent.

Bardziej ostrożne stanowisko w kwestii domniemanego odkrywcy Ameryki zajęli Wacław i Tadeusz Słabczyńscy. Zdaniem tych badaczy szczupłość danych historycznych pozwala jedynie skonstatować kilka niezaprzeczalnych faktów: datę i trasę duńskiej ekspedycji oraz imię żeglarza – Jan. Nie jest natomiast możliwe ustalenie oryginalnej wersji jego nazwiska, ryzykowne jest również ścisłe określenie narodowości podróżnika. Nie należy wykluczać ani polskiego ani skandynawskiego pochodzenia. Zdaniem obu historyków wyprawa duńska z 1476 roku dotarła do bliżej nieokreślonego obszaru kontynentu północnoamerykańskiego.

O ile materiały historyczne poddają w wątpliwość autentyczność polskiego Kolumba, o tyle legenda wyznaczyła mu miejsce w polskiej tradycji, czego dowodzi sztuka, jak również nazwy miejskich ulic. Literaci, zafascynowani legendarnym urokiem żeglarza, wbrew ustaleniom nauki, tworzyli kolejne rozdziały jego dziejów. I chociaż artyści częstokroć uświadamiali sobie półfikcyjność postaci Jana z Kolna, to jednak suponowany polski odkrywca Ameryki był nośnym tematem w literaturze i sztukach plastycznych. Bowiem, jak stwierdził nasz przedwojenny historyk Michał Bobrzyński, „Legenda krytyki naukowej nie obawia się, bo opiera się na uczuciach i wyobraźni społeczeństwa”.

Conradowski człowiek morza

Stefan Żeromski powiedział, że „Polska jak dotąd wydała po prawdzie dwu żeglarzy. Jednym był Jan z Kolna (…). Drugim jest Konrad Korzeniowski”. Właśnie w okresie międzywojennym, gdy wznoszone z trudem, ale i entuzjazmem nasze polskie dwudziestowieczne dominium Maris Baltici domagało się duchowego wsparcia i sankcji historii, Jan z Kolna przeżywał apogeum swego kultu. Był to czas, kiedy wskrzeszaliśmy rzeczywiste czy iluzoryczne tradycje morskich dziejów Polski, nic więc dziwnego, że narodowy Kolumb cieszył się wtedy dużą popularnością. Prawdziwy człowiek morza z epoki żaglowców, silny fizycznie, o ogromnym harcie ducha, który kochał i czuł morski świat stał się bohaterem „Wiatru od morza”. Stefan Żeromski wykreował postać wyrastającą poza przeciętność, którego pasja odkrywcza i tęsknoty podróżnicze pchały go ku dalekim nieznanym lądom. Całkowicie oddany swojej idei, rzuca wyzwanie oceanowi i zaczyna budować okręt. Kiedy zdawał się być bliski celu, skończyły się środki finansowe. Nikt nie chciał wesprzeć śmiałego przedsięwzięcia, bo nikt nie widział w tym pragmatycznego zysku. Jan uchodził za marzyciela, a jego zamierzenia ludzie uznali za szalone. Czy bohater doprowadził do końca budowę galeony i dotarł do nieznanych ziem na zachodzie Atlantyku? Czy pokonał barierę Północy i wydarł morzu tajemnice? Na te pytania utwór Stefana Żeromskiego nie daje odpowiedzi. Nasz polski Kolumb jest w zamierzeniu autora przede wszystkim wyrazicielem śmiałej, nowej myśli, kreatorem postępu, który zaszczepia w świadomości społecznej wielkie idee. Jak conradowski bohater jest Jan z Kolna heroicznie wierny sobie i swoim wartościom, ale to wierność okupiona odrzuceniem społecznym i pogardą. Zagubiony i osamotniony przeżywa dramatyczne rozdarcie, czy, cytując za Conradem, „iść trop w trop za swoim marzeniem”, czy odrzucić swoją „chimerę”; jeśli zaś podążać, to jak?

Kaszubski odkrywca Ameryki

Twórcy kaszubscy chętnie sięgali po postać Jana z Kolna, czyniąc zeń wielkiego bohatera małej ojczyzny. Anektowanie dla rodzimej kultury sławnego polskiego żeglarza podnosiło godność i prestiż regionu w oczach całego narodu. Słynny pogromca oceanu, który miał się wywodzić z wejherowskiego Kielna (w średniowieczu Kolno), przysparzał sławy kaszubskiej historii, nobilitował i umacniał poczucie wartości lokalnej społeczności. Atrakcyjność tego bohatera dla pomorskiej literatury podnosił fakt jego łatwej przyswajalności. Jak wiadomo, Jan z Kolna był związany z morzem, a więc z naturalnym środowiskiem geograficznym Kaszub. Wystarczyło tylko wprowadzić żeglarza w krąg lokalnej kultury, głownie przez przypisanie mu pochodzenia z miejscowego Kielna, aby nadać znamię sugestywności i autentyczności.

„Jan z Czielna
przed Kolumbem
zwiedzôł wialdżi,
cëdzy ląd” –

tak napisał współczesny kaszubski poeta, rodem z wejherowskiego Kielna, o legendarnym żeglarzu. Wyczuwalna jest w tych słowach nuta dumy, że oto krajan, Kaszub, dotarł do Ameryki przed Wielkim Genueńczykiem. Alojzy Nagel, bo o nim mowa, przedstawił w formie lirycznego monologu sytuację pożegnania bohatera z rodzinną wsią, matką, ojcem, przyjaciółmi. Wyrusza w morze, w daleki świat, aby odkryć nieznane kraje. Idzie za głosem żeglarskiej duszy. To zew oceanu, ów wewnętrzny przymus i irracjonalne przeczucie istnienia nowego lądu każą mu opuścić dom. Mała ojczyzna, tak ciepło i lirycznie przedstawiona przez Nagla w zbiorku miniaturek poetyckich „Cassubia Fidelis”, ma więc swojego wielkiego bohatera, sławnego poza granicami kaszubskiej ziemi.

O żywotności pamięci słynnego żeglarza Jana wśród Kaszubów wspomina Leon Roppel. W przedmowie do swojego wydanego w 1949 roku obrazka scenicznego „Żeglarz Złocistego Słońca. Odejście Jana z Kolna” wzmiankuje o starej kaszubskiej legendzie. Otóż w XV wieku niejaki Scolnus Marinus, właściciel trójmasztowca „Złociste Słońce”, głosił kontrowersyjne wówczas poglądy o budowie świata, nowych nieznanych lądach i okrągłym kształcie Ziemi. Został za to wygnany z Gdańska. Przybywszy do Danii, zaciągnął się w służbę króla duńskiego, gdzie zdobył zaszczyty i sławę. O przekonaniach żeglarza dowiedzieli się także w państwie skandynawskim. Aby dowieść prawdy, Scolnus wyruszył w podróż, zabierając jako naocznych świadków trzech duchownych. Na kilkanaście lat wcześniej przed Kolumbem, w 1476 roku dotarł do Labradoru, udowadniając tym samym prawdziwość swoich twierdzeń. Duchowni po powrocie do Danii umarli jednak na nieznaną chorobę, Jan zaś, straciwszy świadków, przegrał sprawę. Odpłynął w świat na własnym żaglowcu i odtąd nic nie wiadomo o jego dalszych losach. Tyle legenda, na którą powołuje się autor. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście istnieje ona wśród Kaszubów. Całkiem prawdopodobne, że Roppel sam ją stworzył dla podniesienia atrakcyjności rodzimej kultury. Byłby to więc rodzaj literackiej mistyfikacji. Jako zabytek etnograficzny poświadczałaby ona starożytność lokalnej tradycji, tym samym podnosząc jej rangę. Autor zdawał sobie sprawę, że z punktu widzenia historycznego istnienie Jana z Kolna stanowi zagadkę, nie można tego ani potwierdzić ani zanegować. Pozostaje legenda, w której tkwi owo słynne ziarnko prawdy. Ta zaś, którą przywołał (wykreował) Roppel, wywodzi sławnego żeglarza z wejherowskiej ziemi, tak więc stanowi folklorystyczną poszlakę autentyczności kaszubskiego Kolumba. Pozostaje jeszcze sztuka, która dzięki swej sile mitotwórczej stworzyła dzieje kolneńskiego bohatera i zaszczepiła tę postać w świadomości narodowej. Taką też funkcję spełnił utwór sceniczny Leona Roppla, w swoim czasie wielokrotnie inscenizowany przez amatorskie zespoły teatralne. Warto wspomnieć, że autor uczynił Jana z Kolna rewelatorem poglądu o kulistości Ziemi, który podważa średniowieczny oficjalny obraz budowy świata. Wykazuje przy tym zadziwiającą wiedzę geograficzną na miarę uczonych wielkiego formatu.

W literackich kreacjach słynnego żeglarza nie sposób nie wspomnieć Franciszka Fenikowskiego i jego powieści „Pierścień z łabędziem”. Konstrukcję fabularną autor oparł na motywach znanej nam już kaszubskiej legendy. Wywiódł więc bohatera spod wejherowskiego Kielna, ale także silnie związał go z lokalną kulturą i historyczno-geograficznymi realiami piętnastowiecznego Pomorza. Poznajemy starą osadę Osiek, pucki jarmark, uczestniczymy na nadmotławskiej łasztowi w budowie trójmasztowego korabia „Łabędzia”. Pisarz wprowadza nas w świat legend, opowieści i pieśni kaszubskich, w których przetrwała pamięć o minionych wiekach: o zatopionym, bogatym grodzie helskim, o biskupie – niewolniku, z którego losami zespolona jest historia relikwii świętej Barbary, czy wreszcie o pomorskich tytanach z czasów bajecznych, Stolemach. Sam bohater, syn kaszubskiego chłopa, jest w powieści głosicielem poglądu o kulistości Ziemi. Jako człowiek o bystrym i otwartym umyśle wysnuł hipotezę o istnieniu na drugiej półkuli nieznanych lądów, które zapragnął odkryć.

W koncepcji Leona Roppla i Franciszka Fenikowskiego Jan z Kolna jest rzecznikiem postępu duchowego, człowiekiem wykraczającym poglądami poza swoją epokę, który łamie jej granice poznawcze. W tekstach obydwu autorów polski żeglarz dociera do brzegów kontynentu amerykańskiego, tym samym odbierając palmę pierwszeństwa Krzysztofowi Kolumbowi. Niestety, świadkowie jego ekspedycji umierają i dzieje wyprawy kaszubskiego Kolumba utrwaliła jedynie legenda.

Jan z Kielna w zwierciadle humoru

Spod pióra dwóch znakomitych regionalnych kpiarzy, Hieronima Jarosza Derdowskiego oraz młodszego odeń Alojzego Budzisza wyszły ciekawe, humorystyczne opracowania tematu kielnieńskiego Kolumba. Hieronim Derdowski był pierwszym, który przyswoił kaszubskiej literaturze postać żeglarza Jana, chociaż w poemacie „Kaszubë pod Widnem” (1833) nasz bohater pojawia się wyłącznie w epizodycznej, zwięzłej i dowcipnej informacji na początku tekstu. Otóż narrator, czystej krwi Kaszub z dumą akcentuje cnoty i sławetność starożytnego, bo istniejącego już w czasach Noego, plemienia swoich krajan. Wspomina zasłużonego syna pomorskiej ziemi, sławnego Jasia z Kielna, który dotarł do Ameryki przed Kolumbem. Przysłużył się on zresztą również zupełnie innym „dziełem”: to z jego bowiem przyczyny i za jego staraniem powstała za Atlantykiem, w Nowym Świecie, druga ojczyna Kaszubów. Ten tak typowy dla Derdowskiego humorystyczno-ironiczny ton sprawia, że powyższą wypowiedź odczytujemy wyłącznie jako literacki żart. Ale poza warstwą humorystyczną doszukać się tu można zupełnie poważnej intencji autorskiej. Pisarz chciał dowartościować swoich krajan i podnieść w oczach świata prestiż małej kaszubskiej wspólnoty.

Alojzy Budzisz ujął motyw kaszubskiego Kolumba w konwencji humoreski. Bohater opowiadania „Jak Kuląmbószóv Krësztof tę Amerikę vëkrił” to Kaszuba z krwi i kości, przy czym autor nic nie wspomina o podwejherowskim Kielnie, nie wiąże postaci z żadną konkretną miejscowością. Przestrzeń i czas są w utworze niedookreślone. W tej przekomicznej i oryginalnej kreacji kaszubskiego odkrywcy pisarz wyraźnie nawiązał do znanych form gatunkowych literatury błazeńskiej i piśmiennictwa hagiograficznego. Kreacja Koląmboszka nosi pokrewieństwo z rubasznymi bohaterami biografii błazeńskiej: Ezopem, Marchołtem czy Sowizdrzałem. Historia „wielkiego żeglarza” zaczęła się momentem narodzin. W tym dniu w domu Koląmboszów zapanował niecodzienny chaos i wydarzyło się wiele „osobliwych”, przezabawnych sytuacji. Autor przywołał tutaj i w parodystyczny sposób opracował konwencjonalny w żywotopisarstwie motyw przyjścia na świat nieprzeciętnego człowieka. Do owych „niezwykłości” krewni zaliczyli gest ręki małego Koląmboszka. Otóż wyciągnięcie dłoni w kierunku lewej strony świata zinterpretowano symbolicznie jako zapowiedź przyszłego podróżniczego życia. Patronem i imiennikiem naszego bohatera został gdański Krësztof. Tak Pomorzanie nazywali w przeszłości posąg Neptuna z Długiego Targu, utożsamiając go z kaflową postacią Dyla Sowizdrzała z Dworu Artusa. Zresztą w dorosłym życiu Koląmboszek przejawiał iście sowizdrzalską postawę. Bez żadnych subiekcji powędrował do hiszpańskiego króla, aby zademonstrować przed nim swoje frantowskie umiejętności a kiedy władca zaproponował mu… odkrycie Ameryki, nasz bohater zgodził się, gdyż obiecano mu w nagrodę złoty zegarek. Martwił go jedynie fakt, że nie będzie mógł odbyć podróży na parowcach, ponieważ… ich jeszcze nie wynaleziono. Humorystycznym akcentem zakończyła się cała historia ekspedycji odkrywczej Koląmboszka. Tubylcy amerykańscy, czekając na swojego prawdziwego odkrywcę, w ścisłej tajemnicy utrzymywali nazwę kraju. Jednak po sztuczkach naszego bohatera rozpoznali w nim właściwą osobę i zmuszeni zostali do ujawnienia prawdy. Tak to dzięki zwyczajnemu frantowskiemu sprytowi Krzysztof stał się odkrywcą Ameryki.

Kończąc rozważania o naszym polskim Kolumbie, chciałabym wspomnieć, że Jan z Kolna zafascynował także wyobraźnię ludzi pędzla: Jana Matejki, Antoniego Uniechowskiego, Artura Szyka, Franciszka Szymańskiego, Leona Staniszewskiego, Jan Barcza czy Mariana Mokwy. Szkoda tylko, że współcześnie postać żeglarza odchodzi nieco w zapomnienie – coraz mnie ludzi identyfikuje go z polskim przedkolumbijskim odkrywcą Nowego Świata czy też w ogóle z morzem i żeglarstwem. Być może fakt ten wpisuje się w dość, niestety, powszechne zjawisko zatracania pamięci o naszych narodowych tradycjach i historii.


Teksty źródłowe:

Budzisz Alojzy, Zemja kaszubsko. Utwory wybrane, Gdańsk 1982.
Derdowski Hieronim, Kaszëbe pod Widnem, Gdańsk1971.
Fenikowski Franciszek, Pierścień z łabędziem, Warszawa 1956.
Nagel Alojzy.Cassubis Fidelis, Gdańsk 1971.
Roppel Leon, Żeglarz “Złocistego Słońca”. Odejście Jana z Kolna, Wejherowo 1949.
Żeromski Stefan, Wisła. Wiatr od morza. Międzymorze, Warszaw

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.