|

 

PAWEŁ DĄBROWSKI – rocznik 66. Urodzony we Wrocławiu. Uciekł ze studiów politechnicznych, gdzie świat był zbyt wymierny, i został polonistą. Wykonywał różne zajęcia, w różnych zawodach. Zastanawia się, jak wpłynęło to na doświadczenie życia. W czasach akademickich działał w teatrze studenckim, później był dziennikarzem i fotoreporterem, nauczycielem i kuratorem sądowym, handlowcem i specjalistą w branży reklamy, marketingowcem, redaktorem i recenzentem. Dla utrzymania równowagi umysłowej ćwiczył techniki relaksacyjne. Nauczył się sztuki masażu, dzięki której pomagał innym w dystansowaniu się do pędu życia i stresu dnia powszedniego. Nałogowo bada układ relacji jednostki do kontekstów kulturowych. Pasjonuje go to, w jaki sposób werbalny zapis zarówno dokumentacyjny, jak i artystyczny, scala świadomość, utrwala tożsamość, porządkuje emocje, uzmysławia wpływ tradycji, buduje nowe jakości, uniemożliwia standaryzację jednostki do automatu ekonomiczno-konsumpcyjnego. W ramach pisanego bloga bywa dziennikarzem, myślicielem, poetą. 
Blog autorski: 
www.paweldabrowski-art66.blogspot.com 

Foto: Dominika Dąbrowska

 
 
 

Kilka minut przed północą
 

Jest środek nocy. Zimno nie jest, ale wyczuwam już jesienny chłód. Zmierzam w sam środek miasta, gdzie obiecałem dołączyć do towarzystwa. W pobliżu pomnika komediopisarza zauważam ogromnego szczura, który wyskoczył z okienka sutereny i przebiegł w kierunku podestów ogródka piwnego. Niby nic mnie nie dziwi, ale jednak zdumiałem się. Szczur wbiegł między ludzi i nikt go nie zauważył. Ludzie patrzą sobie w oczy, jakiś dziarski gość namawia głośno siedzącą naprzeciw dziewczynę na dobry seks tej nocy. Chyba nie są znajomymi, bo dziewczyna sprawia wrażenie zaskoczonej i zniesmaczonej raczej niż przestraszonej. Przy stoliku obok gardłuje głośno grupa Niemców. Za plecami słyszę mowę ukraińską. Wiem, ze niedaleko stąd jest kawiarnia, w której spotykają się przybyli z Hiszpanii. Średnio co drugi-trzeci przechodzień mówi po polsku. To normalna statystyka nocną porą. Brak jest mimów, sztukmistrzów, operatorów baniek mydlanych – szybciej się dziś wynieśli. Pamiętam, że dawno temu tego typu atrakcje były równoznaczne z jakimś festiwalem teatralnym. Z jakąś odświętną atmosferą, z sacrum sztuki. Dziś to codzienność, powszedniość, chociaż nie profanum. Wielu ulicznych artystów bardzo się stara. Oglądałem kilka godzin wcześniej uliczny pokaz malarstwa sprejem. Chłopak siedział w masce i opryskiwał przygotowane arkusze. Wydawało się, że tworzy jakiś obraz typu graffiti, tymczasem powstawały fantazyjne pejzaże. Naprawdę niezła zręczność. Tylko te opary chemiczne i konieczność duszenia się w masce…

W moich czasach szkolnych na miejskim Rynku było dokładnie siedem lokali gastronomicznych i ani jednego letniego ogródka. Nocną porą z lokali wytaczali się tak zwani pijacy. Najbardziej nietrzeźwych zabierała milicja i odwoziła do pobliskiej izby wytrzeźwień. Wśród moich szkolnych kolegów byli tacy, którzy zostali pensjonariuszami tego przybytku. Opowiadali o tym z dumą. Dziś późną nocą pijanych jest tak dużo, że nie można już używać starego terminu. Nie ma też już izby wytrzeźwień. Podobno działała wbrew konwencji praw człowieka. Słyszałem też, że była po prostu zbyt mała. Nie mówi się dziś o pijakach. Opisuje się miasto mówiąc, że tu ludzie spotkają się i dobrze się bawią. Zataczam łuk omijając postacie z parasolkami, które próbują zaprosić mnie do lokalu z dziewczynami na rurze. To gatunkowa rozrywka, która przyszła ze świata. Dowiedziałem się, że nie ma potrzeby kojarzenia tej rozrywki wyłącznie z erotyką. Można zapisać się na kurs tańca na rurze, a adeptka tego kursu może w przyszłości brać udział w zawodach taneczno-sportowych. Poza tym zostanie posiadaczem umiejętności, które można obracać (dosłownie) w pieniądze w nocnych klubach.

Opowiadałem komuś, że zakradałem się do totalnie zrujnowanych kamienic zachodniej części rynkowego placu. Nie były to opowieści frontowe, ale moi słuchacze tak to odbierali. Jakbym opowiadał o roku 1945. Przez lata miasto nabierało nowych kształtów pomału. Nie potrafię dziś dokładnie wskazać jakiego rodzaju lokale i usługi znajdowały się tu wcześniej. Wiele jednak obrazów zachowało się w głowie: zakład fryzjerski, popularny antykwariat, sklep z galanterią, sprzedaż radioodbiorników i telewizorów, ciastkarnia, punkt fotograficzny, apteka, wydawnictwa radzieckie, szkło ozdobne, herbaciarnia, galeria malarska, składnica harcerska, cepelia (czyli artykuły folklorystyczne – główny punkt nabywania prezentów dla zagranicznych gości). Składnica harcerska była bardzo ważnym miejscem na mapie centrum. Były tam piękne modele samolotów pasażerskich do samodzielnego składania, kolejki elektryczne, silniczki elektryczne dla majsterkowiczów, modele samolotów z papieru i drewna (jakby szybowców, bo miały później fruwać lotem ślizgowym na polanach parkowych) i klej Hermol do ich montowania. Były też oczywiście zwykłe, brzydkie sklepy ogólnospożywcze, gdzie bułkę z ćwiartką śmietany w szklanej butelce zawsze można było kupić. Piwa zazwyczaj nie było.

To nie był świat ładny. Gdzieś tam piętrzyły się ruiny, w lokalach gastronomicznych uderzał w nos duszący zapach wykładzin podłogowych. Bramy były zarzygane i czuć było w nich szczynami. Chodniki były nierówne, godzina bywała milicyjna, noce były ciemne i głuche. Nie brakowało jednak towarzystwa. Środek miasta w ciągu dnia był jednym wielkim podwórkiem, takim jak podwórka dziecinnych zabaw. Nie było potrzeby umawiać się ze znajomymi, bo Rynek był ich pełen.

Dziś jest inaczej. Dziś ilość bodźców jakie w ciągu dnia atakują zmysły wydaje się nie do ogarnięcia. Stąd wrażenie tego, że dużo się dzieje. Wszystko to co widać, wszystko to, co się dzieje to kilka zmultiplikowanych szablonów zachowań. Wszystko jak z automatu, wszystko wygląda jak taniec robotów. Bezwolna powtarzalność to śmierć, przynajmniej psychiczna. Poczucie wolności, poczucie dążenia ku górze wiąże się z z poczuciem wznoszenia. To nieustanne przełamywanie dyktatu szablonów. Czasami to bunt, czasami spokojna niezgoda. Bywa, że jest to abnegacja, która pozwala uratować cenne minuty życia zaprzężone w zmanipulowane procesy pożądanych zachowań. Można w tym buncie, w tej niezgodzie przesadzić. W moim mieście żył poeta, który przesadził. Dziś nazywany jest kultowym. Opracowano schemat zachowań w ramach kultywowania jego życia i dzieła, i poddano procesom kopiowania. Liczne kopie określono mianem awangardy. Później narodziło się pokolenie imitujące zachowania awangardy. Imitowano najbardziej zewnętrzne zachowania. Potem przyszło pokolenie, które przestało czytać poezję. Czytają opowieści z pamiętnika komisarza kryminalnego albo nic nie czytają. Uczą się języków obcych i są w tym całkiem sprawni. Języki obce przydają się w pracy związanej z koniecznością budowania relacji międzypaństwowych. Języki przydają się w piciu wódki w mieszanym wspólnoeuropejskim – i nie tylko - towarzystwie. To znaczy języki przydają się na początku tego zespołowego używania alkoholu. Później jakoś mniej są potrzebne.

Różnorodność językowa jest miła. Świadomość nierozumienia tych, którzy posługują się nieznanymi językami może uratować nas od próby opowiedzenia nam historii zmarnowanego życia. Pozostają uśmiechy, piwo i przyjazne gesty. Ale z drugiej strony może pojawić się syndrom samotności w tłumie – to drugie dno. Dobrze jest balansować gdzieś pomiędzy. I koniecznie trzeba tworzyć tę własną opowieść zapisywaną słowami. Układanki słowne wskrzeszają obumarłe istnienie. Cały czas wydaje mi się, że żyjemy tym intensywniej im bardziej sprawnymi jesteśmy opowiadaczami. To nie prawda, że intensywność życia zależy od tego ile potrafimy wypić.

Ogromny, tłusty szczur wypadł spod stolika i przemknął poza bufet. Stoją tam pojemniki na resztki po kromkach ze smalcem, po szaszłykach, polędwicy z grilla. To jego królestwo. Jego jest noc w sercu miasta. Robi się chłodno. Od zachodu ciągnie wilgocią. Jutro będzie padać.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.