|

 

MAŁGORZATA POŁUDNIAK  redaktorka sZAFy, felietonistka eleWatora. Autorka tomików: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016).

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy



 

 

TADEUSZ BARANOWSKI Absolwent Wydziału Grafiki i Malarstwa ASP w Warszawie, pracownia prof. A. Nacht-Samborskiego i prof. A. Kobzdeja. Dyplom z wyróżnieniem w 1969 roku. Udział w licznych wystawach w kraju i za granicą. Oprócz malarstwa zajmował się także grafiką użytkową (szczególnie prasową, tworząc liczne autorskie layouty pism) oraz twórczością dla dzieci, za którą otrzymał od Ministra Kultury i Sztuki oraz Dziedzictwa Narodowego medal „Gloria Artis” (2007 r.). W latach 1984-1990 współpracował z belgijskim wydawnictwem Editions du Lombard. Znalazł się, jako jedyny polski ilustrator, w ekskluzywnym wydaniu piosenek J. Brela opublikowanym w Belgii i Francji. Za sprawą swoich autorskich komiksów dla dzieci (m.in. Antresolka Profesorka Nerwosolka, Skąd się bierze woda sodowa, czy Podróż smokiem Diplodokiem) znalazł się w amerykańskiej antologii wydanej przez wydawnictwo Universe pt. 1001 Comics You Must Read Before Die. Jego obrazy znajdują się w zbiorach Zachęty, MKiS, Teatru Studio w Warszawie oraz w zbiorach prywatnych. Stworzył własną technikę malarską wykorzystującą różnorodne materiały (pleksi, tkaniny, polistyren, akryle, oleje, itp.) Pozwala ona na konstruowanie prac bliskich płaskorzeźbie poprzez piętrowe nakładanie warstw różnorodnej materii. W jego abstrakcyjnej rzeczywistości odnajdziemy także pejzaże, martwe natury.


Archiwum sZAFy #60
Archiwum sZAFy #52

http://www.saatchionline.com/
http://www.artslant.com/
http://www.facebook.com
http://tadeuszbaranowski.eu/


 

 
 

Małgorzata Południak Cóż... Szkoda, że notatnik się nie zachował. Czyli niezwykłe umiejętności muzyczne to domena Baranowskich? Izolacja od ludzi. Czy to był wtedy najczęściej malowany przez Ciebie motyw? Czy raczej była to cena, którą płaciłeś?

Tadeusz Baranowski W naszym mieszkaniu, które mieściło się na strychu liceum plastycznego, znajdowała się cała biblioteka poświęcona sztuce. Były to opasłe książki, dużo przedwojennych, w większości z czarno-białymi reprodukcjami. Wydawnictwa dotyczyły różnorodnej tematyki związanej ze sztuką, a więc: grafiki, malarstwa, rzeźby, wzornictwa, architektury. Kilka lat po wojnie ojciec zdobywał, nie wiem skąd, także francuskie wydawnictwa kolorowe. Całe serie albumów poświęconych sławnym malarzom. Były to na tamte czasy rarytasy. Wydawane na czerpanym papierze, na którym były naklejane reprodukcje dzieł sztuki. Kosztowały pewnie majątek. Zaczęły ukazywać się także wydania albumowe z malarstwem polskich znanych artystów (dzisiaj to raczej nie do pomyślenia).

Będąc dzieckiem w wieku szkolnym, zdejmowałem te wydawnictwa z półek i całymi dniami, leżąc na podłodze, oglądałem. Nikt mi tego, co oglądałem, nie wyjaśniał. Ojciec zajmował się edukacją swoich uczniów w szkole. Powoli sam poznawałem nazwiska słynnych twórców i ich dzieła. Wielkie wrażenie wywarły na mnie albumy z architekturą, szczególnie ówczesnego twórcy stolicy Brazylii, Oscara Niemeyera, oraz niezwykle nowoczesne jak na lata 50-te projekty francuskiego architekta Le Corbusiera. I to chyba początkowo zadecydowało o moich planach zostania architektem.

Po zdaniu matury i niedopuszczeniu mnie przez ojca do próby dostania się na architekturę, (matematyka), wszystko już było przeze mnie ukierunkowane na przygotowywanie się do egzaminu na ASP w Warszawie. Moi koledzy z zespołu jazzowego powyjeżdżali już na studia, zespół się rozpadł, nie miałem z kim dalej grać. Czasem jedynie grałem w domu stryja, który posiadał wspominaną już wcześniej kolekcję instrumentów
saksofony (od najmniejszego po ogromny-barytonowy), klarnety, perkusję, pianino, fortepian, klawikord, trąbki i gitary elektryczne własnej konstrukcji oraz wzmacniacze do gitar zrobione przez niego ze zdezelowanych, lampowych odbiorników radiowych. Więc dla zabawy coś tam usiłowaliśmy grać. Zacząłem spędzać czas w towarzystwie podobnych do mnie lubelskich „outsiderów”. Zacząłem palić papierosy w tajemnicy przed rodzicami (w domu nikt nie palił). Pamiętam pierwszą przyjemność wynikającą z zaciągnięcia się nikotyną, a następnie wielogodzinne wymioty będące skutkiem tej „przyjemności”. To był taki roczny niebezpieczny okres dla młodego człowieka, który nagle znalazł się poza wpływem dotychczasowych kolegów i przyjaciół i szukał nowego, niekoniecznie dobrego towarzystwa. Ojciec początkowo (na okres tego roku, który pozostał do ewentualnego egzaminu na ASP), postanowił wysłać mnie na naukę jakiegoś, jak to mówił, porządnego fachu, którym miało być praktykowanie u jego znajomego lubelskiego stolarza o nazwisku Moczybroda. Jednak przemyślał to sobie i widząc moją determinację, pozwolił mi na uczestniczenie w zajęciach z malarstwa. Odbywały się w szkole, wśród uczniów także przygotowujących się do egzaminów na studia. Dopiero na tych zajęciach uświadomiłem sobie „mizerię” moich umiejętności plastycznych. Znalazłem się wśród kolegów, którzy spędzili już kilka lat na naukach plastycznych. Dla mnie to byli prawdziwi artyści. Umieli się obchodzić z farbami olejnymi i wiedzieli, co to jest kompozycja. Chodziłem wówczas po Lublinie z papierami, blejtramami, sztalugą i kasetą z farbami. Rysowałem i malowałem jak umiałem. Czyli naiwnie stawiałem pierwsze kroki ku Akademii. W tym czasie przeżywałem też swoją pierwszą, równie naiwną, miłość licealną, ale to już jest inna opowieść.

Spędzałeś czas u wujka Eligiusza. Ćwiczyłeś rysunek, dojrzewałeś. Wiedzę o sztuce czerpałeś z książek i z sytuacji domowej, będąc synem dyrektora liceum plastycznego i artysty. Mimo okoliczności (komunizm) to nieprawdopodobne życie. Charakter używanego przez Ciebie języka pewnie zarażał innych ludzi do działania. Ciągnęło Cię do Warszawy na studia? Nie było Ci żal, że musisz wyjechać? Młodzież zazwyczaj czuje się obco i niepewnie w nowym środowisku. Jak to było z Tobą?

Mając 16 lat byłem takim samym niedojrzałym chłopcem jak moi koledzy, ale wiadomo
miałem inne zainteresowania. Tematem wspólnym, pojawiającym się w tym wieku był raczej wątek związany z płcią przeciwną. Temat nam wtedy jeszcze kompletnie nieznany i omawiany w trybie przypuszczającym. Jak znaleźć wspólny język o sztuce i swoich do niej ciągotach z kolegami, którzy właśnie rozpoczęli studia prawnicze, medyczne czy politechniczne? To raczej niemożliwe. Tak było zawsze i tak jest teraz. Nowo poznani koledzy w liceum plastycznym traktowali mnie i moje początkujące próby „twórcze” z pobłażliwością, lekką wyższością i przymrużeniem oka. No wiesz… Syn dyrektora zapragnął być artystą… Nie traktowali mnie poważnie. Mieli w końcu za sobą już cztery lata nauki przedmiotów artystycznych i wiedzieli sporo na ten temat. Nawet nie za bardzo im wypadało o mnie rozmawiać. Pamiętam (a jakże), z trudem ukrywany uśmiech rozbawienia na twarzy nauczycielki od malarstwa, która robiąc uczniom korektę przy sztalugach, ujrzała mój obraz. Był prawie identyczny jak obraz kolegi malującego obok mnie. Nie mając żadnych doświadczeń z materią malarską, podglądałem innych. Często ich po prostu podświadomie kopiowałem. Ojciec prawdopodobnie rozmawiał z tą nauczycielką na mój temat, ale nic mi nie mówił. Być może aby mnie nie zniechęcać. Widział moją determinację i postanowił, że pozwoli mi przekonać się na własnej skórze, czym to pachnie (już wiem). Był jeszcze wtedy moim planom w głębi duszy przeciwny i był tylko obserwatorem wydarzeń. Nie wiem więc, co myślał, gdy patrzył na moje poczynania. Co ciekawe, w tym samym czasie, gdy samotnie walczyłem z materią malując i rysując, ojciec dawał prywatne lekcje innym, także przygotowującym się do egzaminów na studia. Ale nie mnie. Tych lekcji, chcę podkreślić, udzielał za darmo, gdyż wiecznie starał się o to, aby nie być podejrzewanym o wyciąganie jakichkolwiek korzyści związanych z zajmowanym przez siebie stanowiskiem. Ze specyfiki czasów, w jakich wtedy żyłem, nie za bardzo zdawałem sobie sprawę. Były to kłopoty i problemy moich rodziców, o których nigdy ze mną nie rozmawiali. Matka głównie ponosiła koszt życia w tamtych czasach, ponieważ sama musiała wszystko, co było nam niezbędne, zapewnić i zorganizować. Mój ojciec, oderwany od rzeczywistości, żyjący tylko szkołą, w której przebywał od świtu do nocy, dostarczał tylko skromnych pieniędzy na także skromne życie. Nigdy nie należał do żadnej partii, był po prostu szanowany jako honorowy obywatel miasta Lublina, cieszył się szacunkiem i tylko temu zawdzięczał to, że tak długo pełnił funkcję dyrektora szkoły. Był zamknięty w sobie tak jak i ja teraz, przez całe życie walcząc sam ze swoimi osobistymi problemami. Ostatecznie miałem już trochę rysunków i kilka obrazów, które złożyłem w teczce na ASP w Warszawie. Teczka z tymi pracami była warunkiem dopuszczenia kandydata do egzaminu wstępnego. Czy wyjazd z Lublina łączył się z jakimś większym stresem i przeżyciem? Pewnie tak, bo tego nie pamiętam, jak to bywa w wirze i euforii nowych wydarzeń.

Rozumiem, że Twoja teczka spełniła kryteria egzaminacyjne i na studia się dostałeś? Co z tamtego okresu życia zapamiętałeś? Wspominasz o zamknięciu, o tym, że tato nie okazywał na zewnątrz, z czym się zmagał. Czy z artystami właściwie nie jest tak, jak napisał Van Gogh: Tak naprawdę potrafimy mówić tylko przez nasze obrazy. Może to, że nie przygotowywał Cię do egzaminów, to fakt, że chciał dla Ciebie czegoś innego, byś nie musiał ścierać się z malarską materią? 


Dużo piszę na temat „obojętności” mojego ojca, związanej z moimi zainteresowaniami sztukami plastycznymi oraz o braku pomocy z jego strony. A może wtedy byłem po prostu ślepy, może nie dostrzegałem, jak bardzo się przejmował moimi planami? Może jako wieloletni pedagog, mający ogromne doświadczenie z wieloma zdolnymi młodymi kandydatami na artystów po prostu widział, jak bardzo mało jeszcze umiem? Jak bardzo naiwne są moje prace i może zwyczajnie podejrzewał, że mam nikłe szanse na zdanie takiego egzaminu? Może chciał mi zaoszczędzić upokorzeń związanych z taką porażką? Ojciec był wrogiem układów i znajomości. Uważał, że do wszystkiego dochodzi się samemu, własną, ciężką pracą. Albo ma się jakiś talent albo nie i „święty Boże nie pomoże”. Ten sposób myślenia od ojca przejąłem i tak właśnie, lepiej lub gorzej, zawsze postępowałem. W konsekwencji zaniedbywałem kompletnie wszystkie inne ważne dziedziny mojego osobistego życia. Wiecznie żyłem w bezustannym stresie związanym z dążeniem do perfekcji. Oczywiście nie osiągałem jej zawsze, ale zawsze bardzo się o to starałem i nadal się staram. Tak więc dzięki zasadom ojca, praca stała się dla mnie najważniejszym wyzwaniem i sprawą mojego życiu. Myśląc o śmierci, widzę w niej raczej tylko tego „złego”, który mi wszystko spieprzy. Rysując, pisząc, malując, starałem się zawsze, aby robić to przede wszystkim jak najlepiej, bez oglądania się na ewentualne profity. Ten sposób myślenia oczywiście nie ma nic wspólnego z dzisiejszą rzeczywistością, w której rzeczą najważniejszą jest to, czego mój ojciec nienawidził – układy towarzyskie, bywanie i znajomości. Także pieniądze z takiego sposobu życia wynikające i otwierające drogę do sukcesu. Mój ojciec miał je „w głębokim poważaniu”, a niestety musiał je czasem zarabiać, bo trzeba było z czegoś utrzymać dom. Dzisiaj „bycie artystą” wzmacnia prestiż towarzyski i niekoniecznie trzeba być artystą dobrym. Nie przywiązując wagi do wyżej wymienionych spraw, byłem wiecznie na marginesie wydarzeń, które okazują się teraz niezbędne, aby na przykład zorganizować sobie wystawę, z czym mam problemy. Napisałem tak wiele o pozornej obojętności mojego ojca wobec moich przygotowań do egzaminu. Ale już jako człowiek całkiem dorosły dowiedziałem się przypadkiem od mojej matki, że podobno po złożeniu mojej teczki wstępnej z pracami na ASP, mój ojciec, łamiąc wszystkie swoje zasady, których przez całe życie przestrzegał, udał się „cichcem” do Warszawy. Aby mnie wesprzeć, rozmawiał o mnie i mojej pasji z rektorem Akademii
profesorem Wnukiem, którego znał osobiście. Staram sobie teraz wyobrazić, ile to kosztowało mojego ojca, człowieka niezwykle uczciwego, ambitnego, trzymającego się żelaznych zasad moralnych. Co czuł robiąc to wtedy dla mnie? Tak więc nie wiem do końca, czy do egzaminu zakwalifikowałem się tylko i wyłącznie dzięki mojemu młodzieńczemu zapałowi, talentowi i moim złożonym do egzaminu pracom. …pozory mylą, rzekł jeż złażąc ze szczotki ryżowej…

Czyli widział w Tobie utalentowanego syna. Od czasu do czasu słyszę od różnych ludzi ze środowisk artystycznych, że studia na ASP temperują charakter. Miałeś takie uczucie? Czy to błędne myślenie? Kto miał na Ciebie wpływ i czy istnieje do dzisiaj w Twoich wspomnieniach.

Nie wiem, czy zobaczył we mnie jakiś talent. Pogodził się z faktami, bo gra toczyła się o moje dalsze życie. Nie wiem jak jest teraz, ale w czasach, gdy ja zdawałem egzamin, uczelnia preferowała kandydatów, którzy nie mieli za sobą żadnych przygotowań w postaci nauki w liceach plastycznych. Dzisiaj Akademia sama prowadzi warsztaty przygotowujące do egzaminu wstępnego i już się nie brzydzi tym, że „przygotowuje”, bo sama bierze za to pieniądze. Za moich czasów uczelnia chciała podobno mieć w nas „materiał świeży”, jeszcze nieobrobiony przez nikogo, aby sama mogła sobie lepić z tej gliny to, co zechce. Bardzo mnie to wówczas dziwiło, bo widziałem na egzaminie bardzo zdolnych ludzi, zdających na Akademię kolejny raz po kilku wcześniejszych nieudanych próbach. Ta młodzież prezentowała już jakiś konkretny, czasem wysoki poziom, ale dla uczelni nie były to czynniki promujące kandydata. Nie rozumiałem takiego postępowania. Promowały punkty za pochodzenie. Mnie wprost przeciwnie. Ja zdając egzamin nie umiałem nic. (…zresztą nadal nic nie umiem i nadal staram się to zmienić…). I chyba ten fakt, że tak mało umiałem, zgodnie z ówczesną filozofia przyjmowania na studia, było moim dodatkowym atutem. Dla mnie, wówczas chłopaka bez tej wiedzy, pierwsze zajęcia w pracowni były błogosławieństwem i otworzyły mi oczy na rzeczy, których nie rozumiałem i o których nie miałem zielonego pojęcia. Pierwsze zajęcia z rysunku i malarstwa pokazały bez litości wszystkie moje podstawowe braki. Tak warsztatowe jak i te w rozumieniu sztuki. Powoli zacząłem rozumieć, że sztuka nie polega tylko na odwzorowywaniu, kopiowaniu otaczającej rzeczywistości. Ale na własnym, indywidualnym widzeniu świata, na odrzucaniu myślowych schematów, na przełamywaniu reguł i zasad. Uwolnieniu umysłu od tego, co w malarstwie wolno, a czego nie wolno. Wolno wszystko. Ładnie mi się to pisze teraz, gdy spóźniłem się z realizacją tych „złotych myśli” o całe 40 lat.

Dwa pierwsze lata zajęć na uczelni były dla mnie niezwykle pouczające i zawdzięczam to mojemu wybitnemu pedagogowi, profesorowi Andrzejowi Jurkiewiczowi, który przez pierwsze dwa lata miał z nami zajęcia.

Zasada była taka, że pierwsze dwa lata studiów odbywały się pod kierunkiem pedagogów, którzy jakby przygotowywali nas do późniejszych zajęć i studiów bardziej zaawansowanych. Po dwóch latach przechodziło się już z rozdzielnika do nowego profesora (moim został prof. Nacht Samborski). Od trzeciego roku zajęcia w pracowniach mieliśmy ze studentami, którzy byli już na czwartym i piątym roku oraz ze studentami przygotowującymi się do dyplomu. Chyba miało to na celu wypuszczenie nas na tzw. szersze wody, ale właśnie od tego momentu studia najmniej już mi dawały i w sumie przynosiły raczej same szkody dla mojego dalszego rozwoju. Dlaczego? – to może później. Nie chcę przeskakiwać myślami aż tak daleko, bo wiele rzeczy już i tak pominąłem i będę musiał do nich i tak powrócić. Tak więc największy wpływ na kształtowanie mnie „do przyszłych celów artystycznych” miały dwa pierwsze lata spędzone w pracowni prof. Jurkiewicza i jemu właśnie zawdzięczam najwięcej. Właśnie prof. Jurkiewicz zobaczył coś we mnie, gdyż właśnie mnie poświęcał wiele czasu podczas korekt w pracowni. Nigdy nie zapomnę pierwszych godzin zajęć z rysunku. Rysowałem pierwszy akt w swoim życiu i bardzo starałem się, by dokładnie odwzorować siedzącą przede mną modelkę. Byłem dumny z efektu wierności odtworzenia jej postaci. Wtedy pierwszy raz na korektę naszych prac przyszedł profesor. Stanął przed moją sztalugą, popatrzył na rysunek, z którego byłem bardzo dumny, zdjął karton z deski, położył na podłodze i spokojnie zapytał: Panie Baranowski, co ma znaczyć ta narysowana tu przez pana „mleczarnia”? Tym jednym zdaniem uwolnił mnie na całe życie od bezmyślności przy pracy. Kilka miesięcy później z wielkim zadowoleniem przyglądał się moim śmiałym „eksperymentom” malarskim. Gdy inni koledzy malowali grzecznie obrazy na sztalugach, ja wyczyniałem brewerie na wielkim płótnie leżącym na podłodze, na środku pracowni. Mnie wtedy już było wolno więcej. Profesor Jurkiewicz zapraszał mnie do siebie do domu na obiady, po których pokazywał mi reprodukcje dzieł sztuki sławnych artystów, tłumaczył mi je i udzielał wskazówek. Po każdym takim obiedzie, który spędzałem z nim i jego żoną, okazywało się, że pod talerzem jest ukryta dla mnie jakaś suma pieniędzy przeznaczona na farby. Ja wtedy już otrzymywałem z ASP stypendium artystyczne, ale jak wiadomo, oprócz malowania, na studiach trwało bardzo ożywione i niehigieniczne życie towarzyskie (o czym też trzeba będzie wspomnieć). I pomimo tego, że było to dość pokaźne stypendium jak na tamte czasy, pieniędzy wiecznie brakowało. Profesor bardzo na mnie liczył i we mnie wierzył. I jak wcześniej wspomniałem, w sumie zawiodłem profesora. Tak to czuję.

Co to znaczy – zawiodłem profesora?

Profesor Jurkiewicz zakładał, że jestem utalentowanym studentem. Wierzył, że będę z pasją uprawiał dalej malarstwo i całkowicie malarstwu się poświęcę. Że nie będę się rozdrabniał. Niestety miałem dużą umiejętność tworzenia wielu rzeczy, w tym również całkiem artystycznie błahych (może o tym też przy okazji). Prawda jest taka, że w którymś momencie życia trzeba zacząć zarabiać pieniądze na utrzymanie własne, rodziny, a także na to, by sztukę uprawiać. Na farby, blejtramy, pędzle i utrzymanie pracowni, jeśli się ją wtedy miało. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mieszkałem z rodziną na 16 metrach kwadratowych. W jednym pokoiku był tylko tapczan i akwarium (!!!), a pod tym tapczanem był drugi tapczan wysuwany na noc do spania. Po jego wysunięciu już w pokoiku nie było na nic miejsca Rano to wszystko się składało i wyciągałem niewielki rozkładany stół na którym rysowałem. Wieczorem go składałem, by mieć miejsce na tapczanik. Nie było więc miejsca na malowanie. Wystawy, w których wówczas brałem udział
indywidualne i zbiorowe, opędzałem więc tymi obrazami które w latach siedemdziesiątych namalowałem. Pomimo tego nadal świetnie się zapowiadałem. Zaczęły się o mnie pojawiać pozytywne recenzje w ówczesnym „Przeglądzie Artystycznym”. W tamtych czasach nawet takie minimum, jakie posiadałem, myślę tu o swoim mieszkaniu, to był cud i cieszyłem się z tego, co miałem. Ale w związku z brakiem miejsca do pracy, po wielu staraniach i podaniach, otrzymałem z Wydziału Kultury Stołecznej Rady Narodowej pustostan na Pradze. Z przeznaczeniem na pracownię malarską. Dzisiaj tylko o tym pomarzyć.

Były to pomieszczenia zrujnowane, zdemolowane, opuszczone przez ostatnich lokatorów. Ruiny w rozsypce bez żadnych wygód i tylko z zimną wodą. Te lokale były przeznaczone do rozbiórki (stoją odremontowane do dzisiaj), więc miały być tylko chwilowym przystankiem dla szukających pracowni artystów. Wtedy Praga cieszyła się bardzo złą sławą. Natomiast takie pustostany były wówczas przedmiotem pożądania okolicznych mieszkańców, często ludzi z marginesu społecznego. Jedni chcieli je mieć na jakiekolwiek mieszkanie, inni na meliny. Sprowadzenie się do takiego lokalu gościa takiego jak ja było przyjmowane wrogo i robiono wszystko, by mnie stamtąd „pogonić”. Tak więc gdy któregoś dnia zwiozłem do tego lokalu swoje obrazy, próbując się tam jakoś urządzić, na drugi dzień zastałem wyrwaną kłódkę, wyłamane zamki, obrazy połamane i podpalone, wymazane ekskrementami. Właściwie straciłem wtedy cały mój dotychczasowy dorobek. Niewielka część obrazów, które oddałem wcześniej na przechowanie do moich znajomych, prawdopodobnie gdzieś się zachowała, ale obecnie straciłem z tymi ludźmi kontakt i nie potrafię ich odnaleźć. Doznałem więc uczucia, że wszystko stracone. A że już wtedy na tym rozkładanym stoliku pisałem i rysowałem z powodzeniem komiksy, można powiedzieć, że w nich znalazłem pocieszenie. Oczywiście po pewnym czasie za malowaniem zatęskniłem, ale gdy trzeba pracować, by zarabiać na życie, człowiek sobie stwarza takie złudzenie, że przecież ma przed sobą mnóstwo czasu, że przecież jeszcze zdąży. Całe życie przede mną. Odwlekanie trwało ponad trzydzieści lat. Samo rysowanie komiksów z przerwami zajęło mi lat kilkanaście. Człowiek parający się sztuką nie powinien mieć rodziny, albowiem ona i tak ma z niego niewielki pożytek. Patrząc teraz na dorobek wybitnych artystów, widzę przede wszystkim to, że całe ich życie było podporządkowane tylko jednemu celowi – sztuce. Może nie miałem tak twardego charakteru, nie umiałem się oprzeć różnym pokusom, zaradzić trudnościom? W tym sensie mogę powiedzieć, że profesora zawiodłem.


*Andrzej Jurkiewicz  grafik i rysownik; profesor ASP w Krakowie i Warszawie. Studiował na krakowskiej ASP u F. Pautscha i W. Weissa. Tworzył serie grafik akwaforty przedstawiające scenki uliczne oraz grafiki, utrzymane w oszczędnej stylistyce, projekty okładek, ilustracje, ekslibrisy; u schyłku życia zwrócił się ku abstrakcji. Był autorem podręcznika Metody grafiki artystycznej.

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.