SABINA WASZUT  rocznik 1979, pisarka, recenzentka, organizatorka spotkań literackich. Propagatorka śląskiej kultury. Debiutancka powieść Rozdroża wydana przez warszawskie wydawnictwo Muza, została nominowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus” za rok 2014. Na Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach książka zdobyła nagrodę główną kategorii Pióro, dla najbardziej poruszającej polskiej powieści roku 2014. Na rynku pojawiły się również dalsze losy bohaterów RozdrożyW obcym domu (wyd. Muza) oraz Bar na starym osiedlu (wyd. Muza), a we wrześniu 2017 premierę będzie miała trzecia cześć śląskiej sagi Zielony Byfyj (wyd. Muza).

 
 

ZOSIA

Październik 1955

– Po co tu stoi ta wódka? To już chyba jest za stare, aby wypić.
Gosia klęczy na kuchennej podłodze i w szafce pod oknem szuka starego, wyszczerbionego talerza, na którym co roku farbujemy jajka na Wielkanoc. Nie pamiętam, gdzie go włożyłam podczas wypakowywania naczyń po przeprowadzce. Talerz jest cały pokryty różnokolorowymi plamami. To farba drukarska. Władek przynosi ją z pracy.

Do talerza wlewamy wodę, łyżeczką dodajemy różne kolory farby. Unosi się na powierzchni jak olej. Potem turlamy jajka, najlepiej białe, choć takie trudno dostać. Farba odbija się na skorupce, tworząc nieregularne wzory. Takie pisanki wyglądają przepięknie. Baśniowo, jak to mówi Małgosia. Co racja, to racja, jajeczka, choć niejadalne, pięknie prezentują się w koszyku ze święconką. Co roku widzę, jak Małgosia odkrywa białą chusteczkę, gdy tylko wychodzi z sieni. A niech się chwali. Niech inni zaglądają.

Jestem tak zajęta wypakowywaniem zakupów i wciąż zażenowana przygodą, która zdarzyła mi się w autobusie, że dopiero po dłuższej chwili docierają do mnie słowa Gosi.

Błyskawicznie schylam się i łapię córkę za rękę, w której trzyma starą, oblepioną kurzem butelkę.

– Zostaw to – mówię chyba zbyt ostro, bo oczy Gosi otwierają się szeroko. – To nie jest wódka.
– A co to jest? – pyta nieśmiało, gdy wyciągam z jej ręki znalezisko.

Ma prawo nie wiedzieć. Butelka dotychczas stała poza zasięgiem jej rąk i wzroku. W najwyższej szafce byfyju. Ale w ubiegłym tygodniu, gdy układałam stojące obok naczynia, sama omal jej nie stłukłam. Przeniosłam ją więc w najgłębszy kąt szafki pod oknem. Myślałam, że tam będzie sobie spokojnie stała, w chłodzie i cieniu. Dziś w całym przedświątecznym zamieszaniu kazałam szukać Gosi talerza właśnie tam. Zupełnie zapomniałam o butelce z biedą.

– Mamusiu, co to jest? – drąży Małgosia.
– Bieda – mówię krótko i z ciężkim westchnieniem siadam na krześle. – Bieda i wszystkie nasze nieszczęścia. Twój tata złapał je w pułapkę.
– Jak to? – Gosia się śmieje. – Mamusiu, to niemożliwe.

Przyciągam córeczkę do siebie, przytulam czoło do jej czoła.

– Pamiętasz, opowiadałam ci, jak było, zanim się urodziłaś? Dawno, dawno temu.
– Wtedy, gdy szłaś z dziadkiem pół dnia po ziemniaki, bo nie mieliście co jeść?
– Tak, i potem, gdy tata wrócił z wojny i gdy kazano nam się wyprowadzić z naszego ładnego mieszkania, tam na starych domach, obok babci i Antka.
– Tamto, gdzie mieszkaliśmy, też było ładne.

Wiem, że Gosia naprawdę tak myśli. Cieszę się, że nawet w suterynie, z oknami na wysokości ludzkich kolan, jej dzieciństwo było szczęśliwe. Nie pamięta smrodu stęchlizny, nie pamięta wiecznie ochlapanych błotem szyb. A może pamięta, tylko dla kilkuletniego dziecka to nie jest powód ani do złości, ani do smutku.

– W dniu, w którym musieliśmy się wyprowadzić – ciągnę swoją opowieść – tata nie chciał wypić tego, co jest w środku butelki.
– Wódki?
– Tak, Małgosiu. Zamknął szczelnie butelkę i powiedział mi, że w środku siedzi bieda i że nie możemy jej otwierać, aby znów nie wylazła.
Widzę, jak oczy Gosi z przejęcia robią się okrągłe niczym spodeczki. Policzki czerwienieją rumieńcem.
– I co, nie otworzyłaś?
– Nie. Nigdy. I musimy też pilnować, aby butelka się nie rozbiła.
Gosia kiwa głową.
– Ale popatrz, mamo, wódki jest mniej. Ktoś jednak trochę wypił.
– Nie, wódka wyparowała. Kiedyś zniknie całkiem.
– I wtedy już nigdy nie będzie biedy! – Gosia krzyczy głośno i tupie nogą dla dodania większego efektu.
– Nie będzie – wtóruję jej. A potem schylam się i delikatnie chowam biedę z powrotem w kąt szafki. Zastanawiam się, ile lat musi minąć, aby w środku nie zostało już nic. Kilka, kilkadziesiąt, kilkaset?

Rozmowa z córką odrobinę poprawia mi nastrój, przypomina, że dzisiejsza katastrofa wcale katastrofą nie była i że tak naprawdę to, co się wydarzyło, nie ma żadnego znaczenia. W sumie cała historia była nawet zabawna, choć wstydu, którego się najadłam, długo nie zapomnę.

Dziś Gosia skończyła lekcje wyjątkowo wcześnie, więc gdy tylko odebrałam ją ze szkoły, pojechaliśmy na halę targową. Niższe ceny i dużo większy wybór sprawiają, że od czasu do czasu decyduję się na taką wyprawę. Co prawda krążą też plotki o kotach sprzedawanych tu jako króliki, ale to bzdury, przecież każdy, kto kiedykolwiek jadł królika albo widział kota, zaraz by się połapał.

Zbyszek był wyjątkowo grzeczny. Szedł z Gosią za rączkę lub siedział w wózku, który przezornie zabrałam ze sobą, i jadł kupionego przeze mnie rogala.
Choć na hali było mnóstwo ludzi, szybko udało mi się kupić to, po co przyjechałam. Kawał wołowiny na rolady, wątróbkę na pasztet i wiejską kiełbasę, aby włożyć do koszyczka ze święconką. Już mieliśmy wychodzić, gdy zauważyłam, że sprzedawczyni na jednym ze stoisk wyciąga na ladę miskę z kurzymi łapkami. Nie zastanawiałam się długo. Władek uwielbia galaretkę na kurzych nóżkach. W sklepach leżą zazwyczaj pomarszczone i żółte, kupowane jedynie przez najbiedniejszych. Te tutaj był świeże. Wyglądały smakowicie, choć chyba tylko ja tak uważałam, bo Gośka wykrzywiła buzię w grymasie obrzydzenia i zaczęła szeptać coś Zbyszkowi do uszka, podczas gdy kobieta pakowała moją zdobycz w papier.

Wychodząc z hali miałam dwie pełne torby i byłam niezwykle szczęśliwa, że zabrałam ze sobą wózek. Zbyszek, nadal w doskonałym humorze, dreptał obok Gosi, a ja zamiast dźwigać ciężary mogłam je wieźć.

To miał być taki udany dzień. I był – do momentu, w którym nie wsiedliśmy do autobusu. Był pełny. Ludzie patrzyli na mnie nieprzyjaźnie, gdy zaczęłam wpychać wózek, dzieci i siebie. Musieli się stłoczyć jeszcze bardziej, aby zrobić mi miejsce. Nie chciałam wyciągać w wózka toreb z zakupami, więc wzięłam Zbyszka na ręce. Nie spodobało mu się to. Zaczął płakać. Im dłużej go trzymałam, tym głośniej płakał. Na nic zdały się prośby i groźby. Ludzie buczeli pod nosem. Słyszałam coraz ostrzejsze komentarze. Kierowca hamował i ruszał gwałtownie. Z trudem utrzymywałam równowagę, próbując jednocześnie utrzymać na rękach rozpaczające dziecko. W końcu stwierdziłam, że prościej będzie wpakować synka do wózka i trzymać w ręku torby. Kazałam Gosi wyjąć zakupy z wózka. Gosia, sama chyba trochę zawstydzona zamieszaniem wokół nas, błyskawicznie zaczęła wykonywać polecenie. Już po chwili synek siedział w wózku i wydawało się, że to miejsce podoba mu się bardziej, bo jego płacz natychmiast przycichł. Teraz wystarczyło tylko zabrać ciężkie torby z rąk Gosi. Dokładnie w chwili, gdy zamierzałam to zrobić, autobus znów gwałtownie zahamował. Wpadłam na mężczyznę stojącego za mną, Gosia na mnie. Jedna z toreb wysunęła jej się z ręki, poleciała w górę, a potem, ślizgając się po plecach i nogach pasażerów, upadła na podłogę. Z siatki wysypało się to, co było na samym wierzchu. Zawinięte w szary papier kilo kurzych łapek. Prawie natychmiast poślizgnęła się na nich jakaś pani w butach na koturnie. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś inny skomentował, że prawdziwa szkoda takich rarytasów.

Czułam, jak płonę ze wstydu.

Rzuciłam się na podłogę. Gosia ze mną. O dziwo, nagle wokół nas zrobiło się całkiem sporo miejsca. Chaotycznie wrzucałyśmy do torby kurze łapki. Autobus cały czas jechał, więc co chwilę traciłyśmy równowagę, obijając się o któregoś z pasażerów. Czułam, jak cała lepię się od nóżek, potu i brudu.
– Chodź – prawie krzyknęłam, gdy autobus w końcu zatrzymał się na przystanku.
– To nie nasz przystanek, mamo – próbowała protestować Gosia. Miała rację, do domu miałyśmy jeszcze kawał drogi.
– Chodź – powtórzyłam i zaczęłam wypychać wózek z autobusu.

Odetchnęłam, dopiero gdy odjechał, a my zostałyśmy na przystanku.

– Boże, żeby tylko nie jechał w nim ktoś, kogo znamy – szepnęłam, próbując doprowadzić do porządku spódnicę. – Taki wstyd.
– Dlaczego, mamusiu?
– Gdyby to było wołowe, albo chociaż kiełbasa – mówiłam dalej, bardziej do siebie niż do niej.

Gosia spojrzała na mnie zdziwiona i wzruszyła ramionami. Wiem, że nic nie zrozumiała.

Jeszcze tak niewiele wie o życiu.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.