|

 

WIOLETTA LEŚKÓW-CYRULIK – Przez rok publikująca na łamach „sZAFy” pod pseudonimem Wiola Maj. Absolwentka filologii polskiej oraz bibliotekoznawstwa i informacji naukowej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od osiemnastu lat polonistka, instruktorka teatrów dziecięcych, koordynatorka kampanii Cała Polska czyta dzieciom, redaktorka. Mama trójki dzieci i wielbicielka prozy Jarosława Iwaszkiewicza, a także miłośniczka niespiesznego i uważnego spoglądania na życie. Autorka bloga My Slow Nice Life. W lutym 2016 r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się jej powieść Sezon zamkniętych serc.
Foto: Edyta Kurłowicz

 
 
 

Bez pożegnań
 

Reykjavík o tej porze roku widziała dwa lata temu. Potem raz, w listopadzie. Nie była pewna, czy uczucie, które przeszyło ją chwilę przed lądowaniem, to trema, czy zwykłe zagubienie, ponieważ odwykła od miasta. Odzwyczaiła się nawet od ludzi. Krajowe lotnisko wypełnione było po brzegi, dlatego z ulgą ominęła rozległy biało-żółty budynek i z podręczną torbą, zawierającą jedynie dwie zmiany bielizny i portfel, poszła od razu na postój taksówek.

Srebrny mercedes ruszył Njarðargata, granatowy, prawie płaski dach hali odlotów powoli znikał z zasięgu wzroku i po chwili dojrzała majaczącą po prawej stronie, ledwie widoczną z tej odległości wieżę Hallgrímskirkja. Była blisko domu. Wydawało się, że kościół pokryty jest mgłą, ale to tylko duży dystans i chmury przesłaniające słońce powodowały wrażenie rozmycia konturów.

Z głośników popłynęło Hello Adele. Radio grało cicho. Usiłowała sobie przypomnieć, a właściwie wyobrazić, jak wygląda w tej chwili grób Michela. W jakiś sposób oswoić się z jego widokiem, zanim stanie przed nim naprawdę. Graniczyło to niemalże z cudem. Niewiele pamiętała, jedyne niewyraźne wspomnienie dotyczyło pierwszego listopada, kiedy na Wszystkich Świętych pozwoliła się przywieźć do Gufunes, poprowadzić czystą alejką. Zapaliła chyba nawet znicze, o które postarał się Janek. Prawdopodobnie rozmawiała też przy grobie z tamtą rodziną.

Ale nie pamięta tego zbyt dokładnie. Właściwie wcale. Ani jednego obrazu, żadnej twarzy. Jedyne, co wie na pewno, to że nie chciała skorzystać z zaproszenia od siostry Michela. Na Fossvogur, gdzie leżeli jego rodzice, również z nimi nie poszła. Dlatego nie spędzili wtedy w Reykjavíku nawet jednej nocy, w obie strony polecieli samolotem, a ona późnym wieczorem z ulgą zniknęła w gościnnym pokoju dużego domu.

Pogrzeb zupełnie wymazała z pamięci. Czas pomiędzy przyjazdem karetki i wylotem do domu Jana jawił się jej jako pustka. Nie potrafiłaby go do niczego konkretnego porównać. Nie była to otchłań, nie widziała żadnej czarnej dziury, jak niektórzy czasem nazywają podobny stan, nie mogłaby go określić jakkolwiek. Tylko pustka. Która nie pozwalała umiejscowić w sobie zupełnie nic. Dziś żałowała, że nie upierała się bardziej, aby pochować Michela na porośniętym drzewami Fossvogur. Stary cmentarz mimo wszystko kojarzył się jej dobrze. Przez wiele lat odwiedzali go razem.

Oderwana od teraźniejszości, nie zauważyła, kiedy skręcili w Hringbraut i za oknem po lewej stronie wyłoniły się widoczne w znacznej odległości dachy budynków Szpitala Uniwersyteckiego, a zaraz za nimi, o wiele bliższa teraz, strzelista i jasna wieża kościoła. Pociemniało jej w oczach, a skronie gwałtownie ścisnęła żelazna obręcz. Prawie ustał oddech. Odwróciła głowę.

Kiedy z powrotem podniosła powieki, mijali właśnie ciemnozielone, niewysokie modrzewie rosnące na skraju Klambratún. Zanim przeprowadzili się do własnego mieszkania przy Snorrabraut, spędzili tu Jankiem wiele dni – najpierw na placach zabaw, a potem jeżdżąc rowerem po parkowych alejkach albo grając w piłkę na trawie pomiędzy drzewami.

Czuła się nieswojo. Jakby powracała do miejsc, którym podświadomie odmówiła już prawa do istnienia, a tymczasem one trwały, niezależnie od tego, w jakim stopniu unicestwiła w sobie świat. Lub jak bardzo to świat unicestwił wszystko w niej.

Wracała. Napięcie pod powiekami niebezpiecznie wzrastało i pewnie dlatego prawa dłoń bezwiednie wsunęła się do torby w poszukiwaniu dużych przeciwsłonecznych okularów. Kierowca, usłyszawszy odgłos nerwowych ruchów, zerknął we wsteczne lusterko, a potem ze zdziwieniem spojrzał na zachmurzone niebo, jednak nic nie powiedział. Tylna kanapa taksówki to przestrzeń osobna, a niewyglądająca na turystkę kobieta bez bagażu wprost z lotniska kazała się zawieźć na cmentarz.

Samochód posuwał się wolno wąską drogą w szpalerze pokrytych jasnymi liśćmi brzóz. Pomiędzy drzewami po obu stronach migały oznaczone prostymi tablicami kwatery, a ona zastanawiała się, czy zdoła odnaleźć wśród nich miejsce, dla którego tu dziś przyjechała. Prawa dłoń ponownie powędrowała do torby, tym razem w poszukiwaniu kartki z mapką cmentarza, którą już w drzwiach włożył jej do bocznej kieszeni Jan. Poczuła ukłucie, uświadomiwszy sobie fakt, że on domyślił się, że będzie jej potrzebna.

Kolejny raz zabolało.


***

Chwila zaskakująco zwykła. Tak samo jak tablica. Z imieniem, nazwiskiem, datą. Wątłe źdźbła młodej trawy. Zatarte granice. Dobrze, że Jan nie umieścił na nagrobku zdjęcia. Ktoś uprzątnął wypalone znicze. Utracone słowa. Konsternacja. Trudno się żegnać, gdy brak poczucia obecności. Spodziewanego wzruszenia. Odsłonięte, nieoczekiwanie suche oczy.

Intensywnie zielona łąka rzadko obsiana krzyżami i nagrobnymi płytami. Gdzieniegdzie ciemnobrązowy czworokąt świeżo przekopanej ziemi z kępkami jaskrawych kwiatów. Dzielące przestrzeń na kwadraty równo przycięte żywopłoty. Porządek. Nicość. Cisza. Nie miała komu powiedzieć „do widzenia”. Ponownie ukryła oczy pod zupełnie zbytecznymi okularami.

Taksówka wróciła za bramę. Pospieszyła ku niej asfaltową aleją. Zza brązowych szkieł prosta, obsadzona dwoma szpalerami szeroko rozgałęzionych drzew droga przypominała ciemny, klaustrofobiczny tunel. W liściach drgających na delikatnym wietrze nie igrał nawet najmniejszy promień. Słońce wciąż odgradzało się od ziemi chmurami. Nie miało to jednak znaczenia. Jeszcze kilkadziesiat metrów. Jeszcze chwila i stanie na otwartej przestrzeni.

Przyspieszyła kroku.


***

Snorrabraut oglądana z balkonowego okna mieszczącego się na drugim piętrze mieszkania o wpół do dziesiątej wieczorem nie przypominała ulicy w mieście, które w weekend w ogóle nie zasypia. Spomiędzy sporych, krzywo ułożonych chodnikowych płyt wyrastały bujne chwasty. Stare, szerokie krawężniki prawie zrównały się z asfaltem jezdni, zresztą nigdy nie były zbyt wysokie. Co jakiś czas w dole przejeżdżała taksówka wioząca gości do jednogwiazdkowego hotelu oraz głodnych turystów do kultowej burgerowni Roadhouse, a także wywożąca stąd ku pobliskiemu centrum imprezowiczów, którzy powrócą do miejsca noclegu nad ranem. Ale nie będą zbytnio hałasowali, być może ze względu na bliskość Hverfisgata i komendy metropolitalnej policji.

Hanna czuła się tu bezpiecznie, inaczej niż w poprzednim miejscu, gdzie tuż po przyjeździe do Reykjavíku wynajmowali niewielkie mieszkanie. Rozciągający się u wylotu ulicy, po lewej stronie, widok na wody pobliskiej Faxaflói niezmiennie ściągał jej wzrok od momentu, kiedy po raz pierwszy wyszła na ten balkon półtora roku temu.

Dziś, razem z Rinke, oparci o żelazną balustradę, lekko speszeni, rzucali niespokojne spojrzenia w przeciwnym kierunku. Oczekiwali na spóźniającą się już o godzinę Małgorzatę. Karinka, nie doczekawszy się „babci”, w końcu zasnęła, kolacja stygła w uchylonym piekarniku, a Rinke wypalił właśnie trzeciego papierosa i powoli zbliżał się do końca swojego weekendowego limitu, co z satysfakcją odnotowała Hanna.

– Wypal jeszcze jednego i będzie po sprawie – zaproponowała trochę złośliwie, a trochę z nadzieją, ponieważ jego palenie ją denerwowało, więc liczyła na to, że uniesie się honorem i rzeczywiście przez kolejne dwa dni nie wypali już nic więcej.

Na te słowa uśmiechnął się tylko półgębkiem i pokręcił przecząco głową.

– Nie denerwuj się – dodała łagodniej. – Przyjedzie.

Przyszła. Jej niewysoka, szczupła sylwetka wyłoniła się zza rogu, gdzie Snorrabraut krzyżowała się z Laugavegur. Dojrzeli ją właściwie przypadkiem, z nudów odwróciwszy głowę w kierunku przeciwnym niż ten, z którego spodziewali się ujrzeć wiozącą ją taksówkę. Stawiała kroki powoli, rozglądając się w skupieniu.

Dwie znajome sylwetki na najwyższej kondygnacji budynku dostrzegła prawie od razu. Podniosła dłoń z uśmiechem. Oboje odetchnęli z ulgą, a Rinke dyskretnie schował do kieszeni telefon z wpisanym już esemesem do Jóna.

– Bardzo przepraszam. Nie planowałam tego… spaceru – powiedziała, podobnie jak oni, stremowana, kiedy dotarła na drugie piętro. – Pojechałam do centrum, a potem… musiałam się przejść.

Jej wzrok padł na tylko trochę wydeptaną podłogę z klepek. Trzydzieści lat temu ułożył ją Michel, razem ze swoim ojcem, w czasie urlopu. A ona przynosiła im tutaj gotowane przez matkę Michela obiady. Wracała z uczelni, wstępowała do domu, zabierała termos i szła. Potem odbierała Janka z przedszkola.

– Nic się nie stało – odparł szybko Rinke, odwieszając jej kurtkę. – Najwyżej zjemy trochę później.

Spojrzała na niego zmieszana.

– Czuję się niezręcznie, naprawdę. Ale jutro pośpicie dłużej. Ja wstanę i zajmę się Karinką.

Zatrzymał się w pół drogi do wieszaka, a Hanna uniosła brwi w zdziwieniu.

– Stęskniłam się za nią – wyjaśniła Małgorzata.
             – Ona też – odpowiedział spokojnie Rinke.

Hanna milczała.

Małgorzata niepewnie rozglądała się po drzwiach w przedpokoju.

– Śpi w pokoju Jóna? – zapytała cicho.

Rinke pokiwał głową i zapraszającym gestem wyciągnął rękę w kierunku salonu. Mimowolnie podążyła za nią oczami i jej wzrok padł na ustawiony pośrodku niewielki jadalniany stół. Okrągły, drewniany, prosty. Dawniej zawsze pokryty uszytą specjalnie dla nich, przywiezioną z Polski serwetą, teraz pusty, jedynie z wyłożonymi trzema nakryciami na szarych, wycinanych w skomplikowane wzory, grubych filcowych podkładkach.

– Dziękuję, skorzystam tylko z łazienki – powiedziała, uśmiechając się do niego. Kątem oka zarejestrowała ruch Hanny idącej w kierunku jej i Michela sypialni.

Zastygła w oczekiwaniu w półotwartych drzwiach, łowiąc wzrokiem poszczególne elementy wyposażenia. Wzór pościeli, kolor poduszek, których nie było, kiedy mieszkali tu z Michelem, otwarty laptop na biurku obok niezbyt dużego ciemnego, drewnianego łóżka.

Po chwili Hanna pojawiła się z powrotem, niosąc dla niej czyste ręczniki, duży i mały. Zamknęła za sobą drzwi.

– Zapomniałam wyłożyć. – Wręczyła dwa zawiniątka Małgorzacie. – Przygotowałam łóżko w gabinecie – powiedziała, prześlizgując się niepewnym spojrzeniem po jej twarzy, po czym szybkim krokiem odeszła do kuchni.

Małgorzata rozglądała się po niezbyt dużej łazience, wycierając ręce do mniejszego z jasnozielonych, podanych przez Hannę ręczników. Aby go odwiesić, potrzebowała chwili na odnalezienie haczyków przykręconych dawno temu przez Michela dość nietypowo, bo nie obok, lecz naprzeciwko lustra.

Kiedy się zorientowała, że zaledwie półtora roku wystarczyło, by zanikły u niej tego rodzaju odruchy, jak nieuświadamiane, bez zastanowienia odwieszanie ręcznika we właściwe, choćby nawet nietypowe, miejsce, ogarnęła ją dość osobliwa melancholia.

Wyszedłszy, zgasiła światło i stłumiła głębokie westchnienie, ale na jej twarzy próżno by szukać choćby cienia smutku. Raczej ciekawość, jaką jeszcze niespodziankę ma dla niej pamięć, które z bezwiednie wykonywanych przez wiele lat gestów zapomniały jej dłonie, do jakich miejsc nie podążą odruchowo jej nogi, w którym momencie zawiedzie ją zmysł powonienia, niepamiętający dziś utrwalanych przez dziesięciolecia zapachów różnych domowych zakamarków.

Mieszkanie, które opuściła w zasadzie na chwilę i do którego jeszcze niedawno zamierzała wrócić, nagle okazało się nie należeć już do niej. A przynajmniej takie miała wrażenie. Nieodparte, mimo tego, że nastawiała się na zupełnie inną reakcję. Nawet się obawiała, czy znów nie wpadnie w nadmierne przygnębienie i nie postawi w nieprzyjemnej sytuacji Hanny i Rinke, tak jak to się działo w ciągu kilkunastu miesięcy mieszkania razem z Janem i Agnieszką.

Nic takiego jednak nie nastąpiło, dlatego w tej chwili wśród różnych, choć podobnie stonowanych, uczuć dominowało zdziwienie. I może jeszcze zaciekawienie. Nie odczuwała natomiast tęsknoty za tamtym życiem. Za Michelem także nie. Ponieważ już go tu nie było.

Rozglądając się po kolejnych pomieszczeniach, do których wchodziła, dostrzegała jedynie okruchy jego dawnej obecności, jak wieszaczki w łazience, dodatkowe grube półki na książki we wnęce przy oknie w salonie, czy wreszcie chociażby podłoga, ułożona na całej powierzchni z drogich drewnianych klepek, na które wykosztowali się przed przeprowadzką, aby starczyły na lata. Zaoszczędzili na meblach, kupując je z drugiej ręki, a potem odnawiając.

Fizyczne ślady, materialne pozostałości ich wspólnego życia, wśród których nie znajdowała jednak nawet cienia człowieka, dla którego tu dziś przyjechała. Najwyraźniej zamieszkiwał już zupełnie inne rejony – miejsca, jakie odwiedzała, gdy z jego twarzą pod powiekami kładła się każdej nocy do łóżka. Nie musiała się z nim żegnać. Nie potrzebowała do niego tęsknić.

Opadła na podsunięte przez Rinke stare, wysiedziane przez lata tapicerowane krzesło. Nie było sensu przed sobą ukrywać, że obecny stan ducha wzbudzał w niej zakłopotanie. Podobnie jak to, co przeżyła, a raczej czego nie przeżyła, odwiedzając grób Michela na tym nowym, poza głównymi alejami prawie pozbawionym drzew, cmentarzu. O tak, z tym rozczarowaniem nie mogła się pogodzić.

Stara nekropolia, miejsce, w którym leżeli rodzice Michela, przypominała jej las, a w najgorszym wypadku zagajnik. Z większości kwater wyrastały tam niskie drzewa, nie budowano wystawnych nagrobków, prawie nie ozdabiano mogił i raczej nie narzekano na liście, jakimi jesienią każde drzewo obsypywało swój grób.

Widok ten stanowił według niej wymowny obraz istoty życia, nie tylko ludzkiego. A fakt, że można go było zobaczyć właśnie na cmentarzu, dodatkowo na nią oddziaływał. Poza wszystkim całość prezentowała się raczej poetycko. No i bardzo melancholijnie, co szczególnie sobie ceniła, chociaż w tej chwili kolejny raz poczuła się dość niezręcznie, przyłapawszy się na takich refleksjach.

Musi się dowiedzieć, czy na nowym cmentarzu będzie miała możliwość posadzić u Michela drzewo. Ponieważ te rosnące przy głównych alejach nie przynależały do poszczególnych grobów.

– Chyba odgrzałam, mam nadzieję, że nie spaliłam. – Głos Hanny stawiającej naczynie żaroodporne z zapiekanką na umieszczonej pośrodku stołu desce sprawił, że podniosła głowę.

Ocknęła się i dotarło do niej, że kilka dobrych minut spędziła przy stole z Rinke, do którego nie odezwała się ani słowem, a który mimo to skądś wiedział, że dobrze będzie nie ingerować w tę ciszę. Jedynie siedział naprzeciwko, nawet nie przypatrując się jej specjalnie. On tam po prostu był – w półmroku deszczowego wieczoru, po drugiej stronie stołu – a teraz wstał, żeby zapalić górną lampę. Posłała w jego stronę spokojny uśmiech, który odwzajemnił, przymykając powieki. Poczuła ciepło w okolicach serca.

Powiodła wzrokiem po pokoju rozjaśnionym mlecznym światłem. Powoli i głęboko wciągnęła do płuc powietrze, przymknęła oczy. I wtedy spod opuszczonych powiek jedna po drugiej wydostały się wzbierające wcześniej przez długie minuty duże, gorące i słone krople ulgi. Dwie, a może trzy, nie miała co do tego pewności, w każdym razie na pewno nie popłynęło ich więcej. Te były ostatnie. Nie czuła smutku. Przepełniały ją zupełnie inne emocje. Kiedy podniosła głowę i spojrzała na nich z przepraszającym uśmiechem, Rinke także się poruszył.

– Zapomniałem otworzyć wino – powiedział cicho i wyszedł.

Zostały same, a wtedy Hanna podeszła do kredensu i wyjęła trzy duże kieliszki. Małgorzata podniosła się z krzesła, sięgnęła po ustawione przez nią na brzegu stołu szkło i umieściła je przy nakryciach.

– Czy już lepiej ci się tutaj mieszka? – zwróciła się do Hanny łagodnie.

Ta spojrzała na nią zmieszana, zastanawiając się, jak dużo Małgorzata wie od Jóna i jak bardzo zdawkowej odpowiedzi może jej udzielić. Pokiwała więc tylko głową i uśmiechnąwszy się niepewnie, powiedziała:

– Tak. O wiele. – I starała się nie spuścić wzroku z jej spokojnej twarzy. – Dziękuję, że możemy jeszcze zostać. – Po czym nagle zacisnęła usta, odwróciła się i poszła do kuchni odnieść ochronne rękawice.


***

Kolacja przebiegła szybko i w milczeniu. Początkowo każde z nich czuło się z tego powodu niezręcznie, ale kiedy skończyli jeść, a na dnie butelki zostało już najwyżej pół kieliszka wina, Hanna z zadowoleniem stwierdziła, że może wreszcie wstać i zacząć zbierać naczynia ze stołu. Nawet powstrzymała Rinke, który także się podniósł; chciała odwlec moment, kiedy znowu usiądzie przy stole z Małgorzatą.

Coś, o czym Małgorzata nie wiedziała, wydarzyło się niedawno między nimi. Była tego pewna. Hanna – zdystansowana i usztywniona; Rinke – jak zawsze taktownie dyskretny i empatyczny, ale dodatkowo jakby zawstydzony, zwłaszcza w obecności swojej żony. Nagła decyzja o pozostaniu w mieście, nowy kontrakt, choć wcześniej niecierpliwie wyczekiwali powrotu.

Jan także zbywał ją, kiedy pytała, co właściwie się stało, że nie wracają. A ona zbyt natarczywie nie dociekała. Mimo że bolało ją to, nie zamierzała ingerować, nie odczuwała potrzeby kontrolowania sytuacji, jak dawniej. Zresztą chyba dopiero teraz zdała sobie sprawę, że dawniej właśnie tak postępowała.

Mimo niespiesznych ruchów, dokładnego czyszczenia talerzy z resztek i pieczołowitego układania brudnych naczyń w zmywarce, a także długiego i starannego parzenia herbaty, musiała w końcu usiąść z powrotem przy stole, znad którego dziwnym wzrokiem zerkał już na nią Rinke.

Herbata była czarna, mocna i została podana w starych rodzinnych filiżankach Michela, które zostawili tu, podobnie jak wszystko, bo zabrała ze sobą tylko trochę ubrań. Ciekawe, czy używali ich stale, czy Hanna dziś wyjęła je specjalnie na tę okazję?

Spojrzała na nią i posłała w jej kierunku życzliwy, choć niezbyt poufały, uśmiech. Następnie przeniosła wzrok na Rinke, po czym, rezygnując z jakichkolwiek wstępów, zaczerpnęła powietrza i powiedziała:

– Chciałabym móc mieszkać w waszym domu na poddaszu w czasie, kiedy wy będziecie mieszkać tutaj.

Odpowiedziały jej dwa mocno zdziwione spojrzenia, więc zaraz dodała:

– Jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko temu.

Rinke pierwszy odzyskał głos.

– Nie mamy, jasne, że nie, skąd, dlaczego… – powtarzał, nie wiedząc, co jeszcze mógłby właściwie powiedzieć.

Małgorzata spojrzała z niepokojem na wciąż milczącą Hannę, ale zaraz się uspokoiła, ponieważ na jej twarzy zobaczyła tak szczery i niepowstrzymywany uśmiech, że nie miała już wątpliwości, kto najszybciej i najlepiej zrozumiał, co tak naprawdę chciała im powiedzieć. I komu sprawiła tym najwięcej radości.

– Po prostu zamieńmy się mieszkaniami na dłużej. To znaczy tak długo, jak będziecie chcieli, nieformalnie, na razie… – wyłuszczyła. – A jeśli zechcecie przyjechać do Vopnafjörður na wakacje, ja chętnie wybiorę się tutaj. W każdym razie źle się z tym czuję, że wy tak naprawdę nie wiecie, kiedy mi przyjdzie do głowy wrócić do Reykjavíku na stałe. Zatem na razie niczego takiego nie planuję. Chciałabym mieszkać w Vopnafjörður, ale nie w domu Jóna i Agnieszki, tylko oddzielnie. No i skoro wasze poddasze stoi puste, pomyślałam, że…
             – Ale… – Tyle zdołał z siebie wydusić bardzo już zaskoczony Rinke.
             – Dziękujemy – powiedziała opanowanym głosem Hanna. – Kiedy nazbieramy na własne, to mieszkanie oddamy.

Małgorzata pokiwała głową i sięgnęła do torebki po komórkę.

– Zobaczymy – odparła – czy w ogóle będzie taka potrzeba. Czyli załatwione? – zapytała jeszcze, spoglądając to na jedno, to na drugie spod zmarszczonych brwi.
             – Przyniosę klucze. – Rinke podniósł się z krzesła. – Skoro załatwione…

To, że coś niedobrego się stało, było coraz bardziej oczywiste. Radość Hanny, która przecież niedawno tak bardzo chciała wracać… I Rinke, który przed chwilą przyszedł, położył klucze na stole, a teraz siedział ze spuszczoną głową, przygryzionymi wargami, zerkając na swoją nieprawdopodobnie zadowoloną żonę. Sam także się cieszył z obrotu spraw, choć uśmiech przychodził mu z wyraźnym zakłopotaniem.

– Tam nic naszego nie ma – odezwała się cicho Hanna. – Myśmy się prawie od razu wyprowadzili, niczego nie zdążyliśmy kupić, tylko trochę rzeczy dla Karinki, ale one przyjechały tu z nami. I wszystko jest zakurzone, może ja najpierw tam pojadę…

Na te słowa głowa Rinke gwałtownie się podniosła, a oczy rozszerzyły ze zdziwienia. Pojedzie tam? Przecież…

– Nie ma o czym mówić. Powoli sobie odkurzę – powiedziała łagodnie Małgorzata. – Urządzę się. Klucze też są przecież u Jóna. Zresztą czy ten dom jest w ogóle zamknięty?

Dopiła herbatę i spojrzała na zegar. Już prawie pierwsza. Mimo zachmurzonego nieba, które dawało pretekst do zapalenia lampy i stworzenia pozorów wieczoru, na dworze było jasno, jak za dnia. Całkiem straciła poczucie czasu, a przecież obiecała im wolny poranek.

– Muszę jutro kupić kilka rzeczy w centrum i załatwić coś jeszcze, nie wybrałabyś się ze mną? – zapytała z uśmiechem, który nie mógł być zbyt wylewny, czuła to, i dlatego starannie nad nim panowała. – Jak już się wyśpicie, bo rano ja zajmuję się waszą córką i śniadaniem – dodała.
             – Chętnie – bąknęła Hanna, po czym wstała i poszła w stronę łazienki.

Małgorzata wyjęła jeszcze smartfon, pogmerała w nim chwilę i podała nieśmiało Rinke.

– Rzucisz okiem?
             – A na co? – zapytał, wyciągając dłoń po telefon.
             – Zobacz, co się dla mnie nada, zostaw jedno zdjęcie, a resztę pozamykaj – odpowiedziała i mrugnęła do niego. – Jeśli możesz to dla mnie zrobić. – Następnie wstała od stołu, kątem oka obserwując, jak Rinke ze zdumieniem i coraz szerszym uśmiechem wpatruje się w ekran telefonu, potem wciąga głośno powietrze, unosi brwi, patrzy na nią i kiwa głową, wolną ręką pocierając się po twarzy.
             – Zostawię go na stole, dobranoc! – zawołał w kierunku Małgorzaty idącej do dawnego gabinetu Michela.


***

Prócz dwóch pozostawionych na ekranie zdjęć w telefonie znalazła nowy e-mail – bez treści, za to z załącznikiem. Pokolorowany plamami pasteli rysunek przedstawiał kobietę o srebrno-czarnych, odsłaniających czoło i szyję włosach, regularnych rysach twarzy i uśmiechniętych, zamyślonych, otoczonych ładnymi zmarszczkami oczach. Przypominał fotografie, które pozostawił otwarte, ale czymś nieokreślonym, a jednak istotnym, się od nich różnił.

Wiadomość została wysłana o trzeciej czterdzieści. Tak długo siedział? Spojrzała na porzucony pośrodku stołu tablet graficzny, obok niego rysik i do połowy opróżnioną szklankę wody. Kąciki jej ust uniosły się delikatnie, zapisała plik w galerii smartfona i skierowała ciche kroki w stronę kuchni. Z daleka widziała, że zalewa ją ostre słońce, które wpadało aż do przedpokoju. Po drodze zerknęła przelotnie do lustra przy garderobie i zrozumiała, dlaczego Rinke zamknął w jej telefonie prawie wszystkie zdjęcia znalezione w sieci. Musnęła opuszkami palców swoje prawie całkiem posiwiałe, sztywniejsze niż kiedyś włosy.

Od chwili kiedy Jan po raz pierwszy przyprowadził go do tego mieszkania jeszcze na studiach, jako chłopaka Hanny, wtedy koleżanki z roku, nawiązała się między nimi nić porozumienia, zupełnie innego niż to, które łączyło ich obu. Nie miała pewności, ale być może chodziło o to, że zarówno Rinke, jak i ona czuli się przyjezdnymi, którzy zasiedzieli się tu na tyle długo, że nie powinni już wyjeżdżać, bo w dawnych domach również będą obcy, czy w grę wchodziło coś jeszcze, ale był dla niej niczym drugi syn.

Dobrze o tym wiedział, nie bez powodu jego córka mówiła do niej „babciu”, na dodatek po polsku, czego nauczył ją właśnie on, mimo że Karinka znała przecież obie prawdziwe babcie – jedną w Holandii, drugą na Słowacji. I mimo tego, że jej tata wciąż używał wobec niej formy „pani”, chociaż któregoś razu, przy świątecznym obiedzie, poprosiła go, by mówił jej po imieniu. Ale on tylko rzucił okiem na siedzącego obok Jana i pokręcił głową, mrużąc po swojemu oczy i lekko unosząc kąciki ust. Zrozumiała. I jeszcze bardziej przypadł jej do serca.

Uśmiechnęła się do swoich wspomnień, dziś odległych bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A jednak przywracających spokój. Dzięki temu, co pamiętała, potrafiła odnaleźć się w tym, co nagle, nieoczekiwanie się oddaliło, mimo tego, że niektóre rzeczy zupełnie i nieodwracalnie zniknęły. Odeszły, podobnie jak ona i Michel odeszli z tego mieszkania, prawie równocześnie.

Dobrze, że pozwoliła się stąd zabrać od razu po pogrzebie. Dzięki temu nigdy nie została sama wśród materialnych śladów jego obecności. Nie zniosłaby wtedy widoku przedmiotów, które wykonał, dotyku sprzętów, których wspólnie z nią używał, zapachu jego ubrań w szafie, wilgotnego ręcznika wciąż wiszącego w łazience, zabłoconych butów przy drzwiach. Książki o francuskim winie ułożonej grzbietem do góry przy łóżku.

Deszcz za oknem dawno ustał, wiatr znad zatoki także nieco osłabł i nie uderzał już, jak przez całą niemal noc, o szyby. Może oprócz śniadania z Karinką zdąży ugotować coś prostego na obiad, zanim Hanna i Rinke wstaną. Pewnie pośpią do południa, przecież Rinke kładł się właściwie nad ranem.

Wyciągnęła rękę ku drzwiom pamiętanej jak przez mgłę, wymienionej zaledwie tydzień przed śmiercią Michela lodówki i rozejrzała się w poszukiwaniu ekspresu do kawy. Podobno Hanna kupiła całkiem nowy. To dobrze. Ona też musi zrobić dziś zakupy.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.