IZABELA DRZEWIECKA-ANTOLAK (1966-2017) urodzona w Katowicach, gdzie skończyła filozofię na Uniwersytecie Śląskim, fascynatka pracy z umysłem, kotów, Kazika i buddyzmu. Poetka.
 

 
 
 

Boddhisattwa Om

Kiedy mam ochotę rozpierdolić glanem
czaszkę facetowi, który skatował dziecko

Boddhisattwa om
Lama om

pięciolatek zarąbany siekierą przez opiekunów
którzy zobaczyli w nim diabła
gwałcone butelkami bośniackie kobiety
stosy dziecięcych bucików w Auschwitz
studnie pełne kości ofiar Pol Pota

Boddhisattwa om
Lama om

powolne umieranie mojego taty
śmierć moich psów, moich kotów
bezmiar ich bólu i mojej niemocy
chorzy na raka w szpitalnej sali
którzy nie maja farta jak ja

Boddhisattwa om
Lama om

czerwone mebelki dla lalek,
dołożone pod choinkę dzień po Gwiazdce,
bo tacie nie zdążyła wyschnąć farba
mama bladym świtem idąca ze mną
na roraty, niezbity dowód jej miłości

Boddhisattwa om
Lama om

zrezygnowane oczy J. genialnego studenta
z wycięta połową żołądka, którego miłości
nie potrafiłam przyjąć, The Clash, Kult
depresja, światło zadaje ból, dźwięk zadaje ból
mleczna szyba, chcę stąd wyjść!

Boddhisattwa om
Lama om

tanie wina w bramach, G., zakochanie
pierwszy stopień erotyki, drugi stopień erotyki
rozstania, powroty, prace magisterskie, sylwestry
ambicje, braki ambicji, kłótnie, kompromisy
zawsze G., zmęczenie G. i drogą wódką

Boddhisattwa om
Lama om

przystań w Limhamn, cichość, zdziwienie
światło, kolory, myśli znikają, czas zwalnia
katowicki kościół – nie wyjdę póki się nie dowiem
kolory, nie rozumiem, ale wiem, że już, wychodzę
coraz więcej światła, ćwiczenie Atishy, rozszerzenie w piersi

Kiedy wraca spokój

Boddhisattwa om
Lama om

Lama om
Lama om

 

 

 

Moje panowanie

dlaczego mam sobie nie wierzyć
urodziłam się bez igreka
a tałes i sutanna to męskie atrybuty

ciekawość anglezy która chce wiedzieć
jak to jest być prostym
nic więcej

w środku mam cel
nieuświęcony

w snach jestem wolna
i wszystkie miasta
są moje

 

 

 

Algiz: tryptyk

Wstęp

podobno zapisuje się w nas
wszystko
jeśli usiąść w ciszy, wyłoni się
widok: pokryte patyną pnie
malachitowe korony sosen
mgielne górskie szczyty, całość
w niebieskawej poświacie, statyczna
widziana jakby od wewnątrz
pod sklepieniem czaszki, trwa
równocześnie w kątach oczu
tkwi zarys własnych kolan, a za oknem
przelatuje spóźniony ptak
dotąd jest zrozumiale, bezpiecznie
wydają się istnieć stałe granice
póki jawa to jawa, a sny
nie wyprzedzają teraźniejszości


Rozwinięcie

następuje ciąg dalszy
linia czasu zakrzywia się w pytajnik
z kropką wpadającą w sam środek czoła
przestrzeń rośnie, wszystko zaczyna
oddychać, staje się wyraźne
krystaliczne
słowa kapryszą - mnożą istotności
kpią, objawiają lub wprowadzają w błąd
odwracają się
wiruje punkt odniesienia
w tej sytuacji nie pozostaje nic innego
niż uważność
ponowne zatrzymanie


Zakończenie

ostateczność pozostaje pytaniem
ważniejszym niż odpowiedź
można tylko domniemywać
ulega się zjawiskom i powraca
w ciszę, łagodność
maleje grawitacja, a więc
i przywiązanie do ziemi
długotrwałe skupienie na świetle
powoduje przekonanie, że to ono
jest istotą, ale, rzecz jasna
nie ma pewności

ufa się pustce
przecież nie może być gorsza niż rzeź

 

 

 

We wtorek po południu

znajome miejsca pełne blasku
uroczyście wpisane w przestrzeń budynki
nadchodzi cichość i trwa
należę wszędzie, należę nigdzie
a drzewa nieśpiesznie mijają autobus
o uniesionych nad asfaltem kołach

lubię być świadkiem powietrza
o barwie dojrzałej moreli

 

 

 

Impuls

Jesteś swoim jedynym mistrzem.
Któż inny mógłby nim być?


wygląda na to
że mamy zacząć jeszcze raz
inaczej
na pasie ziemi niczyjej

ubrania złożyć w kącie jak broń
usiąść w pełnym świetle
i mówić bez zastanowienia
swoje prawdy

a potem złożyć w kącie te wszystkie
warstwy rogowe ziarniste i kolczyste
żeby zauważyć że jesteśmy
z tej samej tkanki

wznieść się ponad siebie
siedzących bez osłony
zobaczyć jak to wygląda z góry
wrócić pozapinać skórę

położyć się obok ubrań
poddać

wspólnie
dowiedzieć się siebie do końca

nawet jeśli nie od razu zrozumiemy

 

 

 

 

Bogucice

przecież jest jeszcze linia matki
wspomnienia małych drewnianych domków
fińskiego daru z czterdziestego piątego
gdzie osiedlono repatriantów

kot się myje znaczy przyjdą goście
mówiła zadowolona babcia rozkładając telerze
rolady kluski i modra kapusta
górniczy obiad chociaż dziadek od dawna już nie żył

przytulała mnie do swojego kuchennego fartucha
a wokół pachniało domem

kręci mi się w głowie
kolorowa żelazna karuzela
a mur żyje nawet jeśli pokrywa go sadza
tak jak ten wokół starej szkoły
gdzie po południu synki groły w bala
i jak krzywe krawężniki wzdłuż brzuchatych chodników

się ziemia trzęsła a my razem z nią
tłukły się szklanki i pękały mury
rano woźny opowiadał że spadł z łóżka
w szkolnych ścianach szczerzyły się szpary

mieszkam w zdruzgotanym domu
opuszczę to miejsce odejdę
zamieszkam w innym mieście
dla niepoznaki
osiądę wśród swoich

gdzieś nieopodal szybu

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.