ANNA MUSIAŁ urodzona w Poznaniu. Autorka tomu poezji Pandemonium (Wyd. Eperons-Ostrogi, 2015). Jej wiersze publikowały m.in.: „Wyspa”, „sZAFa”, „Metafora”, „Babiniec Literacki”, „2Miesięcznik”, „Helikopter” oraz Magazyn Literacki „Minotauryda”, Pocztówki Literackie „ODRY”, „Salon Literacki”, PKPzin, „Kulturalnik Poznański” i Magazyn „Przestrzeń”.

Prowadzi blog autorski: annamusial.com

 
 
 

aurora borealis

poranny prysznic zmył z twarzy bezsenność, ciepło
rozkopanej pościeli. iluzja zastąpiła wszystkie znane obrazy
a dźwięk przebił się przez skórę, poruszył ledwo żywe
struktury. oddycham w zwolnionym tempie.

moja blada dziewczynko, twoje dłonie szybują w powietrzu,
rysują mapę dojazdu, drogę przez obce im galaktyki.

w ciemności słyszę jak kwilą nieznajome dzieci,
mam je na wyciągnięcie palców i tylko strach dzieli mnie
od przygarnięcia ich do piersi. spoglądamy sobie w oczy

i nagle noc wydaje się spokojniejsza. inna niż te,
kiedy przez mgłę wołał mnie obcobrzmiący głos; język,
którego nigdy nie poznałam.

a teraz patrz, nasze włosy splatają się w jeden warkocz,
nasze usta szepczą te same modlitwy: o miłość,
której nigdy nie było. o świat żywy kilka godzin stąd.

 

 

 

marcowe gody

tamte noce należały do nas. sny wsiąkały w poduszki,
wino lało się strumieniami i tylko szklane ekrany
dzieliły nasze palce od poplątania.

mówiliśmy czterema językami wyłapując frazy
jak łapie się świerszcze i jak świerszcze
wypuszczaliśmy je kolejno w miejscach dobrze znanych.
zarzucaliśmy sieci,

a ty odprowadzałeś mnie potem do domu.
podwieszany sufit spadał nam na głowy,
resztkami sił filtrowaliśmy ciepłe podmuchy.

brakowało snu. brakowało słów. zabrakło poezji.

marcowe koty rozpasły się i pozdychały
wciśnięte w wytarte powłoki kanap.

 

 

 

wylinka
         
where does love go when it goes?


kolejny taki koszmar. czarne macki, czarne odnóża,
coś pełznie po mnie i nie mogę się obronić. oddychasz
obok, a jakby przepaść dzieliła nas teraz od siebie –

umyka mi coś cennego. mój nom de guerre się wypalił,
jest jak zużyta taśma starej kasety, dawno niesłuchana.
otacza mnie las czarnych dłoni, wskazują wszystkie kierunki

świata. wszystkie miejsca, do których nigdy nie należały
i należeć nie będą. nie mogę cię odnaleźć, uderzam
w pustkę ostatkiem sił. wiem, it’s fucking happening.

kolejna taka noc. jakby ktoś od niechcenia wyłączył
ogrzewanie, wyłączył dotlenianie. zamknął kopułę
i zapomniał powiedzieć dokąd odchodzi miłość,

kiedy odchodzi i dlaczego wtedy zawsze robi się ciemno.
rankiem zostaje już tylko ból, blaknące wspomnienia,
sine odciski dłoni zaciskanych na szyi w milczeniu.

 

 

 

prokrastynacja
         
wierzgasz mała jakby ci ukradli ponton

kwiecień wszedł w nas szybko. oblekaliśmy myśli
kokonem i pozwalaliśmy im dojrzewać. potem zrywaliśmy
przejrzałe owoce. chciałaś być moją pierwszą,

woda nie sięgała ci kolan, tonęłaś tylko w wyobraźni.
kupiła mnie twoja twarz i ten grymas wiecznie zmęczonego
podlotka, rozmazany od niechcenia tusz.

suszyłem ci głowę, a ty z wdzięczności rozchylałaś pośladki,
jakby to miało być pieprzone grand prix. ostatniego dnia
doszedłem już sam. wyznałaś wtedy,

że sztywniejesz na myśl o wszystkich kobietach,
jakie miałem przed tobą. wilgotniałaś, kiedy obiecywałem,
że więcej żadnej nie będzie. maj przywlókł się do nas

niezaspokojony. milczeniem odsuwałem w czasie
twoją bezdomność, emocjonalny rausz.

 

 

 

checkpoint

drugiego października poszliśmy nad wodę.
nad wodą ptaki i ludzie targani wiatrem, jak liście
lekko opadający śrubami, beczkami, stylem dowolnym.

stopniowo oswajani z genetyczną pamięcią,
według której każdy oddech jest wyrzutem sumienia.
każda dłoń czyjaś, kiedyś dotykana. całowane usta.

było nam smutno, smutniej niż zwykle. skończyły się
papierosy, w telefonie bateria. skończyła się muzyka.
dokoła wątłe ameby, pierwotniaki, strzępki

wchodziły w nas i zostawały. zanurzaliśmy się w piasku
miejskiej plaży, symetryczne tunele wypełniała gęsta maź.
mówiłeś, że tak samo wypełnia się ciało martwego człowieka,

kiedy pod wpływem ciśnienia pękają trumienne ściany,
kruszy przesuszona skóra. otrzepywałam cię z tych myśli –
zbieraliśmy je potem w punkcie kontrolnym.

zapisane na kartce puszczaliśmy jak kaczki.
i płynęły. płynęły do morza.

 

 

 

montaż

szerokokątny obiektyw zakłamuje rzeczywistość.
twoje ramiona są szersze, dłonie mocniejsze, lato
mieści nas w swoim obwodzie jak linie na centymetrze.
wystukuje na klawiaturze pocztówkowy slang
o pogodzie. obieramy kurs kolizyjny. północ
jest wyznacznikiem ciepła, kąpie się w pianie i drwi
z marzeń o pocałunkach. rozwiane złudzenia, butelki
o ostrych krawędziach wbijają mi się w myśl.

świat załamuje ręce. ręce mojego świata
są połamane i teraz nawet ptaki milczą
w obawie przed rozpoczęciem świtania.

nic się nie zgadza. czwarta nad ranem
jest tylko odruchem; staje się jasne, że przemijamy.
mierzą nas podpisami, wyliczają procenty od zysku
i straty. relacjonują w odcinkach, które sami montujemy
na poczekaniu. w kuluarach tłum walczy
o ostatnią receptę na lek przeciw rozczarowaniu.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.