|

 

ALEKSANDRA URBAŃCZYK – rocznik 69. Recenzentka. Współpracuje z miesięcznikiem: Forum Akademickie. Ceni podróże i literackie wyzwania. Prowadzi blog poświęcony literaturze: http://ksiazkioli.blogspot.com.

 
 
 

NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL – Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta
z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
– Morten A. Strøksnes 


              Woda i medytacja przynależą do wieczności
              Herman Melville
 

Morten A. Strøksnes jest norweskim historykiem, filozofem, fotografem, uznanym dziennikarzem i pisarzem – i to wielostronne wykształcenie wpłynęło na kształt jego najnowszej publikacji (wcześniej napisał osiem książek reportażowych). Księga Morza, uhonorowana Nagrodą Bragego (jedną z najbardziej prestiżowych norweskich nagród literackich) jest połączeniem kilku gatunków, w tym: reportażu, dziennika podróży i eseju. Wiodącym tematem jest wyprawa (a raczej szereg wypraw) podjętych w celu zmierzenia się z rekinem polarnym. Tłem są opowieści i dygresje związane z morzem i oceanami, które dominują w krajobrazie Ziemi i są naszym praśrodowiskiem, bowiem w nich narodziło się wszelkie ziemskie życie. Przyglądając się morzom – cofniemy się aż do samych początków istnienia naszej planety i uprzytomnimy sobie jak alarmujący jest ich stan dzisiaj. Refleksje na temat morza mają więc najpierw charakter globalny, a później przerodzą się w spotkania bardziej kameralne, nieomal intymne.

Książka składa się z dwóch, wzajemnie przenikających się części. Jedna (fabularna) – to opis zmagań z rekinem, a w zasadzie z naturą, bo przygoda, która miała być jednorazowa – przerodziła się w szereg prób podejmowanych o różnych porach roku; druga – to warstwa kontemplacyjno–gawędziarska – bo przecież długie godziny wyczekiwania w łódce sprzyjają przemyśleniom. Autor, z racji swojego wykształcenia, posiada wszechstronną wiedzę, chętnie też dzieli się refleksjami z lektur o morskiej tematyce. Do tego dorzuca historie ludzi morza i okrasza wszystko niezwykle sugestywnymi i plastycznymi (niemal fotograficznymi) opisami różnych „wcieleń” morza. Człowiekiem ściśle związanym z morzem – jest Hugo, przyjaciel autora i współtowarzysz wyprawy. Opisując  przedsięwzięcie, z którym się zmaga (Hugo z wielkim samozaparciem przywraca do życia i reorganizuje rodzinne przedsiębiorstwo) – udało się także autorowi uchwycić nieodwracalne zmiany zachodzące we współczesnym świecie, dobrze nam przecież znane. Przecież zmiany nie dotyczą wyłącznie miejscowości, które leżą nad morzem, a przebudowa Fabryki Aasjordbucket (dawnej przetwórni ryb) do złudzenia przypomina proces przekształcania np. naszych polskich kopalń w obiekty kultury. I w ten sposób, przez dodawanie kolejnych warstw – książka, która mogła mieć formę reportażu – zmieniła się w wielopłaszczyznową i wieloaspektową Księgę Morza. 

Hugo jest niezwykle ważną osobą w życiu Strøksnesa i istotnym elementem książki (bez niego w ogóle by jej było), dlatego poświęcimy mu sporo uwagi. Przyjaciel autora jest artystą, który inspiruje się morzem, jest także przewodnikiem i inspiratorem przygody z rekinem. To właśnie Hugo, który pamięta z dzieciństwa wyprawy z ojcem na wieloryby – zaraził  autora entuzjazmem i namówił na wyprawę. Dlaczego akurat rekin polarny? Ponieważ jest legendarnym, pradawnym stworzeniem, który stanowi wyjątek nawet w swoim gatunku. Rekiny z płytkich wód są zwykle większe od głębinowych. Rekin polarny (żyjący w głębiach) odbiega od reguły, może osiągnąć rozmiary rekina ludojada (żarłacza białego), a naukowcy twierdzą, że dożywa… pięciuset lat, co czyni z niego ziemskiego rekordzistę wśród kręgowców. Rekin polarny jest potworem z rodzinnych opowieści i z relacji starych rybaków i staje się dla naszych bohaterów prawdziwym wyzwaniem. Początkowo miał stanowić zwyczajny cel wyprawy (miał być złowiony dla tranu), ale z czasem – w ogóle przestał być postrzegany w kategoriach łupu. Czytelnik jest świadkiem wewnętrznej przemiany, jaką przechodzą bohaterowie i wkrótce przekonuje się, że rekin również stał się symbolem zmieniających się czasów, a wyprawa na niego przypomina raczej pogoń za świętym Graalem.

W zasadzie trudno w recenzji oddać sumiennie charakter całej publikacji, bo Strøksnes pisze o różnych aspektach związanych z morzem – o historii Ziemi, o morskiej faunie i florze, o elementach morskiego krajobrazu (o rodzajach fal, wiatrach, prądach, ukształtowaniu dna i o klimacie). Opowiada o latarniach morskich, o pracy rybaków, o katastrofach i wyprawach, o odkryciach i odkrywcach. Książka obfituje w ciekawostki, pozwala zrozumieć skąd wzięła się woda na naszej planecie i co powoduje niechęć Norwegów do makreli. Wyjaśnia niektóre zwyczaje rekinów i uświadamia – jak bardzo jesteśmy lekkomyślni w rabunkowej eksploatacji oceanów. W pewnym sensie Księga Morza jest książką o książkach, dlatego dowiemy się jakie wydarzenie zainspirowało Melville’a do napisania Moby Dicka, co pobudziło wyobraźnię Edgara Allana Poe’go, gdy pisał opowiadanie W bezdni Maelstomu i przekonamy się dlaczego  Stevenson (autor m.in. Wyspy skarbów) – okazał się czarną owcą swojego rodu. Pisząc o tych wszystkich sprawach, a raczej: snując gawędy, bo to nigdy nie są skomplikowane, naukowe wywody – autor tworzy portret Morza – tak, jakby było żywą istotą – pełną tajemnic, humorów, hojną dla człowieka, a zarazem obojętną na jego zmagania. Strøksnes udowadnia – na ile niezliczonych sposobów morze nas inspiruje…

Nie można nie wspomnieć o pięknym wydaniu książki, a przede wszystkim o przekładzie Marii Gołębiewskiej–Bijak, która świetnie poradziła sobie ze zmiennym rytmem narracji autora, bo jego styl jest reportażowy i dynamiczny lub refleksyjny, a czasem nawet – poetycki. Niejednokrotnie przychodzą mi na myśl skojarzenia z prozą J. J. Szczepańskiego, z jego podróżniczych wspomnień, bo obaj mają podobną wrażliwość na urodę świata. Strøksnes w nastroju kontemplacyjnym uwodzi czytelnika rozkołysanymi, sugestywnymi lub pełnymi żywiołowej mocy zdaniami:

„Tam gdzie jesteśmy, świat w kolorach muszli ostrygi i łupku wydaje się oczyszczony i wypełniony lustrami”[1]; „Upajamy się ciszą. Myśli odcumowują i dryfują z prądem. Hen, w górze gwiazdy, tu w dole morze. Gwiazdy chlupoczą o burtę, morze lśni i migoce” [2];„Metaliczne czarne niebo gna [o huraganie] cymbały i kotły odzywają się jednocześnie”[3].

Joseph Conrad w swoich wspomnieniach napisał: „Wszystko można znaleźć na morzu, zależnie od tego, czego się szuka – walkę, spokój, romantyzm, najskrajniejszy naturalizm, ideały, nudę, wstręt i natchnienie”[4]. Warto sięgnąć po Księgę Morza, przekonać się czego szukał autor, a może właśnie odnajdziemy w niej coś, za czym sami tęsknimy... A jeśli już jesteśmy przy dygresjach i wrażeniach z książki, to jeszcze dodam, że lektura silnie skojarzyła mi się z równie wszechstronną i z rozmachem potraktowaną książką–esejem hindusko–bengalskiego pisarza Amitava Ghosha: Na prastarej ziemi. Oczywiście tematyka jest całkiem inna, ale zamysł książki – zupełnie ten sam.  Podróżom rzeczywistym towarzyszy symboliczna podróż przez wieki, u Ghosha – to historia związana z odkryciami archeologicznymi, u Strøksnesa – to opowieść o związkach człowieka z morzem i hołd dla natury.
 

Przypisy:

1. Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku – Morten A. Strøksnes, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 94
2. Tamże, str. 120
3. Tamże, str. 147
4. Ze wspomnień, J. Conrad, tłum. A. Zagórska, Warszawa 1973, str. 142


 

Morten A. Strøksnes, Księga morza, Wydawnictwo Literackie 2017

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.