JAKUB SAJKOWSKI Rocznik 85. Poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w sZAFie. Wydał książki poetyckie: Ślizgawki (2010), Google Translator  (2015). Publikacje: m.in. Pro Arte, Arterie, Dwutygodnik, artPapier, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat min. projektu Połów, konkursu im. Klemensa Janickiego, oraz Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi. Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi blog literacki http://czytnikliteracki.blogspot.com.

Fot. Paweł Szałankiewicz

 

Zasnąć i obudzić się to też podróż w czasie. Daniel Madej, Mała Epoka

 

Daniel Madej w notce biograficznej na okładce swojej debiutanckiej książki poetyckiej pisze, że jest „poetą i inżynierem”. Pozwolę sobie uczynić z tego półżartobliwy punkt wyjścia (asekuruję się tym „półżartobliwy”, bo ile jest naprawdę autora w podmiocie lirycznym, to on sam tylko wie). Nie tyle idzie tu o styl czy technikę pisania – choć z pewnością są to wiersze napisane sprawnie – co działania bohaterów lirycznych wierszy, ich próby – przynajmniej pozorne – planowania zastanej rzeczywistości, precyzyjnego poukładania od A do Z. Próby, zresztą, jak się wydaje, spalone na panewce. Ale o tym później.

Najpierw wiersz pt. Lądolód, otwierający tę skromnych rozmiarów książkę, I wers człowiek się przymierza do kochania jak do rzutu wolnego. Potem Synteza: myślę o własnym pulpicie, i jedności/ pikseli, które zleją się w ciebie/ jak żubrówka, cynamon i sok.

Następnie Piruet I fraza: Wypowiadam słowo/i wojnę przenoszę na grunt języka, który wije się jak klucz wiolinowy, albo znak paragrafu. Więc i język jest tutaj poddany precyzyjnym regułom, bo i paragraf, i klucz wiolinowy sugerują pewne precyzyjnie zaplanowane zasady. Czy to w języku muzyki, sztuki czy poezji.

                               Za płotem akustycznym
                               dystych w jedną i w drugą stronę:

                               parafka zieleni
                            (Koło szczerbate)

I kolejny wiersz:

                               Wyjustuj

                               swoje ciało rozlane na prześcieradle,
                               jak stearyna na lastryko – niech przypomina kolumnę
                               w gazecie, dźwigającą zdjęcie.
                             (Epoka)

Dwuznaczność słowa kolumna, jako coś z języka ale też coś z kamienia, jest tu nieprzypadkowa, wiersz wydaje się wołaniem o trwałość języka, czy też, może szerzej, świata. Jaka jest nasza jednak władza nad światem, wierszem, językiem? W wierszu Mechaniczne jabłko widać, że iluzoryczna, że zamiast wpływania na rzeczywistość tworzymy jedynie nieszkodliwe i nieznaczące zabawki.

                               Dzielę się z tobą lękiem, łamiąc
                               sobie język, ukruszone słowa
                               zbieram w wiersze, które chciałyby być

                               dotkliwe jak sankcje, a nie ledwie tkliwe
                               niczym niezłomny silniczek zabawki.

Im dalej w las, tym jaśniejsze staje się, że świat wymyka się spod kontroli, że trzymanie go w ryzach, czy też trzymanie samego siebie w ryzach może jedynie doprowadzić do wzrostu napięcia, czy wręcz klaustrofobii, jak w tekście pt. Łapanka:

                               wewnątrz

                               rollercoaster – zsyp na śmieci:
                               jestem zamknięty, więc uciekam stąd
                               dotąd i każda noc to siniak,
                               każdy dzień jak bąbel powietrza pod wodą.

I puenta, puenta tomu, która nie pozostawia złudzeń jaka jest nasza pozycja w walce o bycie znaczącymi, o ważność, o jakąkolwiek władzę nad zastaną rzeczywistością. Więc zamiast kolumny, pomnika ze spiżu, zamiast nie wszystek umrę mamy nie wszystek żyję.

                               Lecz nie wszystek

                               żyję. Tryb oszczędny – zbieram doświadczenia
                               jak butelki, wszystkie puste. Wiem –
                               zasnąć i obudzić się to też podróż w czasie.

Więc, jak w tytule tomu: jeśli coś znaczymy, jeśli stanowimy epokę, to małą, i w dużym cudzysłowie.

 Tyle jeśli chodzi o zarys tego „co w wierszach”. Niemniej ważne pytanie: co mi zrobiły te wiersze, jako czytelnikowi? Podejmując poetykę tytułu, nie wydaje się byśmy mieli do czynienia z wierszami epokowymi, rewolucyjnymi, zmieniającymi bieg poezji. Na pierwszy rzut oka nie użyłbym wobec tych wierszy takich określeń jak charakterystyczne, niepodrabialne. Innymi słowy, gdyby autor kiedyś przesłał mi jakiś swój inny wiersz anonimowo, prawdopodobnie nie powiedziałbym tak, to jest wiersz napisany przez Daniela Madeja. Z drugiej strony, gdyby ktoś z kolei zapytał mnie o ewentualne inspiracje, o to, kogo w takim razie podrabia Daniel Madej, też nie byłbym w stanie podać ani jednego nazwiska. Czyli co, wiersze niepodobne do niczego, autor niepodobny do nikogo?

Mówiąc zupełnie poważnie, to po prostu dobre wiersze. Jak pisze Marta Podgórnik w blurbie na okładce, nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy te czy inne wiersze są pomnikiem trwalszym niż ze spiżu, jeśli po prostu sprawiają przyjemność czytelnikowi. Zaskakują, dotykają, poruszają. Na przykład takimi urokliwimi momentami:

                               Kiedy będziemy się kochać, staruszkowie
                               z mieszkania obok będą dotykać ścian
                               jak brzucha ciężarnej.

Wracając jednak do poetyki tej recenzji, czy autor, panuje – nie nad rzeczywistością, a nad słowem? Jak najbardziej. I to chyba wystarczy. Sprawność tego pióra polega na umiejętnym rozegraniu pewnego klaustrofobicznego napięcia i melancholii. Książka jest niepozorna rozmiarami, jednak dzięki celności i zwięzłości frazy autora nie pozostawia niedosytu. Wiersze są tak skonstruowane, że wołanie bohaterów lirycznych o istotność, ważność dla siebie samych i dla świata nie jest histeryczne, nie jest komiczne, zamiast tego po prostu jakoś wzrusza. Jest w tym wszystkim (auto)ironia, ale nie ma rechotu. Jest czułość, nie ma czułostkowości. Poezja już teraz dobra, celna, wyważona. A czy z tych czy późniejszych wierszy autora będą pomniki, czas pokaże.



Daniel Madej, Mała Epoka, Fundacja Kultury Akademickiej, Poznań 2017

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.