EWA FRĄCZEK – Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.

 

 
 

Remigiusza Mroza wykładania o tym, że w `39 Niemcy napadli na Polskę,
czyli raz na kilka lat człowiek może być złośliwy
 

Będę się pastwić na skutek głębokiego rozczarowania, przykro mi. Nad książką Parabellum i nad recenzjami, nad utratą obiektywnych kryteriów... I nad okrucieństwem wojny zupełnie przy okazji.

O Remigiuszu Mrozie słyszałam superlatywy, ale po jego teksty nie sięgałam – trochę z powodu uprawianego przezeń gatunku (żeby nie było: szanuję kryminał i ze dwa rocznie może przeczytam, ale nie jestem jego fanką czy znawczynią, aby być tu szczególnie na bieżąco), a trochę z innych, nieliterackich względów. Kiedy jednak dostałam całe trzy tomy kryminału wojennego, to przecież nie mogłam nie odczuć dreszczu ekscytacji, że oto nie lokalny mafiozo a Niemcy, nie szalony sąsiad a Rosjanie... Innymi słowy: kontekst historyczny działa na mnie jak marchewka na osła.

Od plusów począwszy: część pierwsza, tj. tom pierwszy, wciąga i jest z gatunku książek, które kończą się zawsze szybko, bo przecież musisz się natychmiast dowiedzieć, co było dalej. Pomysł, aby rozdzielić trzy wątki i prowadzić je równolegle, każdy z nich urywając w najciekawszym momencie, a następnie dość sprawnie między nimi manewrować – świetny. Szkoda tylko, że na tym muszę skończyć rubrykę z plusami, nie chcę, ale muszę, bo choć naprawdę nie lubię krytykować, to jednak odczuwam swoistą powinność. Konieczność zwrócenia uwagi, że przecież... że tylu lepszych młodych piszących krąży po tym łez padole, że może warto promować – nawet w celach edukacyjnych – jednak ich...?

Nie każdy jest Twardochem, ale...

Myślę, że rzeczą, którą najdłużej wypierałam i udawałam, że jej nie dostrzegam (gdy czytałam pierwszy tom, który mnie – przypomnę – wciągnął), był drewniany język. Dialogów i nie tylko. Dopowiadanie szczegółów na siłę, nadużywanie zaimków wskazujących, nienaturalność... Frazy, którymi posługują się bohaterowie rozmawiający między sobą w Parabellum, to właśnie takie frazy, którymi ci prawdziwi ludzie, z krwi i kości się nie posługują. Chyba, że są aktorami w serialach. Przepraszam, ale muszę:

Rodomeyer wziął do ręki pierwszy z kilku wycinków gazetowych [...] i grobowym tonem odczytał nagłówek:
„Torsten Blankenburg bestialsko morduje pięcioosobową rodzinę. Dzieci z powykręcanymi kończynami. Kobieta zgwałcona, mężczyzna zmasakrowany.”
Dziękuję, Marvin, znam szczegóły pierwszego głośnego morderstwa popełnionego przez tego człowieka.
Odparł lakoniczny Niemiec.

I tak dalej, każdy szczegół wypowiedziany jak w Klanie, gdy przychodzi Ania czy Zosia w odwiedziny do babci i mówi, cześć babciu, przyszłam, a babcia na to: przyszłaś do mnie, wnuczko, w odwiedziny?
Żeby nie było, że się czepiam:

Strzelaj – odparł Leinter
Zrobię to prędzej czy później. Ale ja wybiorę moment, skurwysynu.
Christian utwierdził się w przekonaniu, że ten człowiek gotowy jest pociągnąć za spust kilkakrotnie, realizując między innymi swoje zapowiedzi o strzale w krok, zanim pozbawi go życia i pozwoli w spokoju umrzeć.

Równie drewniane jest przekomarzanie się pary głównych bohaterów, takie małe small talki. Miały chyba pokazać, że zachowują oni poczucie humoru w najgorszej nawet sytuacji, ale wyszło niestety topornie

Widzę prześwit – powiedziała Maria, patrząc w dal.
Twoja spostrzegawczość nie zna granic – odparł z uśmiechem.
Jeszcze jedno słowo, a będziesz mnie niósł na barana, barani łbie.

I tak osiemnaście razy. A im bardziej ktoś miał być śmieszny (np. stary szlachcic), tym mniej śmieszny był. I żeby nie było: nie jestem z gatunku kamiennych twarzy.

Także, hmm, można uznać, że nie każdy jest finezyjny z urodzenia i nie każdy musi się bawić językiem, aby książka była dobra. No i oczywiście, że nie. Nie każdy ma sprawność i językową wyobraźnię Twardocha, ani poczucie humoru Sapkowskiego. Nie każda książka musi być napisana w artystycznym stylu, znamy wszak wszyscy powieści dobre a surowe. Ale powtarzanie? Za każdym razem dowiadujemy się, że Christian Leinter jest zrównoważony i niemal nieludzko chłodny, szkoda tylko, że nie z zachowania a z opisu. I to każdorazowego. Zawsze Blankenburg jest psychopatą o dzikim spojrzeniu i autor to przypomina jak mantrę – w razie gdyby przez kilkanaście stron nieobecności tegoż bohatera wyleciało czytelnikowi z głowy kilka faktów na jego temat. I chwała Mrozowej konsekwencji, ale po co za każdym razem to dodawać? Niczym Małgorzata Musierowicz o Gabrysi Borejko w „Jeżycjadzie” – że jest dzielna.

Każdy słyszał o drugiej wojnie

Dobrze. Język możemy przeskoczyć. Jeszcze gorzej szło mi z wykładnią na temat drugiej wojny. Jak wiadomo, osadzenie kryminału i powieści jakiejkolwiek w pewnych czasach wymaga pogłębionej analizy tychże. Ale poza stopniami wojskowymi, które są dla przeciętnie wykształconego człowieka (czyli dla mnie też) wiedzą tajemną, istnieją też fakty, których nie należy wyjaśniać. Na przykład to, że indoktrynowani Niemcy uważali Żydów za podludzi. Albo że we wrześniu zaatakował nas także Związek Radziecki. Albo że Francuzom ciężko wymówić imię „Staszek”. Albo że istniał ktoś taki jak król Leszczyński. Chyba, że to dla gimnazjalistów książka po prostu. Tylko że gdyby tak było, za dużo by było w niej gwałtów, więc nie, nie dla gimnazjalistów. A szkoda, bo bym się wtedy nie czepiała...

Najgorszy punkt programu zaś to chyba niewiarygodność postaci i zdarzeń – nie mówię o „zabili go i uciekł”, jeśli taka ma być konwencja, proszę bardzo, choć z drugiej strony na skutek niemożebnego farta bohaterów, to nawet pobyt w obozie koncentracyjnym przebiegał bez emocji, bo jeśli ktoś jest wciąż okładany pałką i żyje właściwie zupełnie normalnie, to nie ma co się o niego bać – przynajmniej w książce. Główni bohaterowie mieli po siedem żyć w każdym razie. Ale patrząc na tę kwestię jeszcze inaczej: wojna okrutna jest, jak wiemy, i mnóstwo książek okrutność tę ku przestrodze potomnych wydobywa, rozbudowanymi sformułowaniami albo lakonicznością, niedopowiedzeniami albo szczegółami. I oczywiście, czym innym pisanie o wojnie przez świadków, czym innym przez współczesnych – ale ci ostatni też potrafią, gdy chcą. A u Mroza ta wojna jest okrutna głównie na skutek przypominania przez bohaterów, że „Niemcy nas traktują gorzej niż ludzi”. W obozie Staszek i Obelt powtarzają to sobie nawzajem cały czas i za ósmym razem naprawdę ziewałam.

Poza mało przekonującymi reakcjami bohaterów na wydarzenia, których byli świadkami, niewiarygodne było też to, że – na przykład – Staszek, dowiadując się o śmierci ojca, którego kochał, zamartwia się głównie stanem Warszawy i powtarza, jakie to okropne, co spotkało jego naród. Natomiast za prawdziwy absurd należy uznać scenę, w której umiera dziecko przygarnięte przez Marię i Staszka – tak, ten fragment już woła o pomstę do nieba. Dziecko jest świadkiem śmierci rodziców, uciekająca polska para zabiera go ze sobą. On nie odzywa się, bo ma traumę – oczywiste i ludzkie. Potem choruje na tyfus. Nadal wiarygodne. W końcu umiera i się odzywa pierwszy raz. W dialogu pełnym patosu dziękuje Polakom, „że go stamtąd zabrali”.
Kilkuletnie dziecko. Cierpiące na tyfus. Z traumą.

Czemu dziś jestem wstrętną wiedźmą?

Jestem zirytowana i zła na sztukę, tak. Słabych książek jest wiele, to fakt, Grochola czy Kalecińska urosły już do rangi symboli. I niby nie ma się co pastwić, co wyzłośliwiać. Nie ma. Ale fenomen popularności Mroza, zachwyty na lubimyczytać.pl, zbudowany starannie (i za duże pieniądze chyba) wizerunek „najpopularniejszego obecnie polskiego pisarza” to dla mnie fenomen niezrozumiały, chociażby w kontekście przytoczonych cytatów. I choć może trafiłam źle, może to tylko Parabellum jest tak słabe, to jednak... jednak nie mogę tego ogarnąć: tyle młodych talentów, laureatów konkursów, ludzi pełnych języka i wyobraźni... Myślę sobie: chyba istnieją pewne obiektywne kryteria, prawda?

Prawda?

Czy nie, czy każdy może sobie pretendować do „najlepszego”, bo dużo sprzedał, a ewidentne braki warsztatowe są przecież nieistotne, a w ogóle to wszystko rzecz gustu i jednym się podoba Twardoch a innych Mróz i wszyscy mają takie same prawa do oceny? Znowu nie wiem i obraza na sztukę i kryteria urastają do problemu dekady...

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.