|

 

BŁAŻEJ SZYMANKIEWICZ doktorant na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się historią, literaturą i kulturą Europy Środkowej oraz twórczością wybranych pisarzy amerykańskich. Publikował m. in. w Czasie Kultury, Zeszytach Humanistycznych i na portalu Niewinni Czarodzieje. Obecnie przebywa na emigracji duchowej na Morawach.

 
 
 

Unieśmiertelniona. Esej o pewnej fotografii z czasów hiszpańskiej wojny domowej


I

Zdarza się (cytując Kurta Vonneguta) – w życiu, historii, sztuce – że postaci drugoplanowe wybijają się na pierwszy plan, być może wbrew własnej i cudzej intencji tworzą genialną kreację, mieszają komuś szyki, zmieniają bieg zdarzeń. Najoczywistszym przykładem jest film. Nie zapomnę nigdy Gunnara Björnstranda, który brawurową rolą Jönsa uratował w moich oczach seans Siódmej pieczęci i nie pozwolił, bym w końcowym rozrachunku nie uznał owego obrazu za arcydzielny (co dla milionów wielbicieli kina byłoby czymś niewybaczalnym). Inny przykład – podpułkownik Bill Kilgore (zwracam uwagę na znaczenie tego nazwiska w kontekście postaci), powołany do życia przez Roberta Duvalla, bez wątpienia jednego z największych amerykańskich aktorów. Duvall pojawia się w Czasie Apokalipsy na jakieś dziesięć minut, ale swoją charyzmą i mistrzostwem wręcz ośmiesza Martina Sheena i Marlona Brando.

Bywa i tak, że – na przekór logice, dziejom, bogom – z tłumu bezimiennych statystów, trainspotterów eszelonu historii, jakimś cudownym zrządzeniem losu udaje się komuś wyłowić perłę, symbol, który, często bezwiednie, staje na pierwszym planie. Historia dla tego kogoś (i dla nas, widzów) staje się tłem, podobnie jak czyhające za nią ideologie, okrucieństwa, ale i piękne chwile, triumfy tak zwanego humanizmu. Tym kimś jest dla mnie Marina Ginestà i Coloma.

Kiedy w Hiszpanii wybucha wojna domowa Marina Ginestà ma siedemnaście lat. 18 lipca 1936 roku wieści o zbrojnym powstaniu frankistów docierają do Barcelony. Marina jest przekonana, że celem przewrotu wojskowego jest jedynie zatrzymanie Olimpiady Ludowej, która miała odbyć się w Barcelonie w proteście przeciwko Igrzyskom w nazistowskim Berlinie. Zarówno ona jak i jej zaangażowani ideologicznie towarzysze ze Zjednoczonej Młodzieży Socjalistycznej (Juventudes Socialistas Unificadas) nie podejrzewają, że jest to początek krwawej wojny, która będzie trwać aż trzy lata i zakończy się całkowitą klęską Republiki.

Marina zaczyna pracować jako reporterka oraz tłumaczka dla Michaiła Kolcowa, korespondenta radzieckiej „Prawdy”. 21 lipca, dziwnym zrządzeniem losu, w Barcelonie przebywa meksykańsko-niemiecki fotograf Juan Guzmán (właściwie Hans Gutmann Guster). Guzmán zaraz po wybuchu wojny dołączył do Brygad Międzynarodowych, a niedługo później przyjął hiszpańskie obywatelstwo. W ciągu całego konfliktu zrobił ponad 1300 zdjęć, a jedno z nich stało się legendarne. To zdjęcie przedstawiające Ginestę na tle Barcelony, zrobione na dachu hotelu Colón. Ciekawe, że Guzmán pochodził z niemieckiej Kolonii. Ale to tylko przypadkowa zbieżność brzmień.

W Colón zorganizowano kwaterę główną komunistycznej i socjalistycznej młodzieży. Mówi się, że Ginestà podczas wojny dzierżyła broń tylko ten jeden raz – pozując do zdjęcia. Nie ma jednak na to wystarczających dowodów. Z pewnością nie była żołnierką w ścisłym znaczeniu tego słowa – pracowała głównie jako tłumaczka (pomagała wspomnianemu już Kolcowowi przeprowadzać wywiady z liderami ugrupowań anarchistycznych) i dziennikarka dla kilku republikańskich periodyków. Pod koniec wojny została poważnie ranna i ewakuowano ją do Montpellier, gdzie przebywała do połowy 1940 roku. Gdy Hitler zajął Francję znów musiała uciekać przed faszyzmem – tym razem na Dominikanę. Nie pozostała tam na długo: niecałe sześć lat później prześladowania reżimu dyktatora Rafaela Trujillo zmusiły ją do powrotu do Europy. W 1952 roku Ginestà poślubiła belgijskiego dyplomatę i wróciła do Barcelony. Na początku lat siedemdziesiątych przeprowadziła się do Paryża, w którym mieszkała do końca życia.

Marina Ginestà zmarła 6 stycznia 2014 roku przeżywszy 94 lata [1].


II

Fenomen obecności młodych kobiet w lewicowych partyzantkach jest co najmniej zastanawiający. Co miała na celu ta genialna PR-owska zagrywka, oprócz zachęcania nieprzekonanych i wahających się do wstępowania w szeregi ludowych milicji? To oczywiście nie tylko prymitywny gest, pokazanie przeciwnikom języka: mamy piękniejsze i waleczniejsze kobiety niż wy. W istocie, taki obraz niewiast stał w skrajnej opozycji do projektu faszystów, w którym służyły one jako wehikuły do zapładniania, realizując prusko-aryjski model de drei K (Kinder, Küche, Kirche). Wojska nazistów miały czelność odwoływać się do mitologii germańskiej i nordyckiej, podczas gdy ich walkirie mogły co najwyżej znosić rannych i zabitych z pola bitwy (bynajmniej nie do Walhalli). Tymczasem walkirie lewicy owych martwych im dostarczały.

Ale za tym zagraniem kryje się jeszcze coś. Można to interpretować jako wcielanie w życie lewicowych ideałów o emancypacji – faszyzm jest wrogiem tak straszliwym, że mężczyźni i kobiety stają ramię w ramię, w jednym szeregu, by zgładzić bestię zanim podniesie kaprawy łeb. Wielu zdążyło już zapomnieć o dziewicy orleańskiej, trzeba było zatem odkurzyć stary mit, przekuć zahartowaną stal w zwycięstwo propagandy. Oto nowa kobieta na miarę XX wieku, najpierw skróciła kieckę przy fabrycznej taśmie produkującej broń, potem włożyła spodnie, wreszcie stała się tej broni użytkownikiem i przedłużeniem. Lewicowcy zdawali się w ten sposób mówić: nasze armie są bardziej ludzkie (choć „ludzka armia” czy „humanitarna wojna” to stwierdzenia radykalnie oksymoroniczne), są z nami kobiety, które potrafią być matkami, żonami, namiętnymi kochankami, ale gdy zachodzi potrzeba zmieniają się w zdeterminowane zabójczynie. Żywią i bronią, gotowe paść w obronie domu, ojczyzny, idei. Słowa „Międzynarodówki” wspominają co prawda o związku bratnim, nie siostrzanym, ale czy to ważne?

Przypadków kobiet niezłomnych, walczących, mamy w historii o wiele więcej. Wystarczy przypomnieć Kozarčankę – bohaterkę kolejnej słynnej fotografii autorstwa Žorža Skrigina. Milja Marin, bo tak naprawdę miała na imię dziewczyna, była partyzantką – a jakże – komunistycznego ruchu oporu w okupowanej Jugosławii. Podobnie jak w przypadku Ginesty, na zdjęciu uśmiecha się do nas młoda dziewczyna z karabinem przewieszonym przez ramię, nosząca słynną czapkę „titowkę”, co nadaje jej bardziej wschodniego, słowiańskiego sznytu. Jej koleżanką po fachu była Marija Bursać, bośniacka Serbka, która zmarła w wyniku ran odniesionych w walkach o wyzwolenie Belgradu w 1944 roku. Stała się prawdziwą ikoną wojującego socjalizmu i symbolem jugosłowiańskiej historii, żywym aż do rozpadu kraju. Była bohaterką wierszy, jej twarz pojawiła się na znaczkach pocztowych i w komiksach. Inny przykład? Słynna radziecka snajperka Ludmiła „Niezłomna” Pawliczenko – znajdziemy tysiące kobiet-żołnierek we wszystkich rodzajach radzieckich wojsk. To nie tylko przykład kolejnego etapu emancypacji, aktualizacji mitu o Dziewicy Orleańskiej czy Dziewicy-Bohaterze, ale także wyraźny przykład zmiany podejścia i znaczenia kategorii kobiecości i męskości. Wrażliwość, zmysłowość, cielesność kojarzące się ze zniewieścieniem, dostają do ręki żywe kontrargumenty pokazujące, że kobiety są równie heroiczne, waleczne i zdolne do prowadzenia żołnierskiego życia jak mężczyźni. Tymczasem stereotypowa, radykalna męskość zostaje skompromitowana przez faszyzm, w którym staje się parodią samej siebie, czymś aseksualnym, skrajnie szowinistycznym lub nawet budzącym skojarzenia homoerotyczne, co opisał już Klaus Theweleit w Męskich fantazjach z 1977 roku [2].

Milja Marin, Marija, Marina – czyżby kolejna przypadkowa zbieżność nazw, postaw i idei? Oczywiście, ale coś dziwnego w człowieku chce wierzyć, że wszystko to układa się w zgrabną całość i tę samą partyzancką opowieść.


III

Gioconda przy Gineście staje się właśnie skompromitowanym pierwszoplanowym aktorem sztuki, bijącej frekwencyjne rekordy. Życie po raz kolejny wyprzedziło artyzm.

Ginestà nieustannie robi na mnie piorunujące wrażenie, ale nie chodzi jedynie o szelmowski uśmiech, bijącą od niej nonszalancję, charyzmę i pewność siebie, o cudownie zmrużone oczy, piękno kadru i roztaczającej się w tle Barcelony. To zdjęcie jest także przyczyną dreszczyku, frapującego i jednocześnie trwożącego. Jawi się jako modelowy przykład estetyzacji wojny, triumf konserwatywnego modernizmu, mówiący obserwatorom, uczestnikom spektaklu: walka jest piękna, dobra, wzniosła i godna, podobnie jak śmierć i ideały, jak ofiara i braterstwo broni. To zdjęcie skłania nieprzekonanych do chwycenia za broń i do wzruszenia – tym bardziej kiczowatego i niebezpiecznego, uczuć z gatunku guilty pleasure, gdy ma się świadomość, co za tym wzruszeniem stoi. Dziesiątki lat propagandy nie były w stanie wypromować „socjalizmu z ludzką twarzą”. Tymczasem okazało się, że socjalizm pokazał tę twarz w lipcu 1936 roku i dziwnym zbiegiem okoliczności udało się ją uwiecznić na fotografii. Twarz Mariny Ginesty.

Marina oznacza dosłownie Przystań, Port. Może stać się przystanią dla młodych umysłów. Marianna nie wiodła, a zwodziła ludzi na barykady, na rewolucyjne pokuszenie. Marina z kolei uwodzi – co jest dużo skuteczniejsze i zapewne także, niestety, bardziej niebezpieczne. Ginestà z fotografii to postać krzycząca równocześnie ¡No pasarán! i Venceremos (autorem pierwszego z tych haseł jest zresztą kobieta, Dolores Ibárruri Gómez, znana pod pseudonimem „La Pasionaria” – jedna z niewielu kobiet-sekretarzy w historii partii komunistycznych). Patrzenie na nią przypomina mi sytuację z filmu Zdjęcie Krzysztofa Kieślowskiego. Reżyser poszukuje dwóch chłopców z tytułowego zdjęcia: kilkuletnich, uzbrojonych i przebranych przez polskie oddziały, pozujących na podwórku kamienicy na Pradze, zaraz po opuszczeniu Warszawy przez Niemców w 1944 roku. Powojenni mieszkańcy budynku, którzy obserwują fotografię, nie są w stanie powiedzieć niczego konkretnego o chłopcach, ale z czasem zaczynają zauważać swoje rodziny, sąsiadów, przypominają sobie własne wojenne losy i popadają w coraz większe dygresje, zapominając zupełnie o bohaterach zdjęcia. Podobnie w przypadku Ginesty – obserwator może ujrzeć w tym wizerunku siebie, pomimo tego, że widnieje na nim jedynie postać partyzantki i panorama Barcelony, wydaje się, że niemal wyludnionej. Wpatrywanie się w tę fotografię może pobudzić pokłady empatii i pozwolić nam zrozumieć, przynajmniej częściowo, że młodość w tamtych czasach znaczona była krwią, radykalizmem i poświęceniem. Przypomina, jak bardzo ówczesna rzeczywistość różniła się od naszej, że z pozoru sielankowa atmosfera skąpanego w słońcu miasta i portret uśmiechniętej dziewczyny, siedemnastolatki, która sięgnęła po broń w imię idei, wielkiej narracji, podszyte są terrorem i grozą straszliwej wojny domowej, i mogą zadziałać dobitniej niż setki picassowskich Guernik.

Wyobrażam sobie, że spotkała się z Hemingwayem i Orwellem, że byli oszołomieni jej urodą i w zimne noce tańczyli przy ognisku z pozostałymi brygadierami, wznosząc okrzyki na cześć Mariny i śpiewając pieśni partyzanckie. Poprzysięgli sobie opisać te chwile i tę dziewczynę, ale Orwellowi przeszkodziła choroba, a stary Ernest, wciąż porażony postacią Ginesty, nie potrafił w żaden sposób przelać tamtych impresji na papier. Zrezygnowany postrzelił się w głowę. Tak oczywiście nie było. Ale mogło być.

Hemingway chciał pisać tak, jak malował Cézanne, Max Blecher pragnął w swojej prozie dorównać szaleństwu obrazów Dalego, a ja myślę nieraz, że chciałbym pisać w sposób, w jaki Hans Gutmann uwiecznił Marinę Ginestę na tle Barcelony.

 

Przypisy:
1. http://codziennikfeministyczny.pl/zmarla-marina-ginesta/ [dostęp 02.07.2017]
2. Zob. K. Theweleit, Męskie fantazje, przeł. M. Falkowski, M. Herer, Warszawa 2016.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.