LESZEK JODLIŃSKI rocznik 67. Historyk sztuki, menedżer kultury; w latach 2003-2008 dyrektor Muzeum w Gliwicach, w latach 2008-2013 dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach; dyrektor Roku Polskiego w Austrii 2002-2003; wykładowca na Uniwersytecie Śląskim i Jagiellońskim z zakresu muzeologii; autor książek i licznych artykułów z zakresu historii sztuki (architektura ekspresjonistyczna XX wieku), historii Górnego Śląska, Europy Środkowej, stypendysta uniwersytetów w Amsterdamie, Heidelbergu i Tokio; animator projektów z dziedziny fotografii (publikacje, wystawy) i projektów popularyzacji dziedzictwa (w tym dla osób niewidomych); Od III 2014 r. do VI 2015 r. zatrudniony w Muzeum Śląskim w Opawie. Konsultant ds. muzeów. Obecnie dyrektor Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Strona autorska:
http://jodlowanie.pl/


 

(No) Better Place

Parking koło jednego z hoteli. Niemal pusty. Jeden, dwa samochody. I napis: Better place, który dla niewtajemniczonych jest przywołaniem historii izraelskiego start-upu, który miał zelektryfikować motoryzację kraju. Dobry początek do pytania o to, gdzie i czy w ogóle jest better place do życia, inne niż to w Izraelu?

Pisanie o Izraelu jest trudne dla kogoś, kto przybywa tam nie po raz pierwszy, ale nadal na zbyt krótki czas, by wyrobić sobie własne zdanie. Wejść w to, co wokół, zapomnieć o tym, co się wie i po prostu obserwować i słuchać. W jakimś sensie wydrzeć z pamięci to, co jest historią Izraela i wiedzą o historii Żydów europejskich. Wydaje mi się, że perspektywa pamiętania nie pomaga. Komplikuje powstanie kilkudziesięciu zdań eseju o miejscu i ludziach. Pamięć (nabyta) utrudnia tutaj znajdowanie równowagi między współodczuwaniem, współczuciem (trudno jest uciec od pamięci o Holokauście), a tym, jaki jest współczesny Izrael.


Better place, Tel Awiw, Izrael (foto: Leszek Jodliński)

Trudność relacji i pamiętania odnajduję już na telawiwskiej ulicy Króla Jerzego, gdy z radością zaglądam do księgarni, na wystawie której widać mapy Palestyny z początku XX wieku i te starsze – osiemnasto  i – dwudziestowieczne. Dostrzegam też jakieś książki po niemiecku. Na szyldzie widnieje, znane mi z książki telefonicznej Amsterdamu, nazwisko Pollack, dające nadzieję na spotkanie z kimś z Europy Środkowo-Wschodniej. Pollack jest dzisiaj kobietą w średnim, zaawansowanym wieku i pytana o mapy Śląska w jednym zdaniu informuje mnie, że nie ma takich obecnie i prowadzi księgarnię po ojcu, który wyemigrował z Olkusza. Tyle. To wyczerpuje potencjał rozmowy. W jakimś sensie wiemy o tym natychmiast. Przeszłość z kimś stamtąd, ze Śląska (w miejsce „Śląsk” pada bliższe jej „Schlesien”) nie jest tematem.

Nie trzeba zresztą wyjeżdżać do Izraela, by przekonać się, ze kolejne alije (fale migracji do Izraela) zmiotły z powierzchni pamięć o migrantach z Polski, Niemiec, z Europy. A nie mówimy o małej imigracji. Tylko między rokiem 1945 a 1951 przybyło do Palestyny i Izraela 750 000 Żydów, głównie z terenów Niemiec, Polski, sowieckiej Rosji i innych zrujnowanych państw Europy. Teraz jest alija z Rosji i ta bierze wszystko.

Tak zresztą było od początku istnienia państwa Izrael. Przeszłość jest przechowywana jedynie we wspomnieniach tych, którzy w metrykach mają miejsce urodzenia poza Izraelem. Potem niemal natychmiast jest gubiona i wymazywana. Przekonać się o tym można czytając wspomnienia Aharona Appelfelda, wybitnego prozaika (niestety niedocenianego w Polsce i mało tłumaczonego), urodzonego w Czerniowcach czy oglądając w Yad Vashem finał wystawy stałej. Jej kulminacją jest historia aliji po 1945 roku i losy sierot i półsierot ratowanych przez Agencję Żydowską na gruzach powojennej Europy i przybywających do tworzącego się Izraela.

Wymazywanie ich starej tożsamości i zastępowanie nową – izraelską. Zmiana nazwisk, imion i tego wszystkiego, co pozwalałoby zachować tamto, dotknięte Holokaustem, „ja”. Appelfeld, kiedyś Ervin, opowiada w książce Ari Shavita (My Promised Land, 2015) jak sam ze sobą toczył walkę o zachowanie pamięci imion członków rodziny, miejsc ich urodzin i życia przed Holokaustem. Ten proces homogenizowania i upaństwowienia biografii Żydów europejskich pozbawił ich tej dawnej części dziedzictwa. Ale może tylko tak właśnie można budować better place?

Odchodzenie od swoich europejskich korzeni, od pamięci w ogóle, widać nawet w tak mało spektakularnej formie, jak na licytacjach portalu e-Bay. Co jakiś czas pojawiają się tam zdjęcia i inne pamiątki z pionierskich lat budowy moszaw i kibuców. Nikomu niepotrzebne, osierocone przez dziadków i pradziadków, wyprzedawane przez wnuki. Ale jak każdy obraz, ten również ma swoje różne odcienie. Gospodarze, u których jestem i rozmawiamy o tym, co było i jaki jest Izrael dzisiaj, mają kilka mebli, na których można odnaleźć poruszające (moją) wyobraźnię i serce plakietki warsztatów meblarskich Berlina, Breslau czy Beuthen. Uczę się, że prywatność po izraelsku oznacza noszenie jej głęboko i poza wzrokiem najbliższych. Może nawet długie skrywanie jej przed sobą samym?

Wiedząc to, patrzę na młodych ludzi i nie mogę uciec od wrażenia, że budowanie jednej tożsamości jest podwójnie niebezpieczne. Jest jakimś masowym wypieraniem (pamięci, wspomnień, emocji) i zubaża. Oczywiście wiem, że czasami to jedyna droga, by jakoś funkcjonować, nie nosić w sobie goryczy i nienawiści – do oprawców, do okazanej obojętności.


Pamięć (foto: Leszek Jodliński)

Wiem, że ten proces ma i tutaj swoją cenę. Jest nią wycofania się z życia społecznego i publicznego zwłaszcza młodych ludzi, którzy nie odnajdują się w tym procesie formatowania do jednego wzorca. Spotykam takich. Są nieszczęśliwi i rozpięci między krajami ich narodzin, a tym, co oferuje im nowa tożsamość Izraelczyka. Traumy te pojawiają się wraz z kolejnymi falami imigracji.

Kierowca taksówki Nissim, gdy odwozi mnie na lotnisko Ben Guriona, mówi o tym, jak bardzo Żydzi i Polacy są do siebie podobni. Jak różnią się od Amerykanów, Europejczyków w ich skostniałym podejściu do prawa, do zasad. Nieuwzględnianiem tego, że życie wymaga czegoś, co jest bardziej postawą niż doktryną.

Po drodze mijają nas kolejne elektryczne… rowery. No better place to live, pomyślałem. Cóż z tego, że nie samochód, a tylko rower? Jeździ? Jeździ. Daje nadzieję na lepsze jutro? Daje. Choć mniejszą. Chwila zatrzymania na posterunku przed wjazdem na teren lotniska. Żołnierz omiata wzrokiem naszą taksówkę. Wymienia kilka zdań z kierowcą i jedziemy dalej. Co powiedział? – pytam. Chciał wiedzieć, kogo wiozę. Powiedziałem, że jest pan ok. Jestem ok – dotarło do mnie. Chyba nie może być better place, by to usłyszeć.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.