MAGDA HARMON kolekcjonuje to, co ułomne i nikomu niepotrzebne. Jej specjalnością jest zgłębianie teorii wyssanych z palca i podróżowanie po krętych odnogach świadomości. Urodzona i duchowo ukształtowana na Dolnym Śląsku. Skończyła niemcoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim oraz psychologię na University of East London. Pracuje z bezdomnymi, cierpi na nerwicę i coś tam pisze.

 
 

Prawa Półkula*
 

Czasem budzę się w środku nocy, schodzę na dół i zanurzam się w srebrnej tafli Jeziora. Kładę się na wodzie wśród wodnych lilii, ktoś głaszcze mnie po włosach, a ktoś inny mruczy do ucha rosyjskie kołysanki. Zasypiam ponownie, lecz tym razem śnię o poniemieckich kamienicach i wieżach kościołów nad rzeką. Albo o tym, że jadę metrem do pracy i czytam gazetę.

Spotykam go zwykle w Victoria Park, gdy wracam na boso różowym świtem: siedzi na brzegu i patrzy w wodę. Sama nie pojmuję, dlaczego tak uwielbiam go drażnić. Zaczajam się za akacją i rzucam w jego stronę kamyki i patyczki, które mącą wodę. Najpierw małe, potem coraz większe, aż biedak zupełnie traci głowę. Za każdym razem żywię nadzieję, że w końcu się wkurzy, porzuci swoje odbicie i zapyta, po co to właściwie robię. No i ja mu wtedy powiem. Wołam go nawet po imieniu, tymczasem on, głupi, myśli, że to Echo i jeszcze raz skrzętnie przeczesuje lśniące pukle, jeszcze raz desperacko przygładza nieskazitelnie martwą twarz. Nie przychodzi mu wcale do głowy, że to wszystko przez moje wybryki i że czesanie włosów niczego tutaj nie zmieni. Po raz kolejny robi mi się smutno. Zostaw go. Wiesz przecież, że on sie nigdy nie zmieni, mówi Pan Faun. Ma rację: taki właśnie jest Narcyz.

Na Prawej Półkuli panuje zupełnie odmienny klimat. Mieszkają tu też nieco inni ludzie i zwierzęta (w tym fauny i nimfy). Poza tym można powiedzie, że żyje się tu całkiem normalnie. Ze starych nawyków pozostało oczekiwanie na list – na zwykłą, białą kopertę z tym jednym, jedynym, pragmatycznym do bólu zdaniem napisanym arialem w rozmiarze 12. Czasem też wciąż się jeszcze dokądś śpieszymy – sami już nawet nie wiemy dokąd i chyba tylko po to, żeby dokona pewnego smutnego odkrycia: kierowca autobusu, na który i tak już nie zdążymy, ma oczy zupełnie zarośnięte bielmem. A poza tym, to w gorące popołudnia siedzimy zwykle na gałęziach, zrywamy orzechy, potem wyłuskujemy je ze skorupek, obieramy z drżących skórek i zjadamy słodką, chrupiącą tajemnicę wczesnej jesieni. Zostają nam po tym wszystkim czarne jak od atramentu palce. Wieczorami natomiast wyjmujemy z pieca gorące, pachnące bochny i, patrząc w niebo, jemy grube kromki posmarowane masłem i lepką konfiturą z fig.

Około północy zarzucam bawełnianą tunikę, lekko podkreślam oczy i starannie rozczesuję włosy. Wychodzimy w noc. Ach, jakże oni lubią, gdy ich odwiedzamy! Bo wiecie - oni żyją i mają się dobrze. Po prostu przeprowadzili się tutaj, na naszą Prawą Półkulę, i czują się nieco samotni. Słyszałam, że do wieżowca na przeciwko wprowadził się niedawno J.M.W.Turner. Mówią, że wygrał kontrakt na najbliższych kilka lat i będzie nam malował niebo przed burzą o różowawym, prześwietlonym zmierzchu. Podobno można go tu spotka ze sztalugami, rozcieńczającego akwarele wodą z Jeziora.

Wiemy też, że w penthousach po drugiej stronie Jeziora mają szklane laboratoria Szostakowicz, Prokofiew, Waterhouse i Cortazar. Wpadamy do nich, żeby po raz kolejny wysłucha opowieści o seksownych i bezdusznych heroinach ich życia i wypił filiżankę herbaty. O świcie zaś zachodzimy do Brunona. To on właśnie powiedział nam o ślepym kierowcy autobusu i o kataryniarzu ze sztuczną małpą siedzącą mu na ramieniu. Facet grał dziś na festynie w parku, a Bruno był przekonany, że to Franz Josef. Potem jednak okazało się, że to niemożliwe, bo gość nie znał ani słowa po niemiecku. Tymczasem Immo uważa, że w gruncie rzeczy nikt nie wie, kim naprawdę był Franz Josef.

Rano zaś przed zamkniętym jeszcze pubem Prince Edward widzę rozsypane na chodniku perły. Sztuczne, rzecz jasna. Wyobrażam sobie, że zeszłej nocy miała tu miejsce scena rodzajowa. Ona pijana, szlochająca, w różowych klapkach na koturnach. On pod wpływem Special Brew, łysiejący, w koszulce West Ham United FC. W przypływie nagłej zazdrości ciągnie ją za dekolt, wykrzykuje inwektywy (you Eastern European bitch) i straszy wybiciem zębów. Ona wygina się w klapkach, próbuje łapać pion. On nie poluźnia uchwytu, też szlocha, mamrocze przekleństwa. I nagle, trach! Poooo-szły perły po betonie. On pada na kolana, wśród pereł. Ona szuka w torebce komórki, żeby zadzwonić po taksówkę. Różowe klapki majaczą w ciemności. Księżyc chowa się za chmurę. Więcej scenek, prawdziwych i wymyślonych, nie było. Aż do samej apteki. Tam zaś panna Słowianka z ublondowaną koafiurą obsługuje mnie jak należy: przyjmuje receptę z uśmiechem Heleny Vondráčkovej i dziarskim okrzykiem w stronę zaplecza: one waiting! Po zapakowaniu podwójnej dawki mojego tegoż, bierze ode mnie kartę i odpala terminal płatniczy różowym, plastikowym krogulcem. I wtedy już prawie jestem pewna. Przebijam wzrokiem szklany kontuar, zza którego panna Słowianka obsługuje i co widzę? Różowe klapki na koturnie! To ona! To musi być ona! Moja heroina sprzed pubu Prince Edward! Chcę ją wyściskać i wykrzyknąć: Tak się cieszę, że cię zidentyfikowałam po tym krogulcu i klapku różowym! Tak mi przykro z powodu naszyjnika z Jablonexu! Ale ona już pazurami różowymi swoimi zwraca mi kartę VISA i jak Helena Vondráčková na estradzie Eurowizji wygina swój uśmiech perlisty w stronę kolejnego klienta.

Popołudnia na Prawej Półkuli są często postrzępione wiatrem i łopotem skrzydeł. Siedzimy nad Kanałem i machamy nogami. Mewy skrzeczą niemiłosiernie i ćwiczą naloty dywanowe na spienioną przez barki rzeczne wodę. Patrzę, jak ich cielska przesuwają się powoli i wyobrażam sobie, że są żarłoczne bestie wygrzewające się w słońcu. Jakby nie patrzeć, Ulica Krokodyli, myślę. Ale jakże inna. Nagle jeden z tych krokodyli zwalnia i zatrzymuje się obok nas. Z okrągłego okienka wychyla się łysy facet z wesołymi ognikami w oczach. Pozdrawia nas ruchem ręki i woła, Hej dziewczyny! Zgubiłyście się może? Wsiadajcie - podrzucę Was! – niemiecki akcent w głosie wybija mnie zupełnie z kontemplacji. Ej, nie! Dzięki! – próbuję przekrzyczeć mewy. Odpoczywamy sobie tutaj trochę, bo wędrowałyśmy cały dzień. To raczej Ty wyglądasz na nieco zagubionego... Czy aby na pewno wiesz, dokąd zmierzasz? – pytam ze śmiechem. Ha! Trudno byłoby mi się tu zgubi, nieprawdaż? W końcu są tylko dwie możliwości: płynąć do przodu albo się cofa – śmieje się perliście i mruga do nas porozumiewawczo. Zauważam wtedy, że ma bardzo piękną, znajomą mi skądś doskonale twarz. Gadamy jeszcze chwilę o pogodzie i o tym, że wiatr ze Wschodu przyniesie obfite deszcze. W końcu – Goodbye, Aufwiedersehen i patrzymy, jak 'La Mystique' oddala się, robi się coraz mniejsza i mniejsza, aż wreszcie znika zupełnie gdzieś za kominami starej elektrociepłowni. Dojdziemy tam, zanim się ściemni. Taa... Plynąć do przodu albo się cofa. Wiatr nieludzko targa moje włosy. 
 

*Chodzi tu o Wschodni Londyn, który, podobnie jak prawa półkula mózgu, jest obszarem produkującym energie napędzające muzykę i sztukę, pobudzającym intuicję i wyobraźnię oraz wszelkiego rodzaju wrażliwość.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.