EWA FRĄCZEK – Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.

 

 
 

Zdrowie psychiczne jako dramat racjonalisty,
czyli między doktorem Freudem a doktorem Franklem różnicy brak
 

Zaczyna się zawsze od olśnienia: odkrycia, że stany depresyjne są integralną częścią człowieka inteligentnego i zaangażowanego. Że byłoby dziwne, gdyby nie bał się najbliższej przyszłości ktoś obserwujący rzeczywistość, znający historię i charakteryzujący się przeciętną choćby empatią. Ale najgorsze jest to, gdy nieoszukujący siebie racjonalista postanawia sobie pomóc. Bo szybko okazuje się, że ten pomocy nie otrzyma od nikogo. Z doktorem Viktorem Franklem na czele.

Dlaczego akurat Frankl został wzięty na warsztat – o tym za chwilę. Najpierw o kilku scenkach z życia wziętych, które mnie zainspirowały do sięgnięcia po książkę Człowiek w poszukiwaniu sensu, a dopiero potem o tym, co z tego wynikło.

Siedzieliśmy we troje i K. powiedziała, że jej znajomy wybrał się na wędrówkę samotną wokół Polski, pieszo. I że wprawdzie nie zrealizował planu, ale poznając ludzi, kontemplując człowieczy los i takie tam, dużo doświadczał podczas wyprawy doznań psychicznych. „Duchowych” poprawiliśmy K. jednocześnie, ja i kolega. Co za różnica, burknęła K., ważne, że doznał. Od tamtej pory zastanawiałam się jednak, skąd ta pewność, że akurat sfera ducha a nie psychiki przyszła mi do głowy z automatu, i czy ta pewność nie jest przypadkiem ułudą. Odpowiedzi na te pytania nie uzyskałam, ale niedługo potem wdałam się w dyskusję z M., na temat terapii. Wyraziłam szereg swoich wątpliwości co do sensu tego rodzaju zabiegów, nie kwestionując przy tym metod pomagających osiągnąć równowagę psychiczną, ale właśnie ich niemożność „dotarcia do ducha”. Bo ja przecież nie na psychikę jestem chora, tylko na ducha właśnie.

Wyjaśniam, bom zamotała gorzej niż współczesny poeta: metody terapeutyczne, różnego rodzaju, na pewno uczą żyć ze sobą, eliminują fobie, dają do myślenia, obdarowują pacjenta narzędziami pozwalającymi mu funkcjonować – przynajmniej jako tako – w społeczeństwie. Ale nie pomogą na bolączki pod tytułem: świat jest zły, a życie nie ma sensu. Na głębokie przekonanie o tym, że istnienie nie jest żadną wartością, a fakt wypuszczenia nas na świat jest równoznaczny z napotkaniem na swojej drodze pasma zmagań nie wiadomo o co i (w kontekście śmiertelności) po co. Bo na takie bóle brzucha to idzie się do duchownego, ale gorzej, jak nie pozwala na to głęboki, integralny z każdym elementem ciała racjonalizm. I kiedy sypnęłam tymi wątpliwościami, M. poleciła mi Frankla i wymyśloną przezeń logoterapię, tj. terapię sensem. Książkę będącą credo tej teorii kupiłam zatem i... utwierdziłam się w przekonaniu, że na drzewach zamiast liści będą wisieć racjonaliści.

„Głównym zadaniem logoterapii jest pomoc pacjentowi w odnalezieniu sensu życia. Jest ona procesem analitycznym, jako że uświadamia człowiekowi ukryty logos jego egzystencji”, wyjaśnia autor. Frankl słusznie zauważa następnie, że człowieka nie da się zredukować do jego popędów (jak u Freuda) i w tym sensie eliminacja źródeł fobii lub uzmysłowienie sobie faktycznego pragnienia i jego realizacja, da nam niewiele. Szkoda tylko, że przepraszam, ale w zamian twórca logoterapii nie oferuje... nic. A dodatkowo historyjki, które opowiada (przypadki swoich pacjentów), są lekko krępujące dla czytelnika. Wszystkie opierają się na schemacie: wiele lat ktoś zmagał się z czymś tam i leczył inną metodą albo się nie leczył, przyszedł do mnie i ja mu powiedziałem (tu pada błyskotliwa kwestia doktora) i po kilku tygodniach ten ktoś odzyskał spokój i przyszedł mi podziękować. Tego rodzaju historyjek było z pięć, wszystkie niewiarygodne, albo dotyczące ludzi, którzy chyba nie potrafią w ogóle samodzielnie myśleć, skoro sobie pewnych rzeczy nie wyjaśnili za pomocą monologu. Aby nie być gołosłowną: mężczyzna cierpiał na depresję po śmierci żony, doktor Frankl spytał go, co by było, gdyby ona umarła pierwsza, a na to pacjent, że by cierpiała i... (olśnienie), jak to dobrze, że umarła pierwsza i tak nie cierpi i doktorze, dziękuję. No comment, zła reklama dla terapii i szeroko pojętej psychologii odcinek setny. Cały czas przychodził mi do głowy doskonały Big Zbig Szoł i kwestia Wojciecha Manna: „Pewnemu żołnierzowi zacięła się broń. Nie załamał się. Zaśpiewał. Po chwili broń działała znowu”.

Ale dobrze, bo tu się czepiam sposobu pisania, a to o dramacie depresyjnego racjonalisty ma być. Że mu nie pomoże logoterapia. Bo, pomijając kwestie narracji w książce, terapia sensem to też swoiste oszustwo. Po pierwsze dlatego, że wielokrotnie pojawia się w artykułach jej dotyczących założenie, że tragedią jest, gdy człowiek nie ma po co żyć. Frankl znał to z doświadczeń z obozu koncentracyjnego, wiedział, że ten więzień, który utracił brak celu w dalszym funkcjonowaniu od razu prawie umierał. Ok. Rozumiem. I zgadzam się: gdy nie ma się po co żyć, jest to tragiczne. Ale nic nadal nie tłumaczy, DLACZEGO niby wartościowy jest fakt istnienia? Co leży u źródeł założenia, że NALEŻY znaleźć sens? Bo wygląda na to, że założone jest w domyśle, iż życie jest na tyle ważne, że można sobie ten sens nawet wykreować, byleby się go trzymać.

A przecież podłożem logoterapii byłaby wtedy biologia, ewolucyjny pęd do przetrwania.

A przecież właśnie redukcji chciał uniknąć Frankl...

Zupełnie niewyjaśnialne są też stwierdzenia podkreślające, że nie ma czegoś takiego jak jeden sens wspólny każdemu z nas: „Każda sytuacja jest niepowtarzalna i każda wymaga innych reakcji. Czasami okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, wymagają od nas sterowania własnym przeznaczeniem poprzez konkretne działania [...]. Zdarza się też, że człowiek jest zmuszony po prostu zaakceptować wyrok losu i pokorni dźwigać swój krzyż”. But why?! Kto go zmusił? W imię czego?

Odpowiedź jest prosta: doktor Frankl był psychiatrą, ale był też człowiekiem głęboko wierzącym. I nie ma oczywiście powodu, aby uznać to za jakąś wadę, i to u człowieka, który przeżył koszmar. Ale w efekcie całe założenie logoterapii to w gruncie rzeczy założenia ideologiczne, a sformułowania Frankla przypominają chwilami Coelho we własnej osobie („Każdy człowiek ma swoje przeznaczenie czy misję, której celem jest wypełnienie konkretnego zadania. Nikt nas w tym nie wyręczy ani nie zastąpi”). Dlatego na chorobę ducha lekarstwo to to nie jest. Podobnie jak psychoanaliza czy terapia behawioralna. A zatem jak żyć, panie terapeuto, jak żyć? Bo już pytanie "po co?" z szacunku dla bliskich sobie daruję...

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.