LESZEK JODLIŃSKI rocznik 67. Historyk sztuki, menedżer kultury; w latach 2003-2008 dyrektor Muzeum w Gliwicach, w latach 2008-2013 dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach; dyrektor Roku Polskiego w Austrii 2002-2003; wykładowca na Uniwersytecie Śląskim i Jagiellońskim z zakresu muzeologii; autor książek i licznych artykułów z zakresu historii sztuki (architektura ekspresjonistyczna XX wieku), historii Górnego Śląska, Europy Środkowej, stypendysta uniwersytetów w Amsterdamie, Heidelbergu i Tokio; animator projektów z dziedziny fotografii (publikacje, wystawy) i projektów popularyzacji dziedzictwa (w tym dla osób niewidomych); Od III 2014 r. do VI 2015 r. zatrudniony w Muzeum Śląskim w Opawie. Konsultant ds. muzeów. Obecnie dyrektor Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Strona autorska:
http://jodlowanie.pl/


 

(Nie)szczęście świata
 

Szczęście świata

Jestem nieco rozczarowany. Z kilku powodów.

Nie jest nią nieco spowolniona narracja kreśląca atmosferę dusznego lata 1939 roku. W jakimś sensie jest ona bliska opowieściom tkanym w takich filmach Bernardo Bertolucciego jak Pod osłoną nieba (1990), czy w Ukrytych pragnieniach (1996). Patrząc na film Michała Rosy Szczęście świata (2016), powraca do mnie też klimat Kroniki wypadków miłosnych (1986, reż. A. Wajda) według prozy Tadeusza Konwickiego. I teoretycznie wieszczy to dobry początek dla filmu, którego kulminacją scenariuszową jest historia o tym, co przyniesie zmiana, która gdzieś „wisi” w powietrzu. To jednak za mało.

Takie opowiadanie w filmie, wymaga o wiele więcej niż powołanie do życia postaci, które wypełniają kadry. Te są zbyt papierowe, choć mają pasje i namiętności.

Reszta recenzji będzie więc, jak opis filmu, którego nie widziałem, a który mogę sobie wyobrazić patrząc na dzieło Rosy.

Śląsk w 1939 roku

Początkowo uwodzić nas może obraz Górnego Śląska (zawieszony w okolicach Katowic, Chorzowa i Rudy Pawłowice), okresu międzywojnnego i nie dziwi nagroda za scenografię, jaką przyznano filmowi podczas gdyńskiego Festiwalu Filmu Polskiego latem 2016 roku.

Potem jednak owe kulisy to za mało, by wypełnić opowieść emocjami. Uczciwie też wyjawię, że jeśli wcześniej odwoływałem się do dzieł Bertolucciego (w istocie klimatu napięcia, jakie niosą), to właśnie w sferze scenograficznej mam wciąż niedosyt owych obrazów Górnego Śląska. Oglądam ułomki tamtego świata i rozumiem, że budżet na więcej nie pozwalał. Intymizm obrazów we wnętrzach (tu scenografia bardzo staranna, historycznie adekwatna) jest raczej emanacją świata zewnętrznego, którego nie widzimy, a którego zapowiedź niósł film w pierwszych kadrach.


Katowice pod koniec lat trzydziestych 20.wieku z archiwum L.Jodlińskiego

Polak, Niemiec, Żyd(-ówka), no i Ślązak też

Najbardziej jednak dotyka mnie schematyzm postaci, jaki nam film serwuje. I irytuje. Nie wiem, czy opowieść o tym, czym jest sąsiedzka obojętność, wycofanie się w obliczu zagrożenia życia, musi być nakreślona przez tak przewidywalne postaci. Jest w tej grupie też Ślązak. Po prostu. Nie Ślązak-Niemiec, Ślązak- Polak. Ciekawe, odważne, aktualne. Ale odchodzę od głównego wątku.

Jest zatem lekko upadła femme fatale, malowany ptak tej opowieści, jak napisałby (być może) o głównej bohaterce filmu - Róży, Jerzy Kosiński. Róża (i tutaj uderzamy w cała paletę stereotypów i kliszy), Żydówka o płomienistych, rudych włosach, wyraźnie nie pasująca do swoich sąsiadów. Choć może jej i ich ekscentryczność, to coś, co ich łączy.

Róża żyje zatem na pierwszym piętrze owej kamienicy – metaforze, tego czym jest Górny Śląsk w 1939 roku – ów narodowościowy i społeczny przekładaniec. To też Śląsk pozostający w oczekiwaniu na nieunikniony zmierzch Bogów.

Żyje intensywnie (w sferze emocji i doznań) i kocha, pije wino, smakuje życie i jest świadoma tego, że jednych mieszkańców kamienicy fascynuje i pociąga, innych (głównie panie) niepokoi.

To ona uświadamia im potrzebę zatrzymania się w życiu, smakowania go. Podważa matematyczną logikę uporządkowania świata od punktu A do punktu B (w ciekawy sposób, ofiarą i przykładem tego myślenia jest Ślązak, pasjonat matematyki, windziarz ogarnięty pasją docierania do prawd bezwzględnych i policzalnych).

Niesłyszana przez otoczenie (choć podsłuchiwana przez sąsiadów i upajająca ich zapachami swojego ciała i kąpieli, które urządza), bezgłośnie wieszczy kres świata, który znają. Ona i jej sąsiedzi. Choć tylko ona zdaje się wiedzieć, że to świat, który jej nie ocali i w którym po raz ostatni wybrzmią słowa w jidysz. Póki co (jest lato 1939 r.) błądzą jak mowa szaleńców po ścianach mieszkań, nim zamilkną.

Kataklizm nieco zmieni sąsiadów, przesunie na mapie kamienicy, którą zamieszkują. Ją unicestwi.

Pustka, gdy brakuje szczęścia

No i tyle. Sekwencja tego, co dzieje się przed 1939 rokiem, znajduje rozwinięcie w wojennej i powojennej historii tej mikrospołeczności. „Postscriptum” do pierwotnej historii (jest nią swoiste śledztwo dziennikarskie, jakie prowadzi inny z bohaterów filmu).

Tym rozwinięciem obrazów, uczuć i zdarzeń 1939 roku, jest PUSTKA po Róży-Żydówce, a może przede wszystkim Żydówce-Róży. Cięcie. Koniec (filmu, jak lubiła dodawać kinematografia radziecka).

Wiemy, jak Róża znika, „widzimy to obrazami” przywołanymi po latach. Jest rok 1940, kiedy bezskutecznie szuka ratunku wśród sąsiadów. Prosi o obecność, o dobre słowo i towarzyszenie jej w ostatniej drodze. Potem jest gestapo i śmierć.

Żydzi górnośląscy. Historia wciąż nienapisana

Nie po raz pierwszy widzę, oglądając ten film, jak niełatwo jest opowiedzieć historię anonimowych ofiar Holokaustu (na Górnym Śląsku). Historię, tych którzy nagle (?) znikali. O których nikt się nie upomniał. Ktoś zajął ich mieszkanie, ktoś inny nie podał ręki w potrzebie i… był spokój. Do czasu. Taki czas zawsze odżywa, wspomnienia powracają i irytacja, że duchy ofiar Holokaustu nas dopadają. I szczęście świata znika. Czy ten rodzaj współodczuwania niesie z sobą film?

Śmiem i chcę wierzyć, że z podobną myślą, chciał nas zostawić scenarzysta.

Nie wiem, czy historia którą zbudował, jest dość dobrze opowiedziana, byśmy w to wszystko uwierzyli. Podobnie jak w to, że Polak błądzi i nie znajduje szczęścia (romantycznie kochając i nie kochając), Niemiec jest nazistą lub na nazizm skazany, a Ślązak, to istota uwikłana w swoją nieskomplikowaną naturę. Żydówka też została obsadzona stereotypowo, bo i ruda i lekko dekadencka, stanowiąca zakazany owoc dla swoich sezonowych miłośników. Trochę za dużo tych płaskich obrazów, jak na sceny o symbolicznym wymiarze.

Ktoś miał napisać, że film Michała Rosy, to taka polska Amelia (1991, reż. Jean-Pierre Jeunet). No nie wiem. Amelia była filmową bajką o tym, co nazwałbym wartościami, które nas konstytuują. Czynią i przywracają w nas człowieka. „Szczęście świata” to raczej opis świata, w których tych wartości nagle zabrakło.

Zatem antybajka? Może dlatego postaci też nieco mniej atrakcyjne, z grubsza skreślone? Film pozostanie, wyznaczy drogę lepszym? Może. Oby.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.