BEATA ZDZIARSKA – gdańszczanka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, uczy języka angielskiego w szkole średniej. Pasjonatka podróży, gór i różnic kulturowych. Współpracowała z lokalnym czasopismem „Pomerania”. We wrześniu 2016 roku wydała debiutancką powieść Zagubiony szlak.

Foto: Andrzej Ciuraszkiewicz

 
 

On
 

Każdego dnia życie potrafi zaskoczyć. Jest mistrzem w przynoszeniu niespodziewanych wydarzeń, zwrotów akcji, przesileń. Każdego dnia nie przestaje mnie zadziwiać.
Pewnego razu dowiedziałem się, że mam raka. Z początku nie dowierzałem, bo przecież nigdy, nawet w najskrytszych myślach, nie przyszło mi do głowy, że może mnie to spotkać. Zachorować mógł sąsiad z naprzeciwka, kolega z podstawówki, człowiek mijany na ulicy. Ale ja? Skądże! Ja i rak? Śmieszne doprawdy. Dbam o swoje ciało i ducha. Trzymam się wszystkich parametrów wyznaczających zdrowy tryb życia, nie palę, nie piję, zdrowo się odżywiam, biorę suplementy i minerały. Staram się wysypiać, biegam, chodzę na siłownię i basen. Nie jestem genetycznie obciążony, a więc statystycznie rzecz biorąc (znienawidziłem słowo „statystycznie”) nie powinno mi się to przytrafić. Nie powinno, co nie znaczy, że nie może. Każdego dnia życie potrafi zaskoczyć. Niekoniecznie w miły sposób.

Nazywam się Jan Kowalski. Mam trzydzieści kilka lat i kocham życie. Czego najbardziej się obawiam? Chyba odpowiedzialności za drugą osobę. Być z kimś przez całe życie aż do śmierci bez względu na okoliczności? Wydaje mi się, że moja świadomość nie udźwignęłaby takiego ciężaru. To byłoby zbyt duże wyzwanie. Boję się też biedy. Często widzę, jak w sklepach ludzie wysupłują grosze, żeby wydać złotówkę. Wtedy wzdrygam się na samą myśl, że coś takiego mogłoby mnie spotkać. JEGO nigdy się nie bałem, bo jak można bać się kogoś, kogo nie traktuje się poważnie?
Nazywam się Jan Kowalski. Jestem singlem, ale mam mnóstwo znajomych. Rozmawiamy na facebooku albo przez telefon. Czasem spotykamy się poza światem wirtualnym. W moim życiu zawsze coś się działo, nigdy nie miałem czasu na nudę. Kręgle, góry, plażowanie nad ciepłym morzem. Chłonąłem życie jak gąbka wodę.

To było zupełnie zaskoczenie, bo nic nie wskazywało na JEGO istnienie. Czułem się dobrze, nic mnie nie bolało. Jak co roku poszedłem do przychodni zrobić rutynowe badania.. I wtedy…
- Co niedobrego się z panem dzieje. – usłyszałem.
- Jak to?
- Nie chciałbym pana martwić, ale te wyniki nie wyglądają dobrze.
- Co pan ma na myśli, doktorze?
Mężczyzna westchnął głęboko. – Na razie niczego nie przesądzam, ale…
- Ale co? – zaniepokoiłem się.
- Hm, To może być coś poważnego.
- Czyli co?
- Podejrzewam białaczkę.
- Białaczkę?! – krzyknąłem, zrywając się z krzesła.
Skinął głową. - Tak. Rak krwi. Ale to tylko przypuszczenie. Potrzebujemy więcej badań, żeby uzyskać pełny obraz sytuacji.
- Niemożliwe. – Energicznie zaprzeczyłem. - To jakaś pomyłka. To musi być jakaś absurdalna pomyłka!
- Dlaczego uważa pan, że jest to niemożliwe?
Przełknąłem ślinę i odparłem, ściszając głos. - Bo kocham życie.
Lekarz uśmiechnął się smutno. – ON też kocha życie. W cudzym ciele.
Po chwili dodał. – Będziemy musieli zrobić dodatkowe testy. Muszę mieć pewność.
Cały następny dzień spędziłem w domu. Sam. Tylko ja i mój lęk. Nie włączałem komputera, nie odbierałem telefonu. Oswajałem swój strach. Szło mi kiepsko. Strach rozrastał się w moim wnętrzu w zastraszającym tempie i wtedy uświadomiłem sobie, że dłużej tak nie dam rady, że muszę z kimś o tym porozmawiać. Zanim zdążyłem się zastanowić, usłyszałem dźwięk telefonu. Dzwonił P, mój kolega. Znamy się dobrych parę lat, razem chodzimy na siłownię i na kręgle.
- Wybierasz się dziś na kręgle? - Był wesoły jak zawsze. Mieliśmy podobne poczucie humoru i śmialiśmy się z tych samych dowcipów.
- Raczej nie. Kiepsko się czuję. Mam problem.
- Ty i problem? No nie żartuj! - roześmiał się.
- Wcale nie żartuję.
- Gadaj, co się stało.
- Mam raka. Białaczkę. - Chciałem powiedzieć o fatalnych wynikach krwi, dodatkowych badaniach, które zlecił lekarz, ale głos ugrzązł mi w gardle i nie mogłem wydusić z siebie słowa.
- Żartujesz.
- Mówię zupełnie poważnie.
- Nie wiem, co powiedzieć. Bardzo mi przykro - usłyszałem.
- Mnie też.
Zapadło milczenie, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
- I co będzie dalej? - zapytał po chwili.
- Nie wiem.
Znowu zamilkliśmy.
- Może jednak przyjdziesz na kręgle?
- Nie.
- Szkoda - westchnął głośno i dodał. - Muszę już kończyć. Trzymaj się stary.
- Dzięki - odpowiedziałem, zagryzając wargę aż do krwi.
Mówią, że życie potrafi położyć człowieka na plecy jak żółwia. Ja właśnie tak się czułem. Dosłownie. Leżałem na łóżku, gapiąc się na sufit. Coś powinienem zacząć robić, obmyślić jakiś plan działania. Ale co? Nic mi nie przychodziło do głowy. Może zadzwonię do K? K to mądry facet. Wysłucha, może coś doradzi. Czasem chodzimy do pubu na piwo. Albo wymieniamy się grami komputerowymi.
Odebrał telefon po pierwszym sygnale.
- No co tam porabiasz?
- Nic ciekawego. Siedzę w domu.
- W domu? Przecież dzisiaj sobota – zdziwił się.
- Muszę ci coś powiedzieć - wykrztusiłem z siebie.
- Gadaj.
Zacisnąłem mocno palce na telefonie. - Mam raka.
- Ty?
- Ja.
- Głupia sprawa.
- Tak, wiem.
- Słuchaj.- Odchrząknął i dodał ściszonym głosem.- Teraz prowadzę samochód i trzymam telefon w ręku. Nie chcę, żeby „gliny” gdzieś mnie namierzyły. Zadzwonię do ciebie później.
- Dobrze.
- Trzymaj się stary.
Niedzielę spędziłem na czekaniu. K nie dał znaku życia. Pewnie nie miał czasu. Albo zapomniał. A ja leżałem jak ten żółw na plecach i odliczałem godziny do końca weekendu.

W poniedziałek punktualnie o dwunastej w południe rozpoczęło się zebranie naszego działu. Dyskutowaliśmy nad strategiami rozwoju na kolejne miesiące i jak zawsze rozpętała się prawdziwa burza mózgów i emocji. Tomasz P. wyskoczył z czymś zabawnym, na co wszyscy zareagowali salwami śmiechu.
- Co się z tobą dziś dzieje? W ogóle się nie odzywasz, nie bierzesz udziału w dyskusji – zwrócił się do mnie kierownik.
Rozejrzałem się po twarzach kolegów i koleżanek. Wiedziałem, że oczekują wyjaśnień, dlaczego jestem tu pośród nich, a zachowuję się, jakby mnie nie było. Powinienem wstać i głośno powiedzieć, że po raz pierwszy dostałem od życia bolesnego pstryczka w nos, że ON gdzieś we mnie jest, gdzieś się ukrywa i to „gdzieś” może oznaczać „wszędzie”, każdą cześć mojego ciała. A najgorsze jest to, że teraz to nie ja, a ON będzie dyktować warunki. Powinienem wstać i wszystko powiedzieć, ale tego nie zrobiłem, bo przecież co ich obchodzi ON? Obchodzę ich ja, ale bez NIEGO, ja produktywny, sprawny, kreatywny. Więc kiedy przewodniczący zadał mi to pytanie, odparłem, że mam parę pomysłów, ale w formie roboczej i muszę je jeszcze dokładnie przemyśleć. I pozwolili mi milczeć, a ja w milczeniu tworzyłem różne scenariusze, ale bez zakończenia. Bałem się, co może stać przy końcu mojej historii.
Wieczorem na facebooku czekały na mnie dwa zaproszenia od znajomych na wydarzenia lokalne. Odpowiedziałem, że nie przyjdę. Nie pytali, dlaczego. Niby dlaczego mieli się pytać?
K więcej nie zadzwonił. Wykręciłem jego numer. Nikt się nie zgłaszał oprócz przemiłej sekretarki, która poleciła zostawić wiadomość po sygnale. No więc zostawiłem.

Na drugi dzień miałem iść na badania do przychodni. Zaspałem. Obiecałem sobie, że pójdę w środę. Potem nadszedł czwartek i piątek.
W sobotę zamieściłem wpis na facebooku:
Prawdopodobnie mam białaczkę.
Może to niepoważne, dziecinne, niemęskie. Ale w taki sposób chciałem wykrzyczeć swój lęk i ból. Innego sposobu nie znałem. Oczywiście, że liczyłem na współczucie znajomych. No i faktycznie, odezwali się. Dziesiątki moich wirtualnych przyjaciół. Nawet współczuli. Wirtualnie. Niektórzy nawet bardzo. Zamieszczali smutne, płaczące buźki, zapewniali, że będą trzymali kciuki, że wszystko będzie dobrze. Co innego mieli napisać?
P też wyraził swoje współczucie. K zrobił to samo.
Miałem wrażenie, że krzyczę w czeluść głębokiej studni, gdzie mój głos tłucze się bezradnie po cembrowanych ścianach.

Z samego rana w pracy odwiedził mnie S. Wyszliśmy razem do kuchni. Okazało się, że przeczytał wpis na facebooku.
- To prawda?
- Prawda.
- Hm. Nie wiem, co powiedzieć. – Miał zafrasowaną minę.
- Nie przejmuj się. Ja też nie wiem.
Zagotowała się woda. Zalałem kawę wrzątkiem i miałem już wyjść.
- Poczekaj chwilę. Słuchaj, ja ci szczerze współczuję. Ale to jest niemądre. Usuń ten wpis. Lepiej, żeby w pracy nie wiedzieli.
Odparłem po chwili zastanowienia. - Może masz rację. Usunę.

Przyglądałem się, jak pielęgniarka bada żyłę.
- Tu zrobimy wkłucie.
Mocno zacisnęła gumkę. Poklepała przedramię, aż żyła lekko nabrzmiała. Po chwili zatopiła w niej igłę. Krew spływała do fiolek. A wraz z nią prawda, od której będzie zależało moje dalsze życie. Wyszło cholernie patetycznie.
- Jutro po południu może pan odebrać wyniki.
Pragnąłem, żeby „jutro” nigdy nie nadeszło. Żeby „dzisiaj” straciło poczucie czasu, roztopiło się w godzinach, zagalopowało się w nieskończoność. Ale tak się nie stało i „jutro” się zjawiło. I ja zjawiłem się w przychodni.
Nie miałem odwagi spojrzeć na moje wyniki. Zgiąłem kartkę na pół i schowałem do kieszeni, jakby to była jakaś mało znacząca notatka.

Każdego dnia życie potrafi zaskoczyć. Czasem filuternie mruga do nas okiem, aby za moment solidnie pacnąć po głowie. Rzuca nas na matę, aby chwilę później posadzić wygodnie w fotelu.
Lekarz długo wpatrywał się w wyniki badań, a ja coraz bardziej sztywniałem ze strachu.
- To dziwne. - Zmarszczył czoło.
- To bardzo dziwne. - Podniósł oczy i spojrzał na mnie. - Te wyniki są doskonałe.
- To znaczy?
- To znaczy, że trzeba jeszcze raz powtórzyć badania, bo wyniki wzajemnie się wykluczają.
Po kilku dniach miałem już pewność, że jestem zdrowy. ON i ja szliśmy osobno. Widocznie gdzieś w laboratorium musiała nastąpić pomyłka. Straszna pomyłka. Zamieniono próbki, nazwiska, coś źle odczytano? Nie mam pojęcia. Ale gdy pomyślę, że ktoś naprawdę chory być może do dzisiaj nie wie o JEGO istnieniu, to cierpnie mi skóra.
Tego samego dnia umieściłem wpis na facebooku:
Jestem zdrowy, nie mam raka!
Kilka godzin później zasypały mnie „lajki”, uśmiechnięte buźki i gratulacje (nie wiem, czego mi gratulowali, przecież niczego nie dokonałem). Wieczorem P. przysłał sms: „Widziałem twój wpis na facebooku. To co, kiedy wybieramy się na kręgle?” A potem zadzwonił K. i zaproponował wyjście do pubu na piwo.
Zrobiłem sobie mocnego drinka i wygodnie usiadłem w fotelu. Najpierw wykasowałem z komórki numer telefonu P, potem numer telefonu K, a na koniec usunąłem konto na facebooku. Życie doprawdy potrafi nas zaskakiwać. Każdego dnia.

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.