WIKTOR ORZEŁ – rocznik 90. Urodził się w Bochni, skończył kulturoznawstwo, mieszka i pracuje w Krakowie. W wieku 16 lat założył Portal Pisarski, który z powodzeniem pomaga rozwijać skrzydła aspirującym pisarzom. Debiutował w 2010 roku opowiadaniem Lampisko Ty moje w antologii opowiadań fantastycznych „Przedświt”. W styczniu 2017 roku ukazał się jego debiut literacki, powieść I tak dalej. Wiktor regularnie portretuje rzeczywistość w mediach społecznościowych, gdzie umieszcza quasi literackie wycinki rzeczywistości w formie miniatur. Oprócz zamiłowania do prozy lubi poezję patchworkową, którą tworzy na podstawie zasłyszanych dialogów i publikuje na Fanpage’u Dzienność.
 

 
 

I tak dalej
fragment

Rozsiadam się wygodnie na balkonie i rozpalam grilla. Mam ze sobą cały dobytek, który już dawno powinienem puścić z dymem. Oglądam jedną fotografię, drugą, przytargałem też stare klisze, żeby mnie za bardzo nie kusiło wywołanie tych zdjęć ponownie, a znam już siebie trochę i wiem, że nie oparłbym się tej wątpliwej pokusie. Patrzę na te wszystkie momenty zaklęte w czasie, listy pisane po pijaku o trzeciej w nocy, wszystkie te wzniosłe uczucia, ubrane w piękne słowa, które teraz nie mają już żadnego znaczenia. Mruczę pod nosem i powtarzam jak mantrę „do pieca, do pieca, do pieca!”.
– Co tam palicie? – słyszę głos sąsiadki.
– Ja mam marlboro czerwone, ale jak pani woli, to kolega ma camele.
– Ale nie, nie. Nie o to chodzi. Coś mi tu śmierdzi!
– No zdjęcia palę i pocztówki. Takie mam hobby.
– Kobieta?
– Stosy mnie nigdy jakoś nie jarały – wzdycham. – To tylko celuloid i kawałki zabazgranego papieru.
– Młodzież jeszcze zdjęcia w tych czasach wywołuje? I listy pisze? – Sąsiadka nie daje za wygraną.
– Zdarza się. Niech się pani nie martwi, to nie potrwa długo.
– Chodź pan na dół.
– Co takiego?
– No złaź.

Myślę sobie, niech będzie, co mi tam w sumie zależy. Palenie na balkonie tego typu szpargałów to nie jest za dobry pomysł. I tak mam już na pieńku z połową osiedla.

Schodzę, powoli, krok po kroku, ale mimo to zarzuca mną na boki. Nadal nie wytrzeźwiałem. Potykam się niezdarnie o stopień i odbijam się od ściany. Burczę coś pod nosem i klnę na te pierdolone schody, które wydają mi się jakieś takie nieforemne.

Sąsiadka już czekała. W sumie to nawet ją lubię, choć podczas kilkuletniej i bardzo przelotnej znajomości wymieniliśmy może ze dwa, trzy zdania.
Ja sobie to zawsze tłumaczę, że to taka, wiecie, zmowa milczenia palaczy. Stoisz na balkonie, widzisz, że ktoś obok też puszcza dymka, dzieli was tylko ściana, ale nie przeszkadzacie sobie, każdy w swoim świecie, myślami podbija planety, szuka spadających gwiazd, myśli o tym całym czasie przeszłym niedokonanym i przyszłym, który nigdy nie nadejdzie. Dla mnie to chwila niemego i nieskalanego zawieszenia. Nie palisz – nie zrozumiesz. To rozrywka dla nielicznych, którzy usprawiedliwiają swój nałóg na sto możliwych sposobów i każdy z nich jest prawdziwy.
– Przyniosłam wiaderko. To nie może być tak, że każde kolejne zdjęcie będziesz podpalał i patrzył, jak
ogień powoli trawi momenty, do których nie chcesz wracać. Tu trzeba konkretnie. Wrzucasz pan cały ten dobytek o tutaj. – Bierze ode mnie kilka papierowych kopert z kliszami i odbitkami, potem wyrywa z ręki pocztówki. – A teraz zapałka, benzyna i zaraz będzie po krzyku.

No i się pali ten mój dobytek, tak starannie przechowywany w jednej z szuflad, a my we dwójkę stoimy bezczynnie i bezsłownie. Wszystko idzie pozornie zgodnie z planem. Ale ja się patrzę zbyt długo i widzę zbyt dużo. Ogień bucha wesoło, zdjęcia skwierczą, gną się i wiją w katatonicznych konwulsjach, zabierając cały świat przedstawiony do środka, do wewnątrz, do wiecznego nieodtworzenia. No i widzę, kurwa, widzę tę pocztówkę z Budapesztu – ją też ogień chętnie pożera. Głodny kolejnych wrażeń bierze się do parlamentu, pali się Morze Śródziemne, woda momentalnie paruje i wysycha, Macedonia też w opałach, płoną łódzkie kamienice, pałac Izraela, palą się knajpy, „piwniczne barany” wierzgają na Starym Mieście, Floriańska i Pauza zatrzymują się na zawsze, Stolarska i Pierwszy Lokal Na Rogu – ogień, Bracka i Spokój – ogień, a potem płomienie dosięgają już latarni, jara się delikatne mięso maltańskiego królika, który na wpół zwęglonymi ślepiami patrzy się na mnie, błagalnie dogorywając, płoną w zastraszającym tempie włosy, usta, piersi, łechtaczka, spodnie rzucone w kąt, wszystko w ogniu, wszystko pali się ze wstydu, z tej potwornej żałości, że jednak spróbowało, że starało się zaistnieć.
– Lepiej?



Wiktor Orzeł I tak dalej, wydawnictwo Novae Res 2017

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.