Agnieszka JEŻYK Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorantka literatury na University of Illinois at Chicago. Uczy amerykańskich studentów języka i kultury polskiej. Jako recenzentka współpracuje z mediami w Polsce i USA. Kiedy czas pozwala interesuje się wszystkim, szczególnie fotografią.

 
 

Eat me, Drink me

People ask me: Why do you write about food, and eating and drinking? Why don’t you write about the struggle for power and security, and about love, the way others do? They ask it accusingly, as if I were somehow gross, unfaithful to the honor of my craft. The easiest answer is to say that, like most other humans, I am hungry.

M.F.K. Fisher

Ulice rozciągają się jak przełyki prehistorycznych zwierząt. Ślina deszczu obmywa wielkomiejskie chodniki, kiedy w kawiarniach, barach, restauracjach, tawernach, bistrach nagle wybuchają tłumy. Snap. Edit. Photo Editor. Effect. Fisheye. Saved. Wszystko musi zostać zapisane. Oszklone witryny skwapliwie odkrywają barwną niejednoznaczność swoich gastronomicznych wnętrzności. Tu i ówdzie pobłyskuje taki czy inny modernistyczny mebel. Czerwony, obcy obiekt, połknięty przypadkiem, doskwierający uporczywie w przepastnym brzuchu wieloryba. Czasem minimalizm dyktowany przez drewno i metal. Fotele i kanapy, które ktoś już sobie wysiedział. Lampy. Wszędzie lampy, jak prowizoryczne dekoracje w teatrze gdzieś na prowincji. Snap. Edit. Snap, edit. SNAPEDIT. Nie, wcale nie musisz uruchamiać jakichś fikuśnych filtrów, żeby uchwycić ten nostalgiczny zwrot w lata sześćdziesiąte: loże wyłożone bordową sztuczną skórą, długie plastikowe stoły, stara szafa grająca pełna rockowych standardów i kawałków zupełnie przypadkowych, wrzuconych w muzyczną listę dla beki, a może i na złość. To akurat informacja kluczowa. Hałas jest organizującą zasadą. Wszędzie. Bardziej lub mniej subtelnie narzuca warunki funkcjonowania w tych zamkniętych czterema ścianami bezwładnie precyzyjnych przestrzeniach. Snap.

Nie ma tak naprawdę żadnej innej zasady. Pozory. Eksplozja tłumu. On rozmienia się, dzieli na jednostki, które suną od wejścia do lady, od lady do stolika, od stolika do drzwi w swoich kolorowych conversach, brązowych botkach z modnego lumpeksu, w zamszowych półbutach w jakimś pożądanym w tym sezonie odcieniu. Snaaaaaaaap. Tym razem długi czas naświetlania. Cooooonversyboooootkipółbuuuuuty. Przybywają w parach albo w watahach. Dość często samotnie. Mają wtedy całą gamę książek samopomocowych, trochę tegorocznych bestsellerów. Ręce uzbrojone w parasole, w kubki z kawą, w notesy oprawione w miękką skórę. Tak, ręce też oprawione. W skórę. Edit. Effect. Tak. Z podkręconym kontrastem wygląda to lepiej. Przesuwanie, odsuwanie krzeseł. Stolików. Przysuwanie. Roje gestów, z których łatwo odczytać dyskretne tropy intymności lub jej braku. Potencjalne sojusze, które mogą się nigdy nie zmaterializować. Brzęczenie small talku i bezgłośne bity Milky Chance ze słuchawek, z którymi można by wyruszyć na podbój kosmosu. Urywki z rozmów telefonicznych, które razem składają się w pokraczny awangardowy poemat. Nic nie ma sensu, ale w chaotycznych krajobrazach nic czasem znaczy wszystko. Na stolikach fluorestencyjną bielą nagryzionego jabłka rozkwitają Maki.

Zaczyna się od zapachu. Niewinnie. Czy jednak niewinnością nazwać można tę bezwzględną ofensywę, która przedziera się właśnie przez stojące na baczność włoski zastygłe mimowolnie gdzieś w nozdrzach? I dalej: te zastępy, pododdziały szturmujące niby zwarte pory w skórze? Przez jeden moment cały ten dermalny mikro świat przeskakuje z kolejnych... następnych... na dalsze... inne jeszcze z doznań. Wołowina. Spory, średnio wysmażony płat mięsa. Z wierzchu łagodne, podrumienione odcienie przechodzące naturalnie w nieco zbyt zwęglone cząsteczki, skorupki jak u egzotycznych chrabąszczy. W środku aksamitne włókna przetykane małymi kropelkami krwi. Sacharynowe ciepło syntetycznych naleśników z proszku. Przesłodzony opar syropu klonowego. Mdłości bananów i kwaskowatości kalifornijskich borówek. Napompowane wczorajszym tłuszczem wzdęte brzuchy French Fries. Zaciekłość, z którą te solaninowe syrenki zwodzą cię, że właśnie teraz, że już, że musisz. Je. Całe. Wzburzają się ślinianki. A wraz z nimi nadchodzą długie popołudnia na starej werandzie gdzieś w Georgii, czy Indianie, psy i dzieci. Grill. Whirrr. Nie bawić się zapałkami, jak te małe dziewczynki. Ich zdjęcia znajdziesz kiedyś w zakurzonym pudełku z butami. Te małe dziewczynki z głębokimi zmarszczkami na czole i bliznami po cesarkach. Albo któraś z  najlepszych randek, które, zanim skończą się jakąś fatalną katastrofą, sprowadzają się do przypadkowych dotknięć zachłannych palców podnoszących czule frytkę za frytką. Nie będzie żadnych dowodów, więc nici z tej zbrodni. Bo wszystko za chwilę zniknie w czyichś wygłodzonych trzewiach. Tuna Melt and potato salad w barze w Claremont, kiedy masz pracować, a myślisz o brązowych oczach tego czy innego. Te czy inne naleśniki nigdy nie będą smakować, jak u twojej babci. Babci, która już dawno nie żyje, ale i tej samej, która w formie skondensowanej aury objawi się dziś na twoim talerzu. Zjedz chociaż owoce. Resztę zostaw. Error. Your image cannot be saved. Nothing can save us.

Już wcześniej zbierało się na tę burzę. W roku 2015 los zostaje przypieczętowany. Tu i ówdzie pojawiają się informacje, że Amerykanie wolą na mieście. Że jedzenie w domu to jakiś anachroniczny koncept zanadto przywiązanych do swoich dębowych, mieszczańskich jadalni baby boomers. Ich porcelanowe kubeczki z napisami The Best Dad Ever i brunatne - Home Sweet Home - wycieraczki do butów, nie są już w stanie utrzymać w ryzach zbuntowanego, wirtualnego świata. Zobacz, jak spektakularnie się wykoleja. Blaty kuchenne powoli wychodzą z tradycyjnego użycia. Tam gdzie się kroiło, siekało, tarło, ubijało, lepiło, teraz trzyma się mikrofalę, a niekiedy rozkłada uda którejś z mniej lub bardziej stałych kochanek. Gdzieniegdzie jeszcze przyda się ekspres do kawy, nóż albo któryś z tych droższych tosterów, w których można zrobić grilled cheese z serem pleśniowym i figami. Dokładnie taki, jak w nowootwartej, narożnej kawiarni w chwilowo modnej, świeżo zgentryfikowanej dzielnicy. Ale to tylko nikomu niepotrzebne rekwizyty, relikty dawnej epoki. Do domów się wchodzi, z domów wychodzi. Na drodze do sypialni jest kuchnia. A tak na marginesie to światło, które wpada do jej ściśniętych wnętrzności przez te maleńkie lufciki, bo trudno to nazwać oknami, fotografuje się bardzo kiepsko. Szkoda zachodu. Szkoda każdego wschodu i zachodu słońca. Lepiej ruszyć w miasto, do wesołego miasteczka zbudowanego z zapachów i smaków, które wyparowały już dawno z  za małych, zawsze zbyt ciasnych mieszkań. W gastronomiczną przygodę, która nie ma końca. Snap. Swipe. Jakiś niezobowiązujący filtr, najlepiej coś ciepłego. Tak, żeby wszechświat rozpłynął się w ustach. Czcionka: low profile czy unique style? The best Syou Tonkotsu Ramen in Logan Square! Vegan quinoa burger with sauteed mushrooms, naaah, you suck! Na Insta i Snapie serduszka i rzyganie tęczą. W każdej chwili. O każdej porze dnia i nocy.

Mapa Chicago jest gęsta od czerwonych punktów. Małych kropek wygenerowanych przez lokalnych blogerów, freelancerów z lajfstajlowych magazynów, sprzedawców ze sklepów z winylami, zblazowanych barmanów, wytatuowane kelnerki – wszystkich hip, najbardziej hip w tym mieście. Robotę robią mniej lub bardziej poręczne rodzaje marketingu szeptanego. Wszyscy wiedzą. Nikt nie wie dokładnie skąd. Punkt wyjścia i punkt dojścia zmieniają się, tak jak zmieniają się adresy. Niech będzie zatem Longman&Eagle: restauracja z gwiazdką Michelina i wnętrzem podobno w stylu grunge, ale ktokolwiek użył tego brawurowego porównania nigdy nie chodził w dziurawych swetrach w czerwono-czarne pasy. To zdecydowanie nie miejsce na lunch zamiast śniadania po długiej i frustrującej przeprowadzce. Niech cię nawet nie kusi PBR breakfast (jedzenie, a w cenie to najpodlejsze z piw) nawet jeśli na chwilę chcesz wrzucić wsteczny, bo porcja to raczej dla modelki, która chce zaimponować nowemu narzeczonemu tym, że wreszcie wmusiła w siebie trzy pieczone ziemniaczki z  jajecznicą z dwóch przepiórczych jajek. Bo jeśli czujesz to, co ja. Jeśli też czujesz głód, który konsumuje systematycznie twoje trzewia, kęs po kęsie, jeśli czujesz się coraz bardziej pusty, jeśli wielkie nic siedzi ci na żołądku i w sercu, to idź lepiej do Parts and Labor. Niech ten głód, ta pustka prowadzi cię przez plac, skręci tobą w lewo, gdzie za chwilę doświadczysz jakiegoś dziesięciominutowego spełnienia. Burger za szóstkę. Piwa przyzwoitej jakości. I to, co najważniejsze: outdoor patio, gdzie najlepiej pisze się smutną prozę w dziwnych językach, po dramatycznych rozstaniach i koniecznie z różowymi włosami. Mapa zapełnia się punktami: jeśli tania pizza z przyjacielem (jednym z tych późnych i świadomie przysposobionych), który przyjechał z twojego kraju - to Boiler Room. Jak z jednym z tych modnych prospektywnych kochanków - to wegańska Chicago Diner, gdzie kiedyś stołował się sam Morissey. Po drodze do ulicy Western spod ziemi wyrastają biurowce i apartamentowce. Nieużytki, połacie chwilowo bezpańskiej ziemi za prowizorycznymi, metalowymi ogrodzeniami wciąż uparcie straszą, chociaż do Halloween jeszcze daleko. Tych ulic nie budowano dla człowieka. Zrobiono je dla samochodów. Zrobiono je, żeby je zniszczyć. Zbudowano, żeby stanęły w płomieniach. Szybki i niezależny od pogody marsz. Dłużące się minuty, które w końcu skręcają z tobą w prawo. Kiedy twoim ciałem chwieje alkohol i złamane serce, ale nie, to jeszcze nie ten moment, a ludzie i ich nachalna obecność wzbudzają w tobie atak paniki i obrzydzenia, nie ma nic lepszego niż bułka The Fat Elvis w metalowym Lockdown: masło orzechowe, bekon, karmelizowany banan, brązowy cukier. A zaraz po drugiej stronie Bite Cafe. Zamknięte. Przecież to noc i ciemno. Ale za dnia rezerwacje, tłumy, ludzie i jeszcze więcej ludzi, bo przecież TUTAJ SIĘ JE. Łosoś, sałatki, francuskie tosty z chałki. Snap. Check in. Tag your friends. Upload pics. Post. Post. Post. Zapisz, zapostuj, zapomnij.

Kelnerzy i kelnerki to tylko postacie z gier komputerowych.
Ich automatyczne gesty, zręczność z którą przemieszczają się między ustawionymi zbyt ciasno stolikami, talerze w ich dłoniach, notesy w ustandardyzowanych fartuchach, ciemnych prawie nocnych, ich wyuczone formułki i entuzjazm, ich pozornie wytężony słuch i palce od niechcenia zapisujące zamówienie.
Nazywam się tak a tak, będę was dziś obsługiwać.
Czy już tu kiedyś byliście?
Wiecie, jak działa nasza restauracja?
Czy to tak na serio?
Czy to jakaś dziwna maszyna, która nie tylko zgaduje najskrytsze pragnienia naszych podniebień, żeby za chwilę im zadość uczynić, skasować i wypluć, ale też idzie dalej, zaczyna spełniać każde pragnienie, najbardziej subtelne drgnięcie duszy?
Mamy dziś dania specjalne. Jest wędzona kaczka, są tajemnicze ryby w równie enigmatycznych sosach.
Everything deconstructed and hip.
Wszystko z najwyższej półki.
Dyskretne próby nacisku, które tak samo niepozornie spełzają na niczym.
Ale przecież wszystko, absolutnie wszystko w karcie jest totally awesome.
This and that is my personal favorite.
Divine.
Familiarność sprzyja trawieniu.
Wydawaniu i wchłanianiu.
To wystudiowane niedowierzanie, rozczarowanie niemalże, że jednak nic innego do picia, tylko woda.
Pozy w jakie ustawiają swoje ciała, żeby zdominować przeciwnika: tu niby dyskretne pochylenie, tam jakiś przykuc.
Narzucająca się bliskość zupełnie niepotrzebnych historii, która ma otworzyć serca i portfele.
Uczysz się całe życie.
Szybko się uczysz.
Każda konwersacja to diagram rozrysowany według reguł.
Nikt nie wie, kto je ustalił.
Wiadomo, że chodzi o przejrzystość, czyli o ekonomię.
(Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to chodzi o kasę.)
Ten język, jak i język miłości, nie należy nigdy do tego, kto nim mówi.
Zanim zdasz sobie z tego sprawę, nauczysz się tego, co niezbędne, żeby przeżyć.
Nie żeby żyć, ale żeby przeżyć.
Niedługo zorientujesz się, że ilość tych dobrych reakcji, właściwych odpowiedzi jest bardzo organiczona.
I’m fine, and how are you doing?
Is there any room in the patio?
Oh, thank you, this is so nice of you.
I think I will just go for the whatever and the whatever else.
Oh, yeah.
Maybe next time.
Oh, this is so nice of you, but I feel like eating this and the other thing.
Yes, everything is perfectly fine.
Perfectly fine. Awesome.
Yes, some more water would be great.
Yes, the steak is mouth-watering.
Can I have a check, please?
Wonderful, thank you.
Thank you. Thank you. Thank you.
Thank you.

Dziękowanie za wszystko stanie się nieodzownym odruchem, jak kichnięcie, kiedy pylą lipy, albo gdy zaczynasz czytać książkę, której od dekady nikt nie dotykał. To zaklęcie, w które możesz wierzyć, w które uwierz, bo tak będzie najłatwiej, jeśli temu zaufasz. Nieważne, że niektóre drzwi otworzą się i tak, a inne zostaną uparcie zamknięte, kompletnie niewrażliwe na twoje usilne próby wejścia. „Dziękuję“ nie musi nic znaczyć. Replikuje się mechanicznie. Taka mała bezpieczna przystań w zdradliwym jak pełne rekinów wody Bay Area języku. To słowo, które podajesz na początku perwersyjnej zabawy. Ono, w razie czego, jeśli pojawi się taka najwyższa konieczność, zatrzyma bieg wydarzeń. Tylko mnie weź do ust. Tylko mnie powiedz. Jak bardzo dziękujesz, jak bardzo nie masz tego na myśli. Nie ma, że snap. Swipe. Jakiś niezobowiązujący filtr, najlepiej coś ciepłego. Nie da się mnie przefiltrować. Może i będą serduszka, może i rzyganie tęczą. Ale zrobić ze mną nie da się nic.

I kiedy jedyną rzeczą, którą masz ochotę powiedzieć tego wieczora jest „spierdalaj“. Przyszłam tu jeść, bo jestem głodna. Bo głód nie pozwala mi myśleć ani spać. Bo jestem głodna. Bo chcę zjeść wszechświat i go strawić, ale zamiast tego mówię: dziękuję. I wtedy właśnie coś prowadzi cię dalej. Wychodzisz. Idziesz tą ulicą z tym swoim głodem, który od dawna, od zawsze może jest tobą. Mijasz żarzące się końcówki papierosów i ich zmulonych alkoholem użytkowników. W drugiej ręce odbijają się światła telefonów. Check in. Tag friends. Słychać tylko dudnienie basów, kiedy przechodzisz dalej, kiedy idziesz krok za krokiem. Gdzieś po drugiej stronie majaczą światła stacji benzynowej. To jedyne miejsce, gdzie można teraz kupić fajki, małe, papierowe zasłony dymne, szczypiący substytut jedzenia. Więc kupujesz, płacisz i palisz. I przez chwilę nie ma znaczenia, że chcesz pożreć tego miłego pana zza przeszklonego okienka, tę laskę, z kolczykiem w nosie, która właśnie szybkim tempem bieży na ostatnią zmianę do jakiegoś dive baru, te alternatywne dzieciaki jarające blanty przed Empty Bottle. Tę całą ulicę z jej autobusami, pasami znikającymi powoli pod piskiem opon, nierównymi chodnikami, które ewidentnie działają na twoją niekorzyść. I jeszcze: tę samotną, dojmująco samotną dzielnicę, która zasypia nad ranem. To miasto, które daje ci chłód, wszystkie odcienie chłodu, o których wcześniej nawet nie słyszałeś. Ten stan, który chyba od zawsze jest tylko tym samym stanem nadpobudliwej świadomości. Ten kraj, który cię nie chce i nie będzie cię chciał niezależnie od tego, jak głośno nie mówisz, co do niego czujesz.

I coś wtedy zaprowadzi cię dalej. Masz w kieszeni może dziesięć dolarów. To wszystko, co wyznacza dziś twój horyzont możliwości. Dlatego właśnie idziesz. I kiedy wchodzisz, wiesz, że to, co cię otacza, jest twoje. Drzwi otwierają się leniwie. Musisz użyć resztek sił tego anemicznego ciała, żeby pokonać mimowolny, ale stanowczy opór. Wnętrze razi cię nagimi punktami światła. W tych okolicznościach nawet Scarlett Johansson wygladałaby jak zmęczona życiem kelnereczka z przydrożnego baru w Louisianie. Menu, wypisane ręcznie zmywalnym mazakiem na białej tablicy, nie obiecuje niczego poza tym, czym już jest. Czy jest tu coś, czego pragniesz? Coś, co nasyci twój głód? Na stoliku tuż przy wejściu spokojnie przysypia wychudzony bezdomny. Jego maleńkie, wychudzone kończyny kurczą się od zimna. Czarna, żylasta ręka obejmuje łysiejącą głowę. Zaduch. Gdzieś w głębi, jak majacząca fatamorgana, stoi coś, co przypomina żywą kobietę. Jej cera jest żółta jak ser pizz wystawionych na wzrok nawalonego klienta.

Huh?

Wydaje dziwny, nie do końca ludzki odgłos gdzieś z przepaści zbyt dużego, zbyt niepotrzebnego już ciała. Resztka siwych, tłustych włosów spięta w kucyk lekko faluje. Więc składasz pokornie zamówienie, bo boisz się, że zaraz ktoś rzuci na ciebie klątwę, której żadne rytualne spalenie szałwi już nie odwróci. Fine. Grab your cap. There is the fountain. Tyle słyszysz. Chociaż nie. Jest jeszcze pocharkiwanie, niezrozumiałe zaklęcia wypowiedziane do nikogo. W jakieś zjejczałe nic. Płacisz. Jest dobrze. Dostajesz wielki kawał ociekającej olejem pizzy. Brzegi obficie okraszone mąką. I kiedy zabierasz już swoją, niemal rozpaczliwie wywalczoną, zdobycz, kiedy zasiadasz na lepkim, plastikowym krześle, a gdzieś obok nawalony koleś próbuje usilnie wytłumaczyć się kochance ze swoich nocnych wojaży, kiedy ten pierwszy kęs ustawia cię do pionu, najpierw zęby, później język, przeżuwaj, traw, trwaj, czytasz nagle: A company with good food but horrible service should not be in business. These two things go hand in hand and if the owner is not willing to accept constructive criticims or handle negative feedback, his business should plumment as low as his attitude. Wtedy już nie masz wątpliwości, że jesteś we właściwym miejscu. Bez zbędnych snap and edit. Bez niepotrzebnych „dziękuję” półgłosem, w tylko tobie znanym języku, kęs za kęsem, będziesz powtarzać: zjedz mnie, wypij mnie. Pierwsza warstwa: skóra. Druga warstwa: krew. Trzecia warstwa: kości. Czwarta warstwa: dusza. A ślad twoich zębów jest najgłębiej, najgłębiej. 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.