AGNIESZKA WIKTOROWSKACHMIELEWSKA Poetka, dramatopisarka, absolwentka Studium Literacko – Artystycznego UJ w Krakowie. Autorka poemiku i tu, i tu (2014), Szczęściodołów (2016) oraz Trójki. Poemik nagrodzono w konkursie Miasta Krakowa – Książkowy Debiut Poetycki 2014, w następnym roku ten sam tom wierszy został nominowany do nagrody Złoty Środek Poezji. Autorka słuchowisk, sztuk teatralnych dla dzieci i dorosłych.

Foto: Karolina Wiktorowska

 

 
 

Bigos, telefon i badania lekarskie
 

Najczęściej bawiliśmy się w lekarza. Niekiedy w chowanego, zaliczając wszystkie trudno dostępne zakamarki, wannę, zakurzone schowki na pościel w tapczanach, pilśniowe szafy, czy zasłony. Podczas gdy nasi rodzice, w drugim pokoju, wznosili toast kieliszkami z zimną wódką i zagryzali ją ogórkami konserwowanymi własnej produkcji, my cieszyliśmy się dzieciństwem.

Mariola, starsza siostra Grześka, przeważnie do nas dołączała. Z biegiem czasu mariolowate sprawy: pierwszy lakier do paznokci, koleżanki od serca i plotek o innych koleżankach, sekrety rosnących piersi, pochłaniały ją jednak coraz bardziej.

Pewnego wieczoru, w ciemnościach swojego pokoju, tajemniczym tonem zapowiedziała, że puści nam najgorętszy kawałek, jaki dotąd słyszał świat. Do kieszeni szarego Kasprzaka wcisnęła z namaszczeniem kasetę i nim popłynęła muzyka, równie majestatycznie obwieściła: „Chłopcy z placu broni”.

Zdziwiło mnie, co wspólnego mają bohaterowie lektury szkolnej z hitem na kasecie magnetofonowej Marioli i miałam już o to zapytać, gdy z głośnika wydobył się głos, który sprawił, że w jej nastoletnich oczach rosła ekstaza i uwielbienie, więc momentalnie pojęłam: za nic nie wolno mi zbezcześcić tej chwili, choćby jedną, najcichszą sylabą.
 

Spotykaliśmy się kilka razy w roku – urodziny, imieniny, zdarzały się również święta. Zawsze przy okazji wizyt na stole u Woźniaków pojawiał się bigos. I za każdym razem ojciec Grześka i Marioli zachwycał się swoim kulinarnym dziełkiem.
- Och, jaki on wspaniały, najlepszy. I cebulka smażona jest, i boczuś, a i grzybki suszone. Śliweczki trzy, kapusta taka i taka, tyle i tyle na gazie, tyle i tyle bez gazu, a potem znowu, pyszności, palce lizać. Ach! Och! Bigosik!

Oczywiście goście również rozwodzili się nad serwowaną przez gospodarza potrawą, która w oczach jego twórcy była połączeniem najbardziej wyrafinowanych smaków świata, a racząc nią swoje podniebienia, dołączali do jego uniesień.

O ile pamiętam, to ten nieziemski bigos wcale nie wzbudzał mojego entuzjazmu, ot kupa kapusty z resztkami i jak tylko mogłam sięgałam do miseczki z korniszonami, ewentualnie po krakowską suszoną, jeśli miała szansę królować na fajansowym półmisku.
 

Pan bigosowy majstersztyk nosił gwiazdki. Na pagonach ma się rozumieć. Toteż od czasu do czasu w ich zgniłozielonej przestrzeni pojawiały się rarytasy niedostępne szerszemu gronu społeczeństwa. Do takich rzeczy między innymi należał telefon. Podczas gdy reszta szaraków, po złożeniu wniosku w urzędzie telekomunikacyjnym, musiała swoje odczekać (kilka dobrych lat), niektóre kręgi od dawna miały przywilej korzystania (do woli) z plastikowego aparatu z tarczą i kształtną słuchawką.

To cudo do rozmów z niewidzialnym, kontaktów na odległość wykraczającą daleko poza skalę dotychczas znaną małej dziewczynce, muszę przyznać, zachwycało mnie bezgranicznie. Zdarzało się, że siedziałam i wpatrywałam się w przezroczyste kółka, którymi otoczone były powabne cyferki i wyobrażałam sobie, jakby to było prowadzić długie rozmowy okraszane perlistym śmiechem.

Aż kiedyś, gdy w dużym pokoju impreza doszła do etapu Szła dzieweczka do laseczka, bądź Ułani, ułani, Mariolka wypowiedziała słowa, brzmiące niczym zaklęcie spełniające najskrytsze marzenia:
- Jeśli masz ochotę, zadzwoń.

I już czułam, jak endorfiny buzują w moich opuszkach, jak krwinki czerwone rzuciły się w galop, aż rumieńcem zapłonęły policzki, jak palce szykują się do pełnej doznań inicjacji, dostąpienia łaski, zakosztowania dobra dostępnego dla wybranych, gdy nagle uświadomiłam sobie:
- Ale nie znam żadnego numeru. Nie mam do kogo zadzwonić.
- Co z tego? - skomentowała Mariola. – Wybierz jakikolwiek.

Tak też zrobiłam. Po długim oczekiwaniu, do moich nabrzmiałych radością małżowin dotarł niesympatyczny głos, obwieszczający: „Nie ma takiego numeru. Nie ma takiego numeru”. Szok, rozpacz, niedowierzanie. Mój pierwszy wybrany numer okazał się pomyłką. Dopiero nazajutrz zdołałam otrząsnąć się z tej porażki telefonicznej nowicjuszki i zrozumiałam, że może i lepiej iż tak właśnie się stało, bo co niby miałabym powiedzieć człowiekowi po drugiej stronie, skoro nic o nim nie wiedziałam, a on o mnie również.
 

W połowie podstawówki kontakty między naszymi rodzinami ustały. Poza sporadycznymi rozmowami telefonicznymi, bo w międzyczasie nasze M-3 również zostało w pełni okablowane i wyposażone w gniazdko telekomunikacyjne. Dotąd biegnące obok siebie ścieżki, rozeszły się w zupełnie różnych kierunkach i nikt specjalnie nie zabiegał o to, aby ten stan zmienić.

Za duża na zabawy w lekarza, z przysadzistym, błękitnym aparatem zdobiącym sosnową szafkę w przedpokoju, kapustą serwowaną w gołąbkach, ewentualnie surówkach, zmianami ustrojowymi, które krążyły w postkomunistycznym powietrzu i odzierały mundurowych z dotąd nienaruszalnych przywilejów, powoli wchodziłam w wiek mariolowaty i wszystkie związane z nim sprawy.
 

Usłyszałam o nim po latach. Ponoć źle się ożenił, jego małżeństwo stało się pasmem niekończących się wojen. Miał jakieś trzydzieści lat, gdy ziściły się słowa piosenki, która przed wielu laty unosiła się w ciemnościach pokoju jego siostry. Z małą różnicą. Pierwsza zwrotka O Ela dotyczyła jego, druga nieznanego sprawca, który w ciemnej bramie na Pomorzanach odebrał mu przyszłość. Trzylatkowi ojca.
Pewnie nigdy nie dowiem się, jak było naprawdę, za to od naszych dziecięcych czasów zdążyłam utwierdzić się w jednym - mimo wielkiej przyjemności, zabawy w lekarza najczęściej kończą się kłopotami.
 

Panie doktorze, proszę o znieczulenie.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.