DAMIAN KOWAL rocznik 90. Urodzony w Legnicy. Studiował nauczanie języka francuskiego oraz etnologię i antropologię kulturową. Pracował jako archiwista, przewodnik zamkowy, młodszy doradca klienta / windykator telefoniczny i sprzedawca; zajmował się również redagowaniem działu muzycznego na portalu Wywrota.pl. Czterokrotnie nominowany do nagrody głównej w konkursie im. Jacka Bierezina, w 2013 roku również laureat nagrody publiczności. Publikował m.in. w „Arteriach”, „Cegle” i „artPapierze”. Autor poświęconego niszowej muzyce fanpage’a Nieskończona studnia potencjału. Interesuje się dźwiękiem we wszelkich aspektach, antropologią kulturową, kosmosem i filozofią Wschodu. Lubi spędzić dzień na gotowaniu bulionu. Obecnie mieszka we Wrocławiu. Najmniejsze przeboje z Tristan da Cunha to jego debiut książkowy.
 

 
 
 

o bejcowaniu blatu
          - Litwinowi

stary włącz shakuhachi do tego robi się rzeczy
zaczynasz od lewej i do prawej okrężnymi ruchami
odbijasz od krawędzi i to samo a potem to samo
i gdy dojdziesz do końca to prostym ruchem wzdłuż

stary a gdyby tak pójść na starość do klasztoru
znać swoje miejsce sens czas od rana do wieczora
grać na shakuhachi długie dźwięki melodie
przebiegłe jak wydry

stary patrz te jasne plamy to nierówności
żeby się ich pozbyć bierzesz papier
i okrężnymi ruchami coraz cieńszą warstwę

stary spójrz jak przy shakuhachi schnie lakier
okrężnymi ruchami to jest świątynia zen stary
to działa

 

 

 

ambient jpn

chciałbym być jak Japończycy siedzący
na czterdziestym piętrze w kawalerce –
patrzą na Tokio lub Kioto; widzą światła,
morza, oceany luminacji, niezatrzymujące się
shinkanseny, rzeki ludzkich głów;

widzą to, a potem siadają (na podłodze
leży gruby kot, może puszka po tuńczyku,
stare kapcie i gazety) i nagrywają na czteroślad
dźwięki długie jak linia Tōkaidō, dźwięki, w których
mógłbyś pływać albo tkać z nich mgłę;

nie potrzeba im nic więcej, po prostu
jeden, dwa akordy przez dwadzieścia minut,
jeden, dwa akordy w nieskończoność,
tu na polskiej wsi z dziurawą drogą
i psem szczekającym na błyszczące w nocy

ślepia saren.

 

 

 

wielki piątek

tłumnie wyległy na ulice procesje, niosą krzyże,
śpiewają pieśni. ksiądz przypomniał o grzechu.
nie marnujcie śmierci, umierajcie rozsądnie,
ona uratuje całą ludzkość.

dwa dni temu było zaćmienie księżyca, niezwykłe
ustawienie planet. świat czekał na sąd ostateczny.
diabła znów nie zastano. pan wisząc na krzyżu
zniósł zbawienie w koszyczku.

procesja grzmiała; miejcie w pogardzie wszystkich
heretyków, którzy pana naszego przybili do swastyk,
robią techno remiksy i szkalują papieża polaka
światłego obywatela, jutro zginą w ogniu.

on był początkiem i będzie końcem, owieczki
powitajcie zbawcę gromkimi lajeczkami.

 

 

 

field recordings

czekać na wiosnę to znaczy rozrzucać ostatnie okruchy
dla ptaków. w kieszeni mam przygotowane urywki słów;
nie powiem ich nikomu, zostawię na specjalną okazję.

czekać na wieczór – błysną gwiazdy, fale grawitacyjne
splotą się w warkocze i przepłyną nad wierzbami.
nie zarejestruje tego żadna aparatura, badacze śpią;

czekają na wiosnę. wyjdą z pracy i prędko pobieżą
do mieszkań, tam gdzie kot z pustą miską siedzi cały
dzień i niesprawdzone mejle wołają o odpowiedź,

czekają na wieczór. ciemność jest porą wiadomości,
radiowe sygnały odbijają się od ścian. niosą ze sobą
śmierć i zwątpienie, przynoszą okruchy ziemi.

czekała na wiosnę, lecz nie zdążyła. smar wsiąkł
w podłoże, nie zostawił miejsca dla nikogo.
zasnuł niebo, pierwsza kropla zleci za dziesięć lat;

czekałaś na wieczór, pełnia jest małą radością.
biały okrąg podziurawiony, ktoś kiedyś strzelał
tutaj, była wojna gangów, a teraz niebo czarne

czeka na wiosnę. wracają bociany, brudne od krwi,
strzelali do nich w Libanie. przynoszą okruchy
obcych słów, które chowam do portfela,

czekając na wieczór. wtedy je powiem –
będę mewą. mewy krzyczą, bo wiedzą,
że cisza do niczego nie prowadzi.

 

 

 

promieniowanie reliktowe

ustaw radio na szum między stacjami i posłuchaj gwiazd,
do których kierujesz życzenia – zlewają się w brzęczenie,
znikają tak cicho, że nawet nie wiesz kiedy tracisz nadzieję
i po prostu gapisz się w niebo, które nie słyszy i nie chce;

ustaw radio na szum. tak świszczą wiatry, ryczą tankowce,
fale zmywają piasek razem z krabami i morskim ptactwem.
masz w sobie świst, masz we krwi ryk, a teraz pozwól
amplitudom opleść ciało, poczuj jak łagodnie, jak miękko

wchodzą w krwiobieg i tulą krwinki do snu. spokojnie,
to tylko sekundy, miliardy drgnięć cezu żłobią kaniony
w skórze. leżysz i gapisz się w sufit, a szum cię omotał
i ciągnie na dno, bowiem jest z łez ludzi klejących buty

gdzieś w biednym kraju; szloch słyszysz w radiu
między stacjami. nie uciekaj, dopadnie cię wszędzie.
zacząłeś się płaczem, skończysz westchnieniem,
słowa to tylko amplitudy, cichaj i słuchaj.

w radiu między stacjami usłyszysz trwanie.

 

 

 

wszystkie rzeki umierają w oceanie

          Znałem rzeki stare jak świat i starsze niż
          Pulsowanie ludzkiej krwi w ludzkich żyłach


          Langston Hughes – Czarnoskóry śpiewa o rzekach


płyniemy powoli, autobus choć niebieski jest Huang He,
koryto idzie przez dzielnicę twarzy żółtych od tytoniu
motanego na bazarze. gdy nikt nie widzi w ruch idą
inne worki, a gdy widzi, prędko mu się to odbiera.

płyniemy nieprędko, teraz Jangcy kieruje dżonkę prosto
na płyciznę, dzieci łowią cierniki, rozgniatają w piasku.
nadpalony skwarek wiruje z wiatrem, przylepia do szyby,
ja z nim, tak trwamy; nurt powoli niesie nas przez doliny.

płyniemy Tunguską, nie ma sensu biec, gdy słońce świeci.
spadają meteory, białe smugi; gwiazdy wysypały się z nieba
i leżą na ulicy. dzieci zbierają największe; blazary i białe karły
wkładam do torby, układam koło dwóch dźwięcznych sylab,

z którymi budzę się rano i wsiadam do łodzi, by wodą
płynąć do oceanu, gdzie mewy wydziobią nam oczy.

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.