JUSTYNA KORONKIEWICZ – rocznik 1971. Polonistka z wykształcenia, Dzika Kobieta z wyboru. Mieszka z rodziną w drewnianym domku w Górach Stołowych. Piecze chleb, kisi ogórki, smaży powidła. Pisze od niedawna, choć słowa kocha od zawsze. Debiutowała w 2016 roku tomikiem Szamanka. Laureatka konkursów i turniejów poetyckich.
 

 
 
 

Zmiany w naturze

Przyzwyczajamy się do zimy jak do 
białego psa przygarniętego z ulicy. 
Nie mogliśmy pozwolić, by w jego żyłach ściął się lód.
Teraz wygrzewa kości przy kominku, liże nas po rękach z wdzięczności.

Przepowiadasz naszą przyszłość ze śladów na śniegu, z rozlanej kawy. 
Uspokajasz, gdy z kart Tarota wyciągam Śmierć.
Śnią mi się białe jelenie z rozłożystymi rogami. Mówisz, że to dobry znak.
A ja widzę ich czerwone oczy na tle nieba.
Niepokojąco piękne.

Coś wisi w powietrzu. Ciemna materia zbiera się nad lasem.
Zwierzęta wyczuwają nadchodzącą zamieć. 
Chodź, schowamy się pod kocem, zaparzymy herbatę.
Będziemy czytać baśnie, patrzeć jak tańczy ogień,
a pies z zimową sierścią położy się obok,
osłoni nas przed chłodem.

 

 

 

Tkanka łączna

Chodzę od drzewa do drzewa. 
Widzę myśli ptaków. Wykluwają się o świcie
z jajek w niebieskie cętki. Na wysokości najniższej gałęzi 
wydają pierwszy krzyk. Nie dotkną ziemi. Tuż nad ściółką 
rozkładają skrzydła. Unoszą tajemnice zapisane między słojami.

Wymawiam słowa, a one wyfruwają spod skrzydeł 
zimorodków, wypełniają pęknięcia w korze. Twardnieją. 
Jak skóra na piętach i łokciach. 
Łączą nas linie papilarne, roczne przyrosty. Punkty styczne 
na krawędzi liścia.

W dniu narodzin nazwano mnie imieniem rzeki. W jej wodach 
dzieci szukają kamyków, kobiety robią pranie, a zwierzęta odnajdują wilgoć.
Są takie chwile, kiedy czuję pływające we mnie
ryby. Na dnie brzucha osiada muł. Resztki dnia. Coś, co scala mnie 
z ziemią.

 

 

 

Odludzie

Wrastam w tę ziemię korzeniami drzew, zapachem
lata, w którego miękkim wnętrzu lęgną się
nasze przyszłe jesienie i zimy. Nad głową 
światło przepowiada kolejny dzień. Myszołowy zniżają lot. 
Dają nurka w trawę. To dla nich czas polowań. Jutro
o tej samej porze, te same ptaki złapią inne myszy.

Pasuje mi ta powtarzalność. Zmienność pór roku,
oznaczanie cyklów księżyca. Co dwa dni 
piekę bochen chleba, co trzy koszę trawę.
Pamiętam żeby zrobić świeży zakwas. Zanieść 
suche kromki sarnom. Uczę się określać wiek jeleni 
po wielkości poroża. Poznaję nowe gatunki ptaków. 
Już wiem, który z nich budzi mnie co rano.

Wbijam paznokcie coraz głębiej w ziemię, zakopuję cebulki 
włosów, fragmenty naskórka. Wiję gniazdo 
z traw i patyków. W zeszłym roku 
 widziałam bociany. Może tej wiosny 
zamieszkają po sąsiedzku.

 

 

 

Ze śniegiem przychodzi radość

Wsypywana za kołnierz spływa zimnym strumykiem po plecach.
Płatki śniegu drażnią bardziej niż kłujące igły świerków.
Piszczymy wysokim falsetem, kiedy sople przywierają do ust,
a niebieskie sanki lądują w zaspie. Mamy policzki czerwone 
od mrozu i mokre plamy na spodniach. 
Twój nos błyszczy w słońcu jak wierzchołek lodowej góry. W poszukiwaniu
ciepła przywierasz policzkiem do policzka, ocierasz dłonie o gęste futro psa.

Białe przestrzenie kuszą niewinnością. Zostawiamy na nich ślady
butów, przekomarzań, anielskich skrzydeł. Tracimy hamulce i rozum. 
Czasem trzeba zapomnieć o wieku, zgubić w zaspach powagę. Śmiać się do łez i śpiewać „Last Christmas” bez obaw o opinię sąsiadów. 
 Zamykasz mi usta śniegiem, jestem już pełna wody.
Przemoczeni biegniemy do domu, do ciepła ,grzańca z cynamonem. 
Od progu gubimy skarpetki, swetry, czapki w łosie.
Stajemy przed sobą nadzy, roześmiani. Zimnymi palcami 
pobudzamy krążenie krwi.

 

 

 

Terra

Przyjdzie taki czas, że połączymy się z korzeniami drzew
Przyjmiemy nasiona świerków. Może nawet 
oddamy im serca z nadzieją, że kiedyś 
zaszumią naszym głosem.

Kiedy słońce zaświeci w zenicie, stracimy swój cień 
i nie potwierdzi naszej obecności żadne odtąd - dotąd. 
 Wyjdziemy poza kontury, poza ciała, poza pozy 
i będziemy nadzy jak grudki ziemi i wolni 
jak światło odpływające w bezkres.

 

 

 

Liczba naturalna

Zmienia się wiele, ale nie twoje dłonie. Listopad 
zatacza kręgi. W powietrzu kołują liście. Szorstko 
pod nogami od brązów. A twoje dłonie 
gładkie i czułe obejmują jesień, która we mnie 
mości gniazdo z siwych włosów. Marszczy skórę. 
Zasusza. Przed zimą 
staję się przezroczysta. Prześwietla mnie
listopadowe słońce. Możesz zobaczyć jak układają się
włókna i mięśnie. Jak drży każdy nerw, kiedy 
dotykasz policzka. Pierwszy przymrozek maluje 
zmarszczki na skórze. Zmienia krajobraz twarzy.
Delikatnie ścierasz ze mnie suche łuski i rzucasz na wiatr.
Który to już raz z fragmentów rozproszonych po ziemi
urodzę się nowa, inna ja?

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.