ROBERT KONCA rocznik 70. Tomiki poetyckie: Herezje (1996) i Eter (2006). Antologie: Obserwatorium (2007) i Rzeki epizodyczne (2009 ). Wiersze i opowiadania publikował m.in. w „Słowie”, „Sycynie”, „Krzywym Kole Literatury”, „Nieznanym Świecie”, Kwartalniku Kulturalnym „Kozirynek”, „Gazecie Wyborczej”, w Rosji m.in. w Antologii Żywej Literatury (Sankt Petersburg, 2013) i w Piśmie Literacko-Artystycznym „Niżny Nowogród” (nr 4/2015). Współzałożyciel (z Bogdanem Marszałkiem) Klubu Literackiego im. Julio Cortazara. Jego wiersze były tłumaczone na język angielski i rosyjski.

Foto: Vlado Drago

 
 
 

Manuskrypt Morgana *

W styczniu 1920 postawiłeś kropkę.
Prawie dwa lata po pierwszej wojnie
i ponad dziewiętnaście przed drugą.
Wielu z nas wtedy nie istniało –
już albo jeszcze.

Paragraf trzynasty i dwudziesty drugi
odnoszą się do eteru.
Niekiedy widzę,
jak pochylony piszesz
o absolutnym rachunku różniczkowym
Gaussa i Riemanna;
ręka i kartka
ledwo się zarysowują
w bezkresnej przestrzeni
i gdybym skądś nie wiedział,
że tam jesteś,
pewnie bym cię nie dostrzegł.

Nadal nie znamy
rozmiaru tajemnicy,
a co dopiero jej istoty.

Pojawiamy się,
znikamy,
względnie niewidzialni
mieścimy się gdzieś w pustce.

Coś nas niesie
przez most między światami.
I my niesiemy coś.

*Rękopis artykułu Alberta Einsteina pod tytułem ”Główne myśli i metody teorii względności przedstawione w jej rozwoju.”,
 nazywany Manuskryptem Morgana od miejsca jego przechowywania, czyli Biblioteki Morgana w Nowym Jorku.

 

 

 

Pod źrenicą demiurga

Znowu spokój.
Jakbym był niewidzialny,
a przecież płynę niczym łza
pod źrenicą demiurga.

Nie jestem już wybrańcem samozagłady,
o dłoniach drżących z niepokoju jak gwiazda,
która się dopala na peryferiach wszechświata,
i której nikt nie zdąży nazwać.

Po prostu płynę,
rozgarniając ramionami mrok.
I nie chcę przewidywać
następnej sekundy.

 

 

 

Połączenia

Coraz mniej łączy mnie z tym światem,
coraz więcej z tamtym.
Ludzie i idee przenikają na drugą stronę
od początku obranym wektorem.

Odprowadzam wszystko wzrokiem,
sam opętany ruchem
jednostajnie przyspieszonym.
Rozluźniają się relacje,

jakby kończyły się przygotowania
do powrotu nieobecności,
do wolności od narracji
w pierwszej osobie...

Tutaj zostają opuszczone
miejsca, przerwane rozmowy.
Tam jest tajemnica:
pobyt stały czy może

tylko przechowalnia z usługą wymiany
duszy i pamięci przed wypchnięciem w drogę,
z mapą nowych połączeń
w potencjalnej głowie.

 

 

 

TEORIA STRUN

A może wieczność jest czasem Plancka
Momentem nazbyt krótkim
By coś mogło się zdarzyć
Dlatego wydaje się trwać od zawsze
I można tylko bez końca patrzeć
Na chwilę narodzin pierwszego fotonu
Zastygłą w szarym niezgłębionym tle

Nic się nie dzieje w tym ułamku chwili
Nieznana myśl utknęła między neuronami
Cząstki elementarne nie widzą się w pustce
Nie zdążą opuścić sfery możliwości
By stać się mroczną widmową materią
Hipotetycznym ciężarem wszechświata
Albo zamysłem najczystszego piękna
Proroctwem zła, chaosu, równowagi
Prakształtem naszych twarzy
Książek i splecionych dłoni

Chyba że nasz ekscentryczny sąsiad
Używający tylu różnych imion
Tuż za miedzą - w równoległej przestrzeni
Przez sen dotknie odpowiedniej struny
I poruszy nurt rzek epizodycznych
Litery w poematach i świętych księgach
Bezbłędnie znajdą swoje dawne miejsca
I nasz los będziemy próbowali poznać
Jak zmienną w rachunku prawdopodobieństwa

 

 

 

Trajektorie
          - Dla MG

Świat podobno się kończy,
tymczasem pociągi wożą nas
z miejsca na miejsce.
Jest wiele stacji przeznaczenia,
po drodze zawsze zbyt
gorąco albo zimno,
jakby ktoś nad nami
nieudolnie czuwał.

I jest tak nie do
wytrzymania dobrze,
że skończony kalendarz
śni nowe eony
i są już gotowe
dla nas amplitudy
i nowe trajektorie
dla planet i pociągów.


I znowu będziemy
mogli siebie dostrzec
w składach interregio,
związani liną wersów
na przełęczy peronu –
gdy zdążymy z szyby
zdrapać maskę lodu,
skroplić chmurę oddechu.

 

 

 

Źródło

Jak w wierszu Rúfusa:
przyłączyłem się,
płakałem
i wypiłem wszystko z wami.

Ściskałem wasze dłonie :
jedną ze stali,
druga miała tylko trzy palce.

Kiedy wyszedłem na dziedzinę,
nad szczytem Południcy pochylił się
cień tego, który nasze życie pije –
czasem jednym haustem,
a czasem litościwie –
przez słomkę.

Dziewczyna przy źródle
śmiała się cicho –
trochę kpiąco,
trochę zalotnie,
gdy padłem na kolana,
żeby pić.

Później napiliśmy się siebie
i pod stołem galaktyk
szeptaliśmy o tym,
że byłoby dobrze,
gdyby ten, który wypije nas do dna,
zrobił to bez wstrętu
i się nie udławił.


Závažná Poruba, latem.

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.