JAKUB SAJKOWSKI Rocznik 85. Poeta, lektor języków, tłumacz, recenzent. Redaktor działu krytycznego w sZAFie. Wydał książki poetyckie: Ślizgawki (2010), Google Translator  (2015). Publikacje: m.in. Pro Arte, Arterie, Dwutygodnik, artPapier, na stronie internetowej Biura Literackiego oraz w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej. Finalista i laureat min. projektu Połów, konkursu im. Klemensa Janickiego, oraz Konkursu Krytycznoliterackiego Pulsu Literatury w Łodzi. Laureat stypendium artystycznego miasta Poznania. Prowadzi blog literacki http://czytnikliteracki.blogspot.com.

Fot. Paweł Szałankiewicz

 

O twórczości Yu Hua na przykładzie jego powieści i eseistyki
 

Yu Hua jest jednym z najciekawszych współczesnych chińskich pisarzy, wielokrotnie nagradzanym na arenie międzynarodowej. Jego do bólu realistyczne, przenikliwe powieści pozwoliły mu zdobyć rzeszę czytelników na świecie i w Chinach, pomimo iż jest w swoim pisaniu krytyczny, wręcz bezlitosny, zarówno wobec historii, jak i, a może przede wszystkim, wobec Państwa Środka współcześnie. W poniższym tekście pozwolę sobie przedstawić jego twórczość na przykładzie chyba najpoczytniejszej powieści Huozhe [„To live”], a także skonfrontować ją z najnowszym zbiorem esejów pt. Chiny w dziesięciu słowach. Pierwsza z nich nie ukazała się na razie w tłumaczeniu na polski (bazuję na wersji anglojęzycznej), druga owszem, za to, zapewne przez szczególnie brutalne ostrze krytyki współczesnych Chin, nie miała szans na dystrybucję w Chinach kontynentalnych. Zestawienie dwóch tekstów różnych gatunkowo, a więc eseju, i zapośredniczonej literacko powieści może wydawać się ryzykowne, jednak w tym wypadku właśnie taka konfiguracja pozwoliła na to, aby pewne aspekty zobaczyć w jeszcze szerszym, ciekawszym świetle.

Huozhe ma narrację szkatułkową. We wstępie do powieści pisarz przedstawia spotkanie z Xu Fugui, synem lokalnego bogacza, który w młodości traci rodzinną fortunę przez hazard. A później, starając się naprawić błędy przeszłości, doświadcza kolejnych nieszczęść i cierpienia, tracąc po kolei wszystkich bliskich. Podczas spotkania z drugim narratorem-pisarzem (lub powieściowym alter-ego pisarza), towarzyszy mu jego jedyny przyjaciel, bawół którego kiedyś wykupił, ratując go przed śmiercią. Całość jest narracją prostego człowieka, z rzadka przerywaną komentarzami drugiego narratora. Czas akcji to Chiny głębokich przemian społecznych i politycznych, czasów walk frakcyjnych, wojny domowej, a później rewolucji kulturalnej. Krytycy najczęściej zwracają uwagę na dwa aspekty dzieła: jego wymowę egzystencjalną, a także zawarcie w niej krytyki społeczno-politycznej.

Jeśli chodzi o ten pierwszy aspekt, warto zwrócić uwagę na zakończenie powieści [wszystkie tłumaczenia z angielskiego własne – przyp. JS]:

 

Kiedy ciemna noc zaczęła pojawiać się na niebie, wiedziałem, że za chwilę, wraz zachodzącym słońcem, umrze światło dzisiejszego dnia. Zobaczyłem odsłoniętą, dumną i niezmierzoną pierś horyzontu; ziemia zdawała się wołać do siebie. Tak jak matka woła do siebie swoje dzieci, tak i ziemia zwiastowała nadejście nocy.

 

To opis literacki, poetycki. A teraz skonfrontujmy go ze słowami głównego protagonisty, Xu Fugui, prostego, doświadczonego przez życie człowieka, który wyraża sposób zdecydowanie prostszy i bardziej bezpośredni egzystencjalną myśl, której sens można w zasadzie interpretować podobnie.

 

To rodzice dają ci życie. Jeśli nie chcesz żyć, musisz zapytać ich o zgodę.

 

Opowieść którą snuje Xu Fugui wydaje się opowieścią o głębokiej pokorze wobec losu. W ciągu swojego życia Xu Fugui, jak to jest wspomniane w powieści, w zasadzie traci jakikolwiek powód do trwania, a jednak trwa. Nieszczęście najpierw sprowadza na swoją rodzinę sam, trwoniąc bogactwo rodziny na hazard i prostytutki, potem, gdy stara się naprawić swoje błędy, zostaje porwany w wir wojny domowej. Do rodzinnego domu wraca po dwóch latach, gdzie dowiaduje się o śmierci matki, oraz o tym, że z powodu choroby córka praktycznie całkowicie traci mowę i słuch. W dalszych etapach życia jego syn traci życie w szpitalu z powodu błędu lekarskiego, córka wykrwawia się podczas porodu, jego żona umiera po długiej chorobie, zięć ginie w wypadku, a na końcu jedyny pozostały przy życiu członek rodziny, jego wnuk, zachłystuje się i dusi podczas jedzenia.

Mówiąc półżartem, przypomina to biblijny mit o Hiobie, tyle że bez happy endu. Niemniej, chińscy znajomi, z którymi rozmawiałem na temat tego dzieła, raczej interpretują je jako pochwałę ludzkiej siły i godności, trwania pomimo kolejnych cierpień spadających na głównego bohatera. To, co jest w nim imponujące to spokój z jakim zdaje się przyjmować kolejne cierpienia, brak zastanawiania się nad nimi, użalania się nad sobą. W tym sensie interpretacja Huozhe jako apologii życia i ludzkiej godności wydaje się trafna.

Z drugiej strony, ta opowieść jest wszakże opowieścią jednostki całkowicie bezwolnej, zdolnej jedynie do przeżycia wobec spotykających nią nieszczęść, niezdolnej do jakiegokolwiek oporu. Wspomniana puenta zdaje się tu znacząca – wobec matki ziemi Fugui jest całkowicie bezsilny, nie potrafi pokierować losem swoim i swoich bliskich. Natura wydała jego matkę, żonę, dzieci, wnuka na świat – więc i natura zabiera.

Huozhe zdaje się w tym kontekście mieć także wymowę polityczną – zapośredniczenie w postaci oddania opowieści jednostkowemu, nie-wszechwiedzącemu, subiektywnemu narratorowi zdaje się ją tylko pozornie osłabiać. W rzeczywistości, po pierwsze, sam zabieg oddania narracji bezwolnej, niezdolnej do oporu jednostce, danie jej głosu, wydaje się w pewnym sensie gestem naruszającym wspomnianą przeze mnie hierarchię – tym bardziej, że w pewnym sensie – w całej jej bezsilności – pokazuje niewiarygodną siłę godności i spokoju ducha. Po drugie, Huozhe w szczególnym stopniu staje się społeczno-polityczną krytyką Chin w miejscach, gdy koncepcja kolektywistycznych Chin ery Mao ujawnia swoją głęboką i bezwzględną hierarchiczność. Nawet jeśli często przypadkową i zmieniającą się jak w kalejdoskopie. Najbardziej wymowny wydaje się fragment gdy syn Fugui'a umiera – a umiera oddając krew dla żony ważnego lokalnego urzędnika. Choć sam, pokorny i pogodzony z losem Fugui ocenia, że był to wypadek, opis zdarzenia wyraźnie wskazuje na niedbalstwo lekarzy wobec osoby z nizin społecznych. Pokazuje więc niejako miejsce w szeregu takiej jednostce jak Fugui; osoba stojąca niżej w drabinie społecznej dosłownie wykrwawia się dla osoby stojącej wyżej w drabinie społecznej. Mimo że Yu Hua zdaje się pokazywać, że od czasów Mao hierarchie potrafią w Chinach zmieniać się błyskawicznie, nawet z dnia na dzień, to i ta chwilowa, iluzoryczna władza egzekwowana jest z bezwzględną siłą.

W opisie przemian okresu rewolucji kulturalnej, jej absurdów, terroru a także głodu i krachu gospodarczego, mimo subiektywnego, nie-wszechwiedzącego narratora, Yu Hua pozostaje realistyczny, wręcz naturalistyczny. Zbiór esejów Chiny w dziesięciu słowach konfrontuje natomiast Chiny czasu rewolucji kulturalnej z Chinami współczesnymi. Dotyka też wieli wątków które wydaje się podejmować Huozhe, jednak siłą rzeczy w powieści są one przedstawione – przez konwencję subiektywnego, indywidualnego narratora – w sposób bardzo fragmentaryczny. Na marginesie, Huozhe doczekało się ekranizacji autorstwa Zhanga Yimou, jednego z najpopularniejszych chińskich reżyserów. Ekranizacja ta była w Chinach początkowo zakazana, mimo że ma ona bardziej optymistyczną wymowę niż powieściowy pierwowzór – krytyka czasów rewolucji kulturalnej pozostaje, jednak, w przeciwieństwie do powieści, pojawia się również pozytywne zakończenie – nawiązanie do epoki reform gospodarczych Denga Xiaopinga, która miała być czasem, w którym Chińczycy wreszcie mogą wziąć los w swoje ręce. Chiny w dziesięciu słowach (całość książki, jak nazwa sugeruje, podzielona jest na 10 rozdziałów, jak dziesięć słów) do pewnego stopnia podzielają ten optymizm, o czym niżej, jednak nawet mimo to krytyka późniejszych a także współczesnych Chin wydaje się tu szczególnie brutalna.

Zacznijmy jednak od tego, jak czasy opisane w Huozhe wybrzmiewają w postaci eseistycznej, niezapośredniczonej przez jednostkowy, fragmentaryczny punkt widzenia prostego człowieka. Rewolucja kulturalna w Huozhe to pewne mgliste obrazy, które uważny czytelnik jakoś musi złożyć w całość. Dawny przyjaciel, który był regularnie bity i dręczony przez rewolucyjne bandy, aż w końcu popełnił samobójstwo. Przeraźliwy głód, choć przez takiego bohatera jak Fugui odbierany raczej jako naturalna kolej losu, niż coś, co zostało wywołane przez wielką politykę. W esejach te wszystkie wydarzenia są wzbogacane o liczby, fakty historyczne, takie jak to, że w samym Syczuanie zmarło z powodu głodu 8 milionów, czyli 10 procent ludności. Polityka Wielkiego Skoku natomiast jest wprost nazywana katastrofą. W tym kontekście szczególnie interesujący wydaje się rozdział Przywódca [lingxiu].

Z rozmów ze znajomymi wywnioskowałem między wierszami, że mimo cenzury wiedza o wydarzeniach czasów rewolucji kulturalnej nie jest w Chinach jakoś szczególnie niedostępna. Nie wiadomo wszakże czy jest to wiedza podręcznikowa, ale wielu z tych którzy przeżyli te czasy (choć pewnie nie wszyscy) dzielili się swoją wiedzą z dziećmi czy wnukami. Zresztą, jeśli należy oficjalnie chwalić Chiny za błyskawiczny skok gospodarczy, to nielogiczne byłoby negowanie czasów ogromnej biedy. Bo gdzieś ten skok się przecież zaczął. Przekonanie więc że kiedyś Chiny były szare i biedne (ale teraz to co innego), wydaje się dość popularne. Ba, zdecydowanie większym tabu wydaje się krytyka Chin współczesnych, to znaczy tego, jakim kosztem wielki skok gospodarczy Chin się dokonuje czy dokonał.

Nie oznacza to jednak że Przywódca który był wtedy u sterów jest pogardzany. Przeciwnie, jego myśl jest nadal obowiązkowo wykładana w szkołach i uniwersytetach; poza tym, mimo że wiele rzeczy, które dzieją się w Chinach, z komunizmem czy socjalizmem wydają się nie mieć nic wspólnego (przynajmniej w sensie ekonomicznym), broń boże zaprzeczyć że Chiny, kraj galopującego kapitalizmu, z płatną służbą zdrowia i relatywnie niskimi podatkami, jest krajem socjalistycznym. Moja znajoma kiedyś mi napisała: choć wiemy, że popełnił błędy, to i tak bardzo go kochamy, co czyniłoby relację Chińczyków i Mao czymś w rodzaju toksycznej miłości, partnera, który pije, bije, ale trudno się od niego uwolnić. Jednak to nie jest chyba trafne porównanie, zdecydowanie trafniejszym byłoby określenie Mao jako postaci mitycznej.

Co ciekawe, w rozdziale Przywódca tak przenikliwy pisarz jako Yu Hua również ulega temu mitowi. Z jednej strony bez znieczulenia opisuje jego czasy (w Huozhe fragmentarycznie, lecz naturalistycznie, w esejach realistyczne opowieści wzbogaca o twarde dane i fakty), a z drugiej strony pozwala sobie na takie zdania:

 

Gdyby zorganizować konkurs na słowo, które najbardziej i najszybciej się zdewaluowało w ciągu ostatnich trzydziestu lat, bez wątpienia zwycięzcą byłby „przywódca”. W czasach rewolucji kulturalnej słowo „przywódca”, święte i pełne mocy, było synonimem „Przewodniczącego Mao i jego prywatną własnością”. Żaden człowiek, nawet we snach, nie śmiał nazwać się „przywódcą”.
 

 

I jeszcze jeden cytat:
 

 

Wtedy przypominam sobie stojącego na trybunie przy Tiananmen Mao Zedonga i wrażenie jakie wywierał, gdy machał jedynie on, a reszta klaskała. Patrząc na przeszłość z dzisiejszej perspektywy, odnoszę wrażenie, że obecnie Chiny nie mają już przywódcy, a jedynie przywództwo.

 

Mao jako mityczna figura przywódcy? Osoba jednocześnie odpowiedzialna za katastrofę, a jednocześnie nie, bo figura mityczna, występująca poza czasem nie może być za nic odpowiedzialna? Yu Hua sugeruje jeszcze jedno wytłumaczenie tego paradoksu, który niekoniecznie musi być paradoksem. Słowem-kluczem (i słowem-kluczem do innego rozdziału jego zbioru esejów) wydaje się Rewolucja.

Mit Mao Zedonga jest tutaj mitem założycielskim rewolucji, która, jak sugeruje Yu Hua, trwa w Chinach permanentnie od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Niegdyś komunizm, dziś z jednej strony galopujący kapitalizm a z drugiej – gigantyczne inwestycje infrastrukturalne – wszystko to łączy ten sam zapał rewolucyjny. A rewolucja, jak twierdził towarzysz Mao, to nie spotkanie przy herbacie. Niegdyś regiony ścigały się w nadprodukcji stali, dziś ścigają się, na przykład, w nadprodukcji dróg, dzięki czemu powstają autostrady, po których nikt nie jeździ. Niegdyś plądrowanie mieszkań w celu „kolektywizacji”, dziś burzenie mieszkań i wyrzucanie ludzi z domów z dnia na dzień, gdy zaistnieje taka potrzeba na styku biznesu i władzy. Pozycja Yu Hua jest następująca: skok gospodarczy i infrastrukturalny, jakiego dokonały Chiny, jest rzeczywiście błyskawiczny i imponujący, natomiast niewielu zdaje sobie sprawę z tego, jakim kosztem się dokonał.

 

W pędzącej gospodarce Chin przemoc w stylu rewolucji kulturalnej wciąż istnieje nie tylko wśród zwykłych ludzi, ale wewnątrz aparatu władzy. Wystarczy spojrzeć na postępy urbanizacji w Chinach, jak całe połacie starych domów błyskawicznie znikają z powierzchni ziemi, a na ich miejscu równie szybko wyrastają wieżowce i drapacze chmur (…). Za takimi scenami stoi model rozwoju oparty na rewolucyjnej przemocy zaczerpniętej z czasów rewolucji kulturalnej. Lokalne władze (…) siłą wywożą ludzi, którzy nie chcą opuścić swoich domów (…). Pozbawieni dachu nad głową, muszą pogodzić się z rzeczywistością i zamieszkać w domach przydzielonych przez lokalne władze.

 

Autor dostrzega więc ciągłość pomiędzy pozornie nieprzystającymi do siebie Chinami lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a Chinami współczesnymi.

Z jednej strony zauważa, że reformy gospodarcze Denga Xiaopinga pozwoliły wielu ludziom z nizin społecznych wybić się, dzięki sprytowi i determinacji (ale też dzięki bezwzględności i często jawnemu łamaniu prawa) – z drugiej, nierzadko są to historie błyskawicznych wzlotów i błyskawicznych upadków. Poza tym, autor pozwala sobie także na ocenę moralną współczesnych Chin – jest to ocena dość jednoznaczna.

 

Chociaż życie za czasów Mao było biedne i niszczące osobowość, to nie istniała powszechna i okrutna walka o byt (…). Wszyscy żyli tak samo skromnie i oszczędnie i wystarczyło zachować ostrożność, żeby spokojnie przejść przez życie. Dzisiejsze Chiny są zupełnie inne, rywalizacja jest tak brutalna, a presja tak duża, że dla wielu Chińczyków przetrwanie przypomina walkę na polu bitwy. W takim społeczeństwie silni zjadają słabych, rozpowszechniają się grabieże i oszustwa, dlatego często praworządni i uczciwi przegrywają, a bezczelni i bez skrupułów osiągają sukces.

 

Z tak bezlitosnymi wnioskami można się oczywiście nie zgadzać, choć trudno nie docenić zwięzłości i przenikliwości autora. Tu postawię kropkę, choć nie napisałem nic o zachwycających rozdziałach, takich jak Podróbki (jako gesty anarchistyczne) czy Bujanie, czyt. kombinowanie, ściemnianie (jako rodzaj cnoty). Nie wiadomo czy te książki pozwalają lepiej zrozumieć Chiny, jeśli tak się wydaje, to pewnie tylko pozory – z pewnością jednak pióro Yu Hua jest przenikliwe i nierzadko wydaje się trafiać w sedno. Pozwala się jednocześnie Chinami zafascynować i przerazić. A jednocześnie autor – czy to głosem własnym, czy kryjącym się za maską wykreowanych przez siebie bohaterów – posiada umiejętność opowiadania historii, które wciągają błyskawicznie i na długo. Dla mnie osobiście Yu Hua to lektura obowiązkowa.


Na podstawie:

Yu Hua, To live, przeł. na angielski Michael Berry, Anchor Books, New York 2013
 

 

 

 

 

 

 


Yu Hua, Chiny w dziesięciu słowach, przeł. na polski Katarzyna Sarek, Wydawnictwo Dialog, Kraków 2010
 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.