|

 

MAŁGORZATA POŁUDNIAK – redaktorka „sZAFy”, felietonistka „eleWatora”. Autorka tomików: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016).

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy

 

 
 
 

Wiersze pierwsze i drugie
 

Pierwsze kojarzą mi się z pokazywaniem. Spójrz – jesteśmy różni, ale niedorzecznie jest wymyślać, że coś nas dzieli. Karol Ketzer ujednolica płeć. Zwyczajnie zrywa z podziałem ról, odmienności i tradycji. To papier dzieli. Trwałość umożliwia przetrwanie. Tak ten proces określa: Na papierze dzieli nas rzeka. Tej blizny nie zakryje najwymyślniejszy makijaż[1]. Czy to znaczy, że podstawą konstrukcji jest to, co najłatwiej zdefiniować? Rozwinąć koncepcję kulturowego bytu jakby to był jeden organizm, obrzęk? Woda, która pieści kontynenty, wpływa, wypływa, przepływa. Brzegi wypełnione i niebezpieczne. A przecież i tak natura znajdzie własne rozwiązanie i wskaże naszą rolę w życiu. Dopasowywanie się do mody, pozowanie do wizerunku, ograniczenie własnej świadomości. O tym są wiersze pierwsze w tomie Pięszczoty. O tandecie, która rozleniwia i nie pozostawia złudzeń, co do ludzkiej kondycji wewnętrznej. O zawłaszczaniu czyjejś myśli, a może doklejaniu epitetów, masek, jakieś innej tożsamości – Chodzi za mną nie mój cień. Od takich cieni zostają plamy (...) aż do kości[2]. Wiersze pierwsze kończy uniwersalny manifest. Jak jest w rzeczywistości, kto jest poza mną i tobą. Kto się ukrywa w tych wszystkich słowach, rodzajach, wcieleniach. To podporządkowanie się bezrefleksyjnemu nastrojowi tego, co nas otacza albo coś na podobieństwo toczących się zmian. Złudzenie, że siła jest tym, co nas nakręca, a miłość, tym, co daje życie. Lekceważące słowa o wegetarianach, które krążą w świadomości wielu ludzi, brak szacunku dla zwierząt, o jakim nie śniło się zwykłym świniom, a nawet świniom wegetarian[3]. To pierwszy powód, by zdecydować, kim chcemy być i jakie rozwiązania wpływają na pełne zrozumienie i dostrzeganie innych istot. Pieszczotliwe „ty” pieści, a może jest to objaw czegoś niedostrzegalnego, jakiejś przemiany, gdzie poeta używa faktów jako lirycznego wyzwolenia, które pozwoli zawładnąć wyobraźnią i dokonać czytelnikowi wystarczającej mu interpretacji. Uwolnić się od stereotypów i przejść do wierszy drugich. Napisane szerszą frazą, nie są jedynie symbolami. Krótkie historie, nauczki z życia. Jakby poeta ostrzegał przed konsekwencjami bycia kimś dla kogoś. Od nadmiaru słów krew tłoczy się i ktoś nadmiernie wrażliwy mógłby skrzywić się z bólu, jaki zadaje podmiot liryczny. Pozwala sobie wyrywać nóżki w locie[4]. Konkretne sytuacje – w szkole, w łóżku, w towarzystwie. Rozmowy o logice, o pocałunkach, bajki fantastyczne i fantazje. Poezja Karola roi się w sobie[5] i możliwe, że gdybym była krytykiem literackim, potrafiłabym bardziej szczegółowo prawić morały na temat warstw, które przenikają się w jego wersach. Możliwe również, że dokonuje się w nich jakaś rekonstrukcja tożsamości, która układa się jak melodia. Młodzieńcze przeżycia. Przejścia. Wyjścia do galerii, muzeów, pocałunki z filmów albo lot w kosmos. Poeta wydaje się sentymentalnym aplikantem, który rozlicza napotkanych ludzi z przemilczeń, wykorzystanych subwencji, a może zwyczajnie coś go uwiera. Tworzy własne określenia tych stanów. Jakby był poza ciałem i nie dotyczyło go wsiąkanie płynów ustrojowych w kanapę czy sukcesy i porażki osób, które opisuje. Jakaś wspólna sprawa, która rozdziera człowieka i bywa on trochę tym, a trochę tamtym. Podnosi wzrok i jest już jakby kimś w innym wcieleniu. Jakby bezbronnym muzykiem, którego pobiła próżność albo bezgłośną prawdą, burzą, która przyniesie ukojenie. Wiersze bywają życiodajną siłą, tyle że komu są teraz potrzebne wiersze? W erze bomb atomowych i tragikomicznych opowieściach tuż za rogiem[6]. Mafijne struktury i bezbronność, groteskowe zestawianie obrazów ludzi o tych samych skłonnościach. U Karola wiersze są plastrami na najróżniejsze dolegliwości. I myślę, że współcześnie należy podejmować próbę zrozumienia właśnie takich uprzedmiotowionych zestawów słów. Wielu ludzi, którzy twierdzą, że poezja się skończyła, że wiersze są nieważne i pisanie jest bardziej terapią dla piszącego niż dla czytelnika, plotą bzdury. Potrafiłabym się o takie liryki pokłócić tylko dlatego, że umiejętność czytania ze zrozumieniem odchodzi w niebyt. I myślę, że w jakiejś części te wiersze są właśnie o tym wszystkim, co nam się przytrafia każdego dnia. Zdumiewa mnie barwność tych wierszy, miejsc, do których sięgają, przerastają i wrastają, robienie tego z kimś, myśląc o kimś innym, to jedyny sposób, żeby nie zwariować[7].

            (...) Oczywiście, że ich pieszczoty to w gruncie rzeczy
            Mdłe modlitwy o życie grzeszne.
            Mętne mantry szyte na miarę.
            Crème de la crème wśród mantr i mątw
[7].



Przypisy:

1. Karol Ketzer, Pięszczoty, Poznań 2016, Jej brzegi, strona 7
2. Tamże, Niemójcień, strona 11
3. Tamże, Pięszczoty, strona 12
4. Tamże, Zimorośle, strona 15
5. Tamże, Urój, strona 17
6. Tamże, Tuż za rogiem, strona 27
7. Tamże, Randewu kung-fu, strona 41



Karol Ketzer, Pięszczoty, WBPiCAK, Poznań 2016

 

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.