|

 

KAROL MALISZEWSKI – rocznik 60. Urodził się w Nowej Rudzie, gdzie mieszka do dzisiaj. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował osiem zbiorów wierszy – ostatnie to Potrawy pośmiertne, 2010 i Ody odbite, 2012 oraz pięć książek prozatorskich, m.in. Faramucha, 2001, Sajgon, 2009, Manekiny, 2012. W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach. Ostatnio wydał: Nowa poezja polska 1989-1999. Rozważania i uwagi (2005), Rozproszone głosy. Notatki krytyka (2006), Po debiucie (2008), Pociąg do literatury (2010). Jest współautorem podręcznika Jak zostać pisarzem, 2011.

 
 
 

Mowa obok jego mowy. Kilka zdań o interesującym debiucie
 

Głupio jest przy tak mądrej, świadomej prozie cokolwiek dodawać, wygłaszać mowy. Jej mądrość obejmuje także kwestie dotyczące reprezentowania, wygłaszania, formalizowania opinii, oceny. Tej prozie najlepiej w entourage’u dzikości, mimowolności, spontaniczności. A tu przychodzi jakiś starszy gość w binoklach i układa w słowa coś, co zostało ułożone o wiele celniej, zgrabniej. Tu nawiązuję wprost do stanu świadomości ujawnionego w opowiadaniu Metoda oddychania. To chyba najbardziej z całego zbioru filozoficzny, intelektualny tekst, skoncentrowany na autorskiej (jak się wydaje) teorii przeżywania-poznawania, wdechu-wydechu, mantrowania słowami-doznaniami. W tej wizji są również ci, którzy wygłaszają, nauczają – „rozumne czaszki o posiwiałych skalpach i statecznych minach. Głowy: rodzin, sekt, narodów. Sprawiedliwi ojcowie synów marnotrawnych. Jakże grzmią. Jakże potrząsają...”. Nie mam kwalifikacji, żeby być kimś takim. Relacjonuję państwu wrażenia, nic więcej.

A te są bardzo dobre. W tym samym opowiadaniu przywoływany monolog wypycha z siebie wspomnienie, scenę, sytuację. Chodzi o relację między synem i ojcem, odwiecznie powtarzane rytuały, zapisane w niektórych religiach jako podstawowe. I tak się zastanawiam, czy w nawale rzemieślniczej pracy święty Józef zdążył kiedykolwiek porozmawiać z nastoletnim Jezusem o dziewczynach i tych sprawach. Ojciec bohatera usiłuje to czynić przy niedzielnym obiadku i raczej po to, żeby upokorzyć, niż pomóc czy poradzić. Przy okazji pojawia się następny problem – norm i normalności zachowań, sposobów bycia, odczuwania i rozumienia. To wszystko jest bardzo ważne dla rozdygotanych i nadwrażliwych bohaterów prozy Daniela Fernadesa da Fonseci. Oni chcą wiedzieć, jak trzeba się zachować, jak żyć, jak odnieść się do tego czy tamtego, co wybrać i czy to będzie w porządku, a kto ustanawia ten porządek – i tak dalej w nieskończoność.

Kto wie, czy właśnie ta warstwa literackiego i psychologicznego bogactwa książki debiutanta nie jest w pierwszym czytaniu najbardziej intrygującą dla starszego czytelnika. Chwilami już nie pamięta się tamtych zapałów, porywów, gorączek, absurdów postępowania, decydowania, wybierania, niespodziewanych wyskoków; w procesie petryfikacji nie pamięta skała, że była kiedyś gotową na wszystko lawą.

I tu – przy tym wszystkim – bardzo ciekawą i wyjątkowo oryginalną jest jedna rzecz. Jeżeli teksty te są czymś w rodzaju instrukcji obsługi, a przynajmniej zrozumienia, młodego człowieka (bytu kształtowanego przez różne razy i przypadki między 16 a 22 rokiem życia), to wydają się one pisane przez kogoś znacznie starszego. Nastoletnie opowieści, w których język zachowuje się jak ktoś dorosły, dojrzały, doświadczony. Klasa tego języka, biorącego w sugestywne, wyraziste karby nieco niejasne czy wręcz galaretowate doświadczanie przejścia w dorosłość, była wartością, która od razu zwróciła uwagę jurorów. Pamiętam, jak na obradach zarzucaliśmy się co barwniejszymi fragmentami. Mówiliśmy o prozaiku jak o poecie, który potrafi wspomóc narrację rześkim porównaniem, niebanalną metaforą.

A więc między prozą a poezją rozkładają się tu najważniejsze akcenty, między dzieciństwem a dorosłością, pewnością a wahaniem, szukaniem języka a każdorazowym jego odnalezieniem, wreszcie między codziennością (pozornie szarą, niemą i głuchą jak na towarzyszących opowiadaniom fotografiach) a jej potencjalnym zaprzeczeniem w wykonaniu wyobraźni gotowej na wiele – i to nie tylko w oparach marihuanowego skręta. Mógłbym tak wyliczać jeszcze długo, bo to prawdziwa radość, gdy tu, w Świdnicy, natrafiamy na perłę, ale wolę znów przytoczyć fragment: „Po co opisywać wojenny i godowy taniec polityki, kapryśne przemiany własnego ciała, obroty gospodarki i ciał niebieskich. Wszystkie te ruchy tektoniczne wiecznie obcego świata, cały ten kostium okoliczności, których jest dzieckiem i zakładnikiem. (...) Po co o tym myśleć i pisać, skoro i tak nie odda się nic z istoty rzeczy”.

Przy niektórych pisarzach takie pytania nie mają sensu, ponieważ umieją oni znaleźć język, żeby to mimo wszystko wyrazić. Panie i panowie, jesteście właśnie świadkami narodzin jednego z nich.


Daniel Fernandes da Fonseca, Ozory, Miejska Biblioteka Publiczna im. C. K. Norwida w Świdnicy, Świdnica 2016

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.