EWA FRĄCZEK – Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.

 

 
 

O trzech płytach i trzech poetach
 

Gdybym wiedziała, że nadejdzie dzień, w którym będę pisała recenzję składanki wydanej przez Empik, po pierwsze, nie zarzekałabym się, że nie uznaję składanek i że składanki to phi, też mi coś. Po drugie, nie nazywałabym popularnej sieci sklepów „pożałowania godnym składowiskiem czekoladek i kolorowanek, udającym tylko księgarnię”. Kajam się za to i przepraszam, opowiadając w imię rekompensaty swoją empikową historię.

Było to tak: weszłam byłam do wspomnianej sieci – traktowanej w dni powszednie z pogardą, a od święta jednak eksploatowanej – i kupiłam płytę pod tytułem Bolesław Leśmian Zaśpiewany. Na okładce różowy pasek i twarz Leśmiana. W przeciągu dwóch tygodni dokupiłam z tej samej serii płytę z poezją Broniewskiego, Miłosza, Tuwima, Mickiewicza (!), Szymborskiej, Herberta, Baczyńskiego, Norwida i Brechta. Jednak jako że nie byłam w stanie wszystkich odsłuchać po czterdzieści razy, wstrzymam się z opowieścią o siedmiu ostatnich – następnym razem, Panie i Panowie. Wytrzymacie? Wytrzymamy.

O serii ogólnie: nierówna, ale... Ale nareszcie nie śpiewa Umer z Zamachowskim i Machalicą. I nie to, żebym coś do nich miała, absolutnie. Ale ileż można katować te same nazwiska? Od Zielono mi, jednego z najważniejszych koncertów w moim życiu ścieranym od oglądania na VHS a potem DVD, upłynęły dwie dekady (Chryste Panie...), więc czas na nowe nazwiska, nowe aranżacje i nowe emocje. Let`s start...
 

Bolesław Leśmian Zaśpiewany

Zacznę od płyty, która doprowadzała mnie do świszczących wdechów i wydechów, która bez przerwy leciała w samochodzie, na tak zwane okrągło, a ja wymyślałam powody, gdzie by tu jeszcze pojechać, żeby mieć pretekst do jej ponownego odtworzenia.

Na dwadzieścia kawałków dwa uważam za kiepskie, a jeden za taki, który jest muzycznie ciekawy, ale nie w moim guście. Kiepskie – pan z gitarką w utworze Śni się lasom las (nuda i powiew zbyt Starego Dobrego Małżeństwa) oraz Po ciemku, banalna melodia, którą dałoby się uratować, gdyby nie typowy dla Lubelskiej Federacji Bardów patos (czy nawet nadpatos). Nie leży mi Garbus i nie dlatego, że Ewę Demarczyk uważam za świętą i o Jezu, nie ruszać jej kawałków (wręcz przeciwnie: bierzcie i aranżujcie z tego wszyscy), ale dlatego, że do tekstu nie pasuje mi wesoła melodia. Ale rozumiem, że może się ten kawałek podobać tak zwanym innym.

I tyle minusów. Poza tym nic mi nie dało takiej dawki emocji od bardzo dawna (a dokładniej od wydania przez Trio Łódzko-Chojnowskie płyty Sny i sny, ale to ponad rok temu już). Płakałam ze wzruszenia od końca grudnia do połowy stycznia: nad majstersztykiem aranżacji Magdaleny Kumorek (kobieto! wow!!!) i zespołu Chwila Nieuwagi, nad różnorodnością, nad pomysłowością (Jan Janga Tomaszewski i Zazdrość moja bezsilna po łożu się miota, wspaniałości), nad adekwatnością muzyki do tekstów, nad Szewczykiem zasadniczo i nad tym, że nawet w kultowej Dziewczyny nikt nie zepsuł (a wręcz przeciwnie), nad uchwyceniem leśmianowego ducha, który krąży między niebem a piekłem, wśród słynnych przestworzy, które w locie starannie omija duch Boży...

A potem musiałam zmienić już płytę, bo wszędzie widziałam śmiercie trzymające się za dłonie oraz duchy umarłych opojów – nie mówiąc już o tym, jakie pomysły natury erotycznej mogą po tej poezji przychodzić do głowy. A zmiana była niczym łupnięcie, obuchem w łeb. To jakby z weganizmu przejść na dietę jaskiniowców.
 

Władysław Broniewski Zaśpiewany

Władysław Broniewski jest tak różny od Leśmiana, jak Matejko od Picassa. Ale nie powiem, aranżacje też są na tej płycie całkiem ciekawe. Nie spodziewałam się na przykład, że mnie wykonanie Michała Bajora może ruszyć, a tu proszę: do mojego ulubionego Baru pod zdechłym psem jakoś ten drżący tembr pasuje... Problemy z płytą jednak pewne mam, mniej i bardziej obiektywne, bądź zupełnie subiektywne.

Z tych pierwszych: dwa utwory (Do widzenia, żono i Wiersz anty-kobiecy) są wykonane przez zespół (?) pod tytułem Projekt Volodia i ja rozumiem artystyczny zamysł tegoż, ale dopiero zaświadczenia od lekarza kazałyby mi uwierzyć, że ta chrypka jest autentyczna. I nawet nie problem z tym, że chyba nie jest, ale z tym, że istnieją pewne granice. A ich przekroczenie sprawiło, że okrutnie to to męczące jest... Także pierwszy raz tutaj usłyszałam niejakiego Romana Kołakowskiego, który okazuje się być dobrym tekściarzem, tłumaczem (i jego kompozycje też niezłe niektóre, sprawdziłam), ale po piosence Rimbaud musiałabym wziąć wielki mikroskop, aby dostrzec różnicę między nim, a wczesnym Kaczmarskim. Nawet głos moduluje identycznie, a przecież to już było i nie wróci więcej... Więc może lepiej zupełnie, ale to zupełnie inaczej spróbować?

Z problemów wybitnie subiektywnych: bałam się, że u Broniewskiego będzie nieco za dużo butów z Narwiku i niemieckich granatów, ale okazało się, że nie, że bardziej nie leżą mi klimaty nadmiernie pijackie (nie licząc Baru pod zdechłym psem), a także słowa „poeta”, ale o słowie „poeta” zaraz – w paragrafie o Miłoszu.

Plusy: tu na piętnaście utworów bardzo podoba mi się dziewięć. To dużo, moim skromnym zdaniem (choć tak, wiem, mniej niż w przypadku „tej pierwszej” płyty). Poza tym, o dziwo, nawet wiersz, którego nie lubię w wersji czytanej, wraz z ciekawą aranżacją zyskał nowe życie – o Krzyku ostatecznym mowa.

Podobnie jak w przypadku Dziewczyny Leśmiana – a więc wiersza recytowanego przez całe rzesze ludzkie, a przynajmniej polskie – tak i Ballady i Romanse to tekst w twórczości Broniewskiego kultowy. I to i to śpiewała niejaka Agata Klimczak i zrobiła to tak pięknie, że po przesłuchaniu obydwu płyt, zaczęłam sprawdzać z nadzieją spis treści pozostałych krążków z serii i... jest! Jest! Na przykład u Miłosza.
 

Czesław Miłosz Zaśpiewany

Nie wierzyłam, że się da, przepraszam, panie Czesławie. Pan wie, że ja uważam Pana za kapelusze z głów i alleluja mimo wszystko, ale nie wierzyłam, że Pana teksty i muzyka... a tu proszę! Da się! Dało!

Od razu powiem, w kontekście „nie wierzyłam”, że tu jestem z założenia mniej surowa. Tak ciężkie, gęste i mozolne wiersze (Kołysanka) to przecież dla kompozytora orka na ugorze, o wiele trudniejsze niż melodyjny Leśmian czy równie melodyjny Broniewski. Z drugiej strony tym bardziej nie pasuje do nich wspomniana gitarka i późny Kaczmarski, czytaj: „Roman Kołakowski”. A właśnie on, chyba niestety, wykonuje Campo di Fiori oraz Balladę, tę o Gajcym. Ja tego nie łykam.

Ale za to: przejmujące Który skrzywdziłeś, świetne W cieniu imperium (nie wyobrażam sobie innego wykonania! Bardzo adekwatny klimat muzyczny względem słów, człowiekowi od razu jakoś tak głupio, a chyba o to chodziło...), znowu moja nowa ulubiona Agata Klimczak (Jakakolwiek jest boleść) i inne nie najgorsze.

Przyczepię się jednak, bo muszę, nie tyle aranżacji i płyty, co Miłosza, z którym mam jakiś problem formalny pod tytułem: ile razy można użyć słowa „poeta”? Dlaczego? I po co? Wiem, to mój prywatny rozrachunek, ale nie wytrzymałam, więc pytam ponownie, samą siebie, miłoszowego ducha – czy naprawdę „poeta pamięta” i czy naprawdę przesłanie w Campo di Fiori musiało ocierać się o jakąś absurdalną wiarę w to, że piszący wiersze jest wrażliwy do tego stopnia, że wrażliwością swoją zmienia świat? Jak długo można używać tego słowa na serio? Dzień dobry, mam na imię Ewa i jestem poetką? O nieeeee!!!

Ps. Czy ktoś może mi przy okazji wyjaśnić kontekst wiersza Miłosza Na cześć Księdza Baki? Podoba mi się i tekst (nie znałam) i muzyka, ale nic nie rozumiem...

Ps.2. Rozumiem, że kolejne dwa odcinki, na temat kolejnych płyt z serii, w kolejnych „Szafach”...? Już odpalam odtwarzacz i wrzucam Tuwima, cierpliwości!

 

© sZAFa 2017
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.