EWA FRĄCZEK – Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.

 

 
 

Rechot w teatrze

„Sprawy ludzkie nie zasługują zaiste na to, żeby przykładać do nich wielką wagę,
niemniej musimy przykładać do nich wagę i w tym właśnie tkwi cała bieda”

Platon, Prawa

 

Śmiechu mi trzeba, ale nie na te dziwne czasy, lecz na czasy wszelakie. Tylko niestety – własnego. Niewytłumaczalne niczym ryki cudze na kolejnej teatralnej komedii, która nie była ani trochę śmieszna, albo była śmieszna tylko trochę, budzą we mnie przestrach i konieczność studiowania pod lupą własnych linii papilarnych i ośrodków mózgu odpowiadających za to i owo. Czy ja nie mam poczucia humoru? Czy po prostu nie osiągnęłam poziomu, w którym słysząc przekleństwo lub żart powtórzony po trzykroć, zaczynam tarzać się po podłodze kin i teatrów, wyjąc z tego, co przetworzone, zrepetowane, banalne? Czy na serio Mariolka i kolejna komedia omyłek to szczyty pragnienia dla homo ludens? I jak to się dzieje, że przecież często kwiczę, chrumkam i wyję ja – tylko jakby w zupełnie innych momentach?

Homo ludens i antyczna komedia, czyli natura i kultura

Bez zjawiska zabawy i śmiechu kultura ludzka nie istnieje – przynajmniej według znanego badacza, Johana Huzinga, który jest jakby klasykiem problemu. I on i wszyscy inni znawcy tematu podkreślali zawsze, że zabawa i śmiech mają charakter absolutnie niezależny, nie służą podtrzymaniu funkcji życiowych, nie wiążą się z biologiczną koniecznością przetrwania i w ogóle są trochę ewolucyjnie od czapy. Ich rola wiąże się raczej z podtrzymaniem funkcji społecznych – bo śmiać się razem zawsze jakoś lepiej niż w pojedynkę. I choć zabawa jako taka nie wyznacza wcale natury ludzkiej (kto ogląda filmy przyrodnicze ten wie, że równie imprezowe co my, są małpy czy wrony), to jednak w połączeniu ze śmiechem wrzucona jest raczej do worka z napisem „człowiek”.

Według antropologów poczucie humoru, czyli zagadnienie nieco szersze niż „zabawa”, już bardziej ludzkie, podobno jest sposobem radzenia sobie z hipotetycznymi zagrożeniami i odległymi zmartwieniami. I to odległymi w przyszłości, jak i w przeszłości. Kiedy wyobrażamy sobie siebie jako starców ścigających się na wózkach inwalidzkich, niewątpliwie może być to śmieszne – dopóki wózek nie pojawi się w naszym obszarze jako realne zagrożenie. Z doświadczenia wiadomo też, że osoba już pogodzona z kalectwem czy starością znów jest w stanie się z nich po pewnym czasie śmiać... W tym kontekście dziękujemy ci, naturo ludzka, za ten dar. Dzięki tobie nie telepiemy się ze strachu przed nadchodzącym i nie kiwamy na skutek traumatycznych wspomnień, no i przynajmniej nie jest tak strasznie od poniedziałku do niedzieli... Dzięki tobie już starożytni po Antygonie pędzili od razu na Chmury i krzywiąc się na Wielkie Dionizja wiwatowali w kierunku małych, a Arystofanes święcił triumfy, kłaniając się na prawo i lewo. Później komedie tworzyła każda epoka, nawet średniowiecze przymknęło oko i pozwoliło rozwinąć się farsie. I tak do dziś jest, choć dziś to zewsząd otacza nas coś w rodzaju nakazu śmiechu nawet i społecznego przymusu, czego wybitnym przykładem jest zjawisko sitcomu podpowiadającego nam uprzejmie, kiedy mamy wyszczerzyć zęby.

Pozostaje jednak pytanie – co jest śmieszne, skoro bawi nas jednak, mimo wspólnej ewolucji, coś innego? Tu nie będę szukać wspólnoty w wierze, żadnej wspólnoty nie będę szukać. Bo po pierwsze zagadki obiektywizmu (czyli odpowiedzi na pytanie czy istnieje odrobinę przynajmniej obiektywny „smak” i „klasa”) nie rozwiążę, a po drugie swojej frustracji nie uleczę. A frustracja dotyczy chęci chodzenia do teatru...

Strasznie śmieszna kurwa

To zdarzyło się tak wiele razy w kinie i na koncertach, że ograniczę się wyłącznie do teatru. Byłam raz na Kwartecie w teatrze Imka, w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Grał Frycz, Peszek, Grabowski i Karolak. A ja upadłam na kolana i modliłam się o tlen, bowiem nie mogłam już nadążyć, nie mogłam już oddychać, łapałam haustami powietrze jako ta ryba i pierwszy raz widziałam swojego partnera życiowego – towarzyszącego mi na spektaklu – w spazmach, z twarzą wykrzywioną i wykręconą... Do dziś wspominamy z łezką to euforyczne wydarzenie, do dziś mówię, że eeeej, tak jak na Kwartecie to się nigdy nie śmiałam....

Może jeszcze na Bogu Woody`ego Allena w reżyserii Grzegorza Kempinsky`ego w Teatrze Osterwy w Lublinie... Może na spektaklu teatru Korez w Katowicach, gdy grali Scenariusz dla trzech aktorów... I tak, Henryk Sienkiewicz Greatest Hits w Imce w reżyserii Krzysztofa Materny, tam też pękła mi wątroba. O, jeszcze Najdroższy w reżyserii Wojciecha Adamczyka w Teatrze Współczesnym w Warszawie był śmiesznym spektaklem – może już bez kwiku, ale szczerze, serio, ze smakiem... I pewnie jeszcze wiele, wiele innych sztuk, których nie widziałam – a szkoda – mogło bawić i bawiło.

I nie, nie zamierzam teraz wymieniać wszystkich spektakli, na których kręciłam z niedowierzaniem głową – lekkich, bez szału, bez gry aktorskiej, bez tego, śmego i owego. Powyższa lista nie oznacza też, że wymienione w niej tytuły to były najlepsze spektakle, na jakich byłam, bo nie. Po prostu najśmieszniejsze. Zamierzam za to poruszyć dwa palące problemy. Pierwszy z nich można by ująć następująco: „Istnieją, drodzy panowie i drogie panie także sztuki poważne i obowiązkiem Waszym nie jest śmianie się za wszelką cenę. Chyba, że nie zrozumieliście, że to tragedia jest”. Drugi palący problem, ujęty w formę pytania, brzmi: „Ej, to na serio było śmieszne?”.

Największe wrażenie w kontekście pierwszego zagadnienia zrobiła na mnie Kotka na gorącym blaszanym dachu w Teatrze Narodowym (w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza). Janusz Gajos i Edyta Olszówka grali... no, wiadomo jak. Jak to oni. Mieli też pole do popisu: odtrącenie, zdrada, pogarda, udawanie, udawanie, udawanie, żebranie o miłość... Nie mówię, że sztuka była doskonała, ale na pewno znacząca, skłaniająca do refleksji. Gorzka. I wszystko byłoby ok, ale publiczność nie zauważyła, że to nie jest komedia. Że wykrzywianie się na widok własnej żony nie jest tu kalką z serialu Allo! Allo!, tylko dramatem dwojga ludzi, odzwierciedleniem najgorszej zadry wbijającej się klinem w całe ciało z kręgosłupem włącznie. Że słowo „kurwa” nie stanowi dowcipu samego w sobie, zasługującego na rechot z uderzaniem dłonią w fotel osoby siedzącej przed. Buahahahahaha. Pomyślałby kto.

Drugie zagadnienie jest mniej bolesne, ale zamienia mnie w zadzierającą nosa elitarystkę, którą nigdy nie chciałabym być. Ale co robić, jeśli na komedie teatralne zaczyna przychodzić publiczność, którą pewnie bawią komedie filmowe w stylu Zdradź swojego drugiego męża albo Jak zabić sąsiadkę z ulicy obok? Będąc ostatnio na sztuce Przekręt niedoskonały (reż. Andrzej Rozhin) w warszawskim Capitolu trochę się śmiałam, trochę ziewałam, trochę zerkałam na zegarek, trochę irytowałam kiepską grą (nie licząc gry Rafała Cieszyńskiego!). Dialogi z humorem dość przewidywalnym i właściwie – nie licząc tekstu „Byłem tak biedny, że gdy chodziłem na spacer wokół stawu, kaczki rzucały mi kawałki chleba” – nic specjalnego. A publika? Publika wyła, tupała, gwizdała, skręcała się. Tak samo z żartów subtelnych, tak samo z topornych, tak samo z klisz, tak samo z tekstów o pewnym znamieniu oryginalności. Po prostu.

I właściwie.... właściwie ja już nie wiem. Niby nie muszę się tym przejmować, ale to przeszkadza. W momencie emocjonalnego poruszenia na Kotce... śmiech wytrącał z równowagi, w momencie zerkania na zegarek podczas Przekrętu... – drażnił bębenki. Wszystko razem zaś wpędziło w wyrzuty sumienia i poczucie gorszości. I co teraz? Kto ze mną pójdzie do teatru?

 

© sZAFa 201
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.