|

 

MAŁGORZATA POŁUDNIAK – redaktorka „sZAFy”, felietonistka „eleWatora”. Autorka tomików: Czekając na Malinę (2012), Liczby nieparzyste (2014), Mullaghmore (2016).

Blog autorski: Pierwszy Milion Nocy

 

 

 

 



WIOLETTA LEŚKÓW-CYRULIK - Przez rok publikująca na łamach „sZAFy” pod pseudonimem Wiola Maj. Absolwentka filologii polskiej oraz bibliotekoznawstwa i informacji naukowej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od osiemnastu lat polonistka, instruktorka teatrów dziecięcych, koordynatorka kampanii Cała Polska czyta dzieciom, redaktorka. Mama trójki dzieci i wielbicielka prozy Jarosława Iwaszkiewicza, a także miłośniczka niespiesznego i uważnego spoglądania na życie. Autorka bloga My Slow Nice Life. W lutym 2016 r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się jej powieść Sezon zamkniętych serc.
Foto: Edyta Kurłowicz

 
 

 

Małgorzata Południak: Chciałam z Tobą porozmawiać wiosną, ale dlaczego czekać do wiosny, skoro świat gna jak szalony. Właściwie nigdy Cię nie zapytałam, a powinnam, jak się czujesz w roli debiutantki?

Wioletta Leśków-Cyrulik: Różnie.

Widzę, że to nie będzie gładka rozmowa. Co to znaczy różnie, rozwiń, proszę, bo taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje.

Parę dni chodziłam z Twoim pytaniem, na które pewnie wypada odpowiedzieć w tonie entuzjastycznym, optymistycznym. Ale ja już wiele razy w taki właśnie sposób odpowiadałam, natomiast z dzisiejszej perspektywy, to znaczy dziewięć miesięcy po debiucie, słowo "różnie" jest jedynym, które mi się wydaje właściwe, jeśli moja odpowiedź ma być szczera.

Wyczuwam w Twojej odpowiedzi rozczarowanie. Nie tak to sobie wyobrażałaś? Wydawnictwo przyjęło rękopis, wszystko potoczyło się szybko i gładko, czego chcieć więcej?

Wiesz, to nie jest rozczarowanie, bardziej wiedza, która bierze się z doświadczenia. A doświadczenia są właśnie różne. Dotyczą tego, jak potrafię się po tym debiucie odnaleźć, na przykład w roli autorki podczas spotkań z czytelnikami. To z jednej strony bardzo przyjemne, ekscytujące i budujące wydarzenia, ale z drugiej stresujące, ponieważ... No właśnie. Po debiucie dowiedziałam się o sobie jednej rzeczy, o którą bym się wcześniej nie podejrzewała – że nie będę potrafiła tak do końca otwarcie mówić o własnej książce, odpowiadać na pytania dotyczące jej treści, a takie pytania padały – na początku z ust prowadzących, którzy byli już po jej lekturze, a w późniejszym okresie także z ust czytelników, ponieważ i oni zdążyli się z Sezonem zapoznać. Niektórzy sięgali zaskakująco głęboko, a wtedy mnie zdarzało się milknąć. Choć nie należę do osób małomównych, poza tym mam za sobą lata pracy z uczniami i kilka prowadzonych ze sceny imprez kulturalnych

Zatem zdarzało mi się milknąć, ponieważ tyle, ile mogłam i potrafiłam, powiedziałam już w książce, przy pomocy bohaterów, narratora, stworzonej historii, natomiast mówienie o treści Sezonu, choć pewnie potrzebne i ważne, do pewnego momentu stanowiło dla mnie barierę nie do pokonania, było zbyt intymne – ponieważ ja mam do moich bohaterów stosunek osobisty, oni mówią w moim imieniu kilka istotnych rzeczy.

Ale oprócz uczucia niepewności towarzyszyło mi naprawdę wiele bardzo pozytywnych emocji. Głównie dzięki reakcjom przyjaciół, a także zupełnie nieznanych mi osób, które przeczytały książkę. I te dobre emocje płynęły z zewnątrz, pozwalały przeżyć dni, kiedy bywałam zła na siebie samą, że na przykład nie odpowiedziałam na jakieś pytanie lepiej, bardziej precyzyjnie, bo może dzięki temu zostałabym lepiej zrozumiana. Takie skrajne stany i emocje nie są do końca racjonalne, ale się pojawiają, myślę, że towarzyszą każdemu debiutującemu autorowi. Właśnie dlatego moja pierwsza odpowiedź na Twoje pytanie brzmiała: różnie.

Rozumiem, ludzie są różni i ich odbiór bywa zaskakujący. Sezon rozgrywa się na innym poziomie niż romans. Patrząc na niektóre wypowiedzi na jego temat, odnoszę wrażenie, że zwolennicy miłosnych uniesień nie bardzo mają ochotę czytać go inaczej niż romantyczną opowieść, to zbyt odległe od ich oczekiwań. Tłem książki jest trauma po gwałcie, więc trudno, by czytelnik nie zadawał pytań. Szczególnie kiedy człowieka dotykają podobne historie i wtedy rozkładasz i składasz siebie, wobec doświadczeń innych. I wiesz, nie sięgnęłabym po tę powieść w księgarni ze względu na okładkę, która sugeruje, że to książka zupełnie innego typu. 

Różnorodny odbiór jest prawem czytelników, ale cieszę się, że o tym wspomniałaś, bo rzeczywiście trauma po gwałcie determinuje wszystkie poczynania głównej postaci, jej postawę i relacje z ludźmi, a poza tym ma spory wpływ na życie postronnych osób. Ale – jak zauważyłaś – gwałt jest tłem, wydarzył się dawno temu i w książce bezpośrednio się nie pojawia, bodaj raz jest wspomniany jako przyczyna pewnego zdarzenia, którego jeden z bohaterów nie rozumie, a padł jego ofiarą. To zdarzenie również jest konsekwencją przeszłości. Generalnie w książce starałam się pokazać skutki tego, co wydaje się odległe w czasie, a jednak bezustannie wpływa na teraźniejszość.

Nie przyglądam się samemu momentowi napadu, bardziej interesują mnie, jeśli można tak powiedzieć, kręgi na wodzie, czyli ślady tego, co wydarzyło się przed laty. A mówię o kręgach, ponieważ zależy mi na tym, aby właśnie tak ukazać efekt wrzucenia do wody kamienia, czyli gwałtu, po prostu. Ślad na wodzie nie biegnie w linii prostej, nie dotyczy tylko dalszego życia ofiary, lecz przybiera formę wielu, coraz szerszych kręgów; skutki dramatycznego wydarzenia ogarniają zasięgiem wszystkich, którzy pojawiają się wokół takiej osoby – bliżej lub dalej.

Różnica polega na tym, że prawdziwe kręgi na wodzie w którymś momencie znikają nam z oczu, natomiast skutki gwałtu przeciwnie, pewnie dlatego odbiorcy przykładający do Sezonu szablon romansu mówili, że główna bohaterka ich irytuje, ponieważ nie potrafi „wziąć się w garść”, choć minęło już siedem lat, więc powinna. Tymczasem ona prawdopodobnie nigdy nie „weźmie się w garść”, to zupełnie typowe w takiej sytuacji i na tym polega dramat, a ja opowiadam, jak może wyglądać życie pokrzywdzonej osoby, która mimo wszystko stara się utrzymać na powierzchni

Jeśli zaś chodzi o okładkę, osobiście sądzę, że nie warto ulegać stereotypom, zamykać się, przykładać szablonów, które sami tworzymy, bo to dość ograniczające. A poszczególne elementy okładki, jeśli się im przyjrzeć, odzwierciedlają ideę książki, zostały dobrane przez graficzkę w sposób przemyślany, staranny, na który jednak raczej nie miałam wpływu – jak wszyscy autorzy, co zresztą uważam za zrozumiałe, ponieważ to wydawca inwestuje w publikację, nie ja, a okładka jest opakowaniem mającym przyciągnąć oko masowego czytelnika. Natomiast sposób odbioru zależy właśnie od tego, jak bardzo ulegamy stereotypom – pewien rodzaj grafiki oznacza dla nas treść trudną, natomiast inny przywodzi na myśl romans, czyli gatunek przez wielu uważany za gorszy, choć przecież sam w sobie nie musi być właśnie taki, bo rzecz nie w gatunku, lecz w poziomie refleksji. Inna sprawa, że Sezon, choć mówi o miłości, nie został przeze mnie pomyślany jako romans.

Powiem Ci jeszcze o pewnej rozmowie, która miała miejsce podczas Akademickich Spotkań z Literaturą w Bibliotece Uniwersyteckiej w Bydgoszczy. Otóż prowadzący, Adam Wierzbanowski, powiedział dokładnie to samo, co Ty - że przeczytał trzy zupełnie różne książki (We troje Hanny Dikty, Aż do DNA Renaty Chaczko i mój Sezon zamkniętych serc, bo zaproszono trzy autorki), ale zrobił to w pewnym sensie służbowo, ponieważ tematem spotkania była miłość we współczesnej literaturze kobiecej. Zatem przeczytał, po czym się zdziwił, bo patrząc na okładki, nie tego oczekiwał. Wyraził pozytywne zaskoczenie zawartością, tak dla ścisłości. :) Podobnie jak pozostali uczestnicy panelu.

Natomiast być może do takiego, a nie innego, odbioru przyczyniłam się ja sama, nadając swojej powieści tytuł Sezon zamkniętych serc. Co by nie mówić – brzmi on „romansowo”. Mimo to od początku wydawał mi się – i wciąż wydaje – dość adekwatny do treści, ponieważ problem głównych bohaterów na tym właśnie polega, na zamknięciu serc (jakkolwiek to brzmi, jest prawdziwe), choć może nie do końca sobie go uświadamiają – to między innymi starałam się ukazać, przyczyny takiego stanu rzeczy, mechanizm, któremu oni zupełnie nieświadomie ulegają, czyli brak przestrzeni na przeżycie traumy, zamknięcie się na nią i skutki takiego postępowania. A powieść w przeważającej części faktycznie koncentruje się na zagadnieniu miłości, na jej różnych odmianach, bo wątków miłosnych występuje w niej kilka. Tylko jest to miłość w kontekście przeszłości, owych kręgów na wodzie, o których mówiłam przed chwilą.

A teraz co? Piszesz nową powieść? Dalsze losy wyspiarskie, czy rodzi się coś zupełnie nowego? I właściwie co pisarka robi, kiedy nie pisze?

Piszę kolejną powieść. Z wolnej stopy, bez ciśnienia, bez deadline’u. Robię to, ponieważ mam poczucie, że paru postaciom Sezonu warto jeszcze oddać sprawiedliwość i powiedzieć kilka słów na ich temat, ukazać je w szerszym kontekście. Zwłaszcza że wielu czytelników zwracało uwagę na bohaterów drugiego planu, choć, szczerze mówiąc, ja sama ich jako drugoplanowych nie postrzegałam. Ale może właśnie dlatego się spodobali – dostrzeżono ich prawdziwość, wielowymiarowość i fakt, że nie zostali przeze mnie potraktowani po macoszemu. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ rzeczywiście dokładałam starań, aby tacy właśnie byli.

A zatem piszę o nich. Są to ich dalsze losy, choć tak naprawdę nie o nie chodzi. Bardziej o pogłębienie wewnętrznej motywacji ich działań, o których czytelnik mógł przeczytać w poprzedniej książce.

Zresztą nie tylko słowa czytelników, ciekawych losów postaci drugoplanowych, stanowią przyczynę powstania kolejnej książki, mnie samą interesuje na przykład matka Jóna, Małgorzata, a także to, na czym w rzeczywistości opiera się związek Hanny i Rinke. Chciałabym zastanowić się, kim jest Tomi, skoro jego żona zdecydowała się na krok tak drastyczny, jak pozostawienie dwuletniego dziecka i zerwanie z kontaktu z jego ojcem. I tak dalej, bo jest kilka spraw, nad którymi warto się moim zdaniem jeszcze pochylić.

Ludźmi rzadko kierują jednoznaczne motywy. Sposób ich postępowania mało kiedy wynika z tego, jak chcieliby się zachować, mają na niego wpływ różne czynniki. Generalnie to nic nowego, cała literatura zajmuje się takimi tematami, natomiast moja nowa książka będzie osobistym spojrzeniem na sprawy tych konkretnych postaci, powołanych do życia w Sezonie zamkniętych serc. Nie wiem tylko, czy kolejny raz nie kręcę na samą siebie bicza, ponieważ tytuł, który mi się od początku narzuca, brzmi: Długo i szczęśliwie. Ale on nawiązuje do kilku momentów z Sezonu, na przykład do tego, w którym Małgorzata projektuje sobie wymarzoną przyszłość i podsumowuje swój krótki scenariusz słowami: „A potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie”. Robi to zresztą całkowicie świadoma konwencji, nie zważa na to, jak bardzo wyświechtany jest ten zwrot, to dla niej zupełnie nieistotne – ważne, że tego właśnie pragnie: żyć długo i szczęśliwie. Wcale się jej nie dziwię, zwłaszcza w obliczu niewesołej przyszłości, której także jest świadoma. Niemniej zdaję sobie sprawę, że tytuł kolejnej książki znów brzmi „romansowo”, ale trudno. To nie będzie romans, z tego, co widzę, „pisze mi się” dramat. A żyć „długo i szczęśliwie” chcą wszyscy, choćby nie wiem jak bardzo się tego banalnego wyrażenia wypierali. Nowa książka jest o tym, w jakim stopniu jest to możliwe. Albo niemożliwe.

Jeśli zaś chodzi o drugą część Twojego pytania – co pisarka robi, kiedy nie pisze? – odpowiem krótko: ona (to znaczy „pisarka”) pracuje (dużo, za dużo, jak sądzi), wychowuje (a ma kogo, bo jest matką trojga), poza tym, jak pozostali w rodzinie – pierze, sprząta, udaje, że gotuje. Oprócz tego czasem napisze coś na blogu, no i takie tam… Życie „uprawia”, żoną jest, szczęśliwą.

Dobrze, że dajesz nam, czytelnikom, szansę. Jest więc nadzieja na dalszy ciąg. Myślałaś kiedyś o tym, by zamieszkać na dalekiej Północy, ogólnie o emigracji? Czy spełniasz to marzenie w powieści? Do matki jeszcze wrócę, ale za chwilę, jak oswoję sie z myślą dramatu.

Nie, nie, nie przywiązuj się za bardzo do myśli o dramacie, przecież mnie znasz. Chyba użyłam za bardzo „dramatycznego” słowa. Powiedzmy: powieść psychologiczna, wejście w emocje, relacje, motywacje – czyli w sumie to, co było w Sezonie, tylko bardziej wprost. Nauczyłam się, że nie zawsze powściągliwość w opisywaniu tych spraw się sprawdza, że poprzestanie na sugestiach, na przedstawieniu zachowań, na przytoczeniu fragmentów rozmów zbyt często prowadzi do odczytań, których nie zakładałam, a także utrudnia odczytanie tego, co jednak chciałam wyrazić. Dlatego tym razem staram się pokonać wewnętrzny opór i więcej rzeczy napisać bardziej wprost. To trudne, ponieważ stale mi się wydaje, że rozpisuję się o tym, co przecież pośrednio wynika ze zdarzeń, ze strzępów dialogów, zdań, gestów.

Natomiast co do emigracji w ten rejon świata – zdecydowanie są to moje klimaty, lubię stalowy kolor nieba, wiatr, deszcz, szum morza, pustkowie, niewielką liczbę ludzi, mogłabym się tam zaszyć, pracować zdalnie i nie wyściubiać nosa poza własne podwórko, kontakty w sieci w zupełności by mi wystarczyły, podobnie zresztą jak mojemu mężowi; czasem żartujemy, że to nas najbardziej łączy. Natomiast bardzo pociąga mnie również życie w naprawdę wielkim mieście, czyli stal, beton, las wieżowców, tłum i możliwość zgubienia się w nim. Być może pustkowie na łonie surowej północnej natury i klimat wielkiego miasta łączy właśnie możliwość odseparowania się – w anonimowym tłumie lub z dala od ludzi. Taki paradoks. Chyba o to właśnie w tych moich sprzecznych pragnieniach chodzi.

Tymczasem mieszkamy w domu, który wybudowaliśmy pod lasem w średnim mieście, zdalnie (w tej chwili) pracuję tylko ja, mąż jak najbardziej stacjonarnie, dzieci chodzą do szkół, w pobliżu żyją nasi coraz starsi rodzice, od których także nie powinniśmy się w tym momencie oddalać, więc raczej nie zanosi się na zmiany, jeśli chodzi o spełnienie marzeń dotyczących wyjazdu i zamieszkania na przykład w Islandii. Ale takie marzenia oczywiście są, bo dlaczego miałabym się ich pozbawiać? Natomiast doceniam to, co już mamy, do czego udało nam się dojść – ciepły dom, rodzina, kojący widok z okna, nieprzesadnie duże poczucie bezpieczeństwa, możliwość snucia planów.

Jesteś matką trojga, w dzieciach przeglądamy się jak w lustrach. Czy one także dają bodźce do pisania?

Oj, dają. :) Jednak są to bodźce innego rodzaju, niż zapewne myślisz. Bardziej chodzi o to, że po intensywnym czasie rodzinnym potrzebuję oddalić się „w zaświaty”. Wtedy rzeczywiście można powiedzieć, że dzieci stanowią bodziec do pisania. :) Natomiast bezpośrednia inspiracja polega na tym, że na przykład od czasu do czasu pozwalam sobie, zwłaszcza w Długo i szczęśliwie, na zacytowanie mojego najmłodszego dziecka, na przytoczenie sytuacji, które miały miejsce w prawdziwym życiu. Oczywiście nie mogę robić tego zbyt bezpośrednio, obudowuję rzeczywistość fikcją, ponieważ prywatność dzieci stoi jednak ponad moimi twórczymi zapędami; one raczej nie chciałyby być portretowane w książkach, a ja nie mogę robić tego, gdy są w wieku, kiedy nie potrafią same o tym zdecydować. Natomiast w życiu rodzinnym rodzą się sytuacje, które prowokują do pewnych refleksji, stają się zaczątkiem tego, co mogłoby spotkać bohaterów.

A słyszysz takie słowa: nic nie mów, nic nie mów, bo mama wykorzysta to w książce! A znajomi, są ostrożniejsi w rozmowach z Tobą?

Słyszę, owszem, ale nie w odniesieniu do książki, tylko do bloga. I przyznam Ci się, że od kiedy zauważyłam obawy dzieci, by nie znaleźć się na moim blogu, wykorzystuję sytuację – to mnie zdarza się mówić: „Uważaj, bo wylądujesz na blogu!”. To oczywiście tylko czcze pogróżki, jednak na razie działają. Natomiast mój mąż, który bywa bohaterem niektórych blogowych wpisów (i nie ma nic przeciwko temu), czytając Sezon, wzdycha od czasu do czasu: „No pięknie…”. Bo to jest tak, że możesz wymyślić stu bohaterów i kazać im przeżywać różne fikcyjne wydarzenia, ale jednak, chcąc nie chcąc, i tak każdego obdarujesz kawałkiem siebie… albo kawałkiem swojej drugiej połowy, choć w tym drugim wypadku będą to kawałki przefiltrowane przez mój sposób widzenia.

Dziękuję za rozmowę, Wiolu. W tym miejscu przerywam naszą pogawędkę. Możliwe, że kiedyś do niej wrócimy, jak nie w sZAFie, to na blogu.

Ja również bardzo Ci dziękuję za rozmowę i cierpliwość.

 

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.