MARTA ZELWAN - pisarka publikująca dawniej pod nazwiskiem Krystyna Sakowicz. Autorka tomu opowiadań Zbrodnie kobiet (I nagroda w konkursie Wydawnictwa „Iskry”, 1984), powieści Sceny miłosne, sceny miłosne (nagroda Funduszu Literatury, 1985), Jaśmiornica (nagroda im. Stanisława Piętaka, 1986) i Po bólu (1995). Autorka opowiadań i fragmentów prozy ukazujących się od roku 1983. W „Twórczości”, „Akcencie”, „Studium”, „Wyspie” i Antologiach współczesnych polskich opowiadań wydawanych przez Wydawnictwo FORMA w latach 2008, 2011, 2014. Nominowana do nagrody Nike w roku 2001 i 2009, za Śnienie (Ruta, 2000) i Księgę ocalonych snów (FORMA, 2008), nagrodzoną przez Fundację Kultury. W roku 2012 wydała Praobrazy (FORMA). Mieszka w Warszawie. Publikuje w kwartalniku literacko-kulturalnym „Elewator” i prowadzi blog Pismo szybkie na stronie wydawnictwa FORMA. 

Fot. Paweł Orzeł 
 

 

 
 
 

poemat drogi


otwieram znowu tę czarną skrzynkę
ciemnych możliwości

wskazówka dla wędrujących inaczej:
nie przełączajcie się na inny kanał

nieskończenie długie milczenie
stwarza i chroni ten świat

krzywa, krzaczasta droga
jest właściwie ścieżką wśród zielsk

wierzba stoi i płacze, chmury przesuwają się
od przeszłości ku przyszłości

tymczasem ślady stóp w dużych butach urywają się nagle
jakby ktoś wszedł w siebie i tym samym zniknął

widoki unoszą się i opadają
w jednym z przewianych wiatrem domów pozostało samo ach!

jest tam również lustro
zwieńczone galeryjką z aniołkami

w innym domu obraz ścienny
przedstawia jezioro, w którym zatopiono dzwon

przybysze zatrzymują się tu nad brzegiem
pod różnymi pretekstami

do cywilizacji można wrócić
pieszo albo dowolnym pojazdem mechanicznym

jadą drwale na czarnych, skrzypiących rowerach
a ziemia ucieka im spod kół

wśród drzew ukryto
traktory do prac leśnych

jedno drzewo odradza się tutaj ze świętego pnia
od dwu i pół tysiąca lat

po tak długim czasie
coś w materii świata się odmienia

w południe słońce staje się tak ciężkie
że nieomal spada

zapada cisza, która jest
gdy nikt nic nie robi, tylko jest

naraz, przez okamgnienie
widać bardzo wąskie drzwi

właściwie to nie żadne drzwi
ale bezbramna brama do tunelu w czasie

jak przez ucho igielne trzeba przeciskać się tędy
wślizgując się w inny czas

do tej myśli wchodzi się
przez absolutną tajemnicę

trzeba pewnych wyrzeczeń
aby tu wejść, a potem opuścić dom myśli, ten dom

dom z siedmioma wieżyczkami
i ludzi o ściszonych głosach

w tej dziwnym trafem odkrytej okolicy
mamy siebie tyle, co w snach

jedne sny są bardziej widzialne
inne mniej

małe sny snygają tak samo jak duże
nigdy nie giną, ale z czasem zsuwają się coraz niżej

nie ma żadnej dźwigni
blokującej zsuwanie się snów

wszystko odbywa się
bardzo szybko

ledwie zdążymy umyć twarze
zjeść jedno serce piernikowe, mija wiek

pochylając ku sobie głowy szepczemy
że zewnętrzną przestrzeń zagarnia rzeczywistość

w rzeczywistości, mówiąc o rzeczach
oddajemy im głos

przykrywam chustką
kręcącą się w adapterze starą czarną płytę

w swojej istocie rzeczy są
strażnikami tego świata

coś stanie się z rzeczami
gdy duchy czasu przemienią jawę w teren zjaw

prawdę mówiąc, zgubiłam
kalendarz na ten rok

zginęły strony
niewypełnione żadnymi zdarzeniami

jednak to stamtąd, z pustki
przybywa ktoś

ma wygląd szpiega
w długim, szarym płaszczu

mówi, że tak, przez cały czas
śledził nasze sny

wydobywał je ze szczelin naszych umysłów
sobie znanymi sposobami

spisywał je w notesie
w końcu je dobrze znał

wytropił prawdę
albo nie wytropił

bo niektóre sny śnią się nie przez nas
a same przez siebie

każdy sen, jeśli chce, umie zniknąć
zanim zostanie dostrzeżony

nikt nie zna prawdziwego imienia snu
a fałszywe nie wchodzą w grę

cicha, bezgraniczna cierpliwość
sama pewnego razu to imię wyłoni

moim największym marzeniem jest teraz
iść prosto przed siebie, przez sny

nie wiedzieć, jaki widok przejdzie przeze mnie
co mnie ominie, kogo spotkam

może to będzie doręczyciel zgubionych przesyłek
na motocyklu

może duch miejsca
gdzie przepowiada się ludziom los

może obserwator dyslokacji przestrzennych
ukryty w machinie czasu

podnosząc głowę widzę ptaki, latawce, helikoptery
wielkie szybowce snów

dowiem się albo nie dowiem, kto wyrzeźbił
rzeczywistość taką, jaka jest

rzeczywistość to miejsce
gdzie często myślę o czymś innym

w rzeczywistości
wszystko wypada mi z rąk

to, co wypada mi z rąk
w nieznanych zamiarach toczy się coraz szybciej

toczy się, balansuje, rozpada, odfruwa
jak papier położony na parapecie w wietrzny dzień

na niebieskim, szklanym wazonie
pozostają odciski nie dość czystych palców

biorę w ręce
i chwytam, co można

patrzę w okno
słucham melodii sprzed lat

bądź co bądź został tu i wciąż działa
autentyczny szpulowy magnetofon

są tacy, którzy coś zostawiają
są inni, którzy mogą to sobie wziąć

jedna z tysiąca kobiet moich snów
bez słowa zabiera mnie stąd i prowadzi dalej

w rogu ogrodu pokazuje mi pajęczynę
sieć srebrnych, nietkniętych pajęczyn to labirynt

nikt tu nigdy nikogo nie znajdzie
za tym światem jest tamten świat

bogowie labiryntu przebyli z nami pustkowie
i gęsty las snów

życie snów to życie bogów i ludzi
o sumie niezerowej

nie znamy mapy terenu
nie istnieje sekretny plan

podchodzimy
do drzewa o złoconych liściach

zbieramy te liście
skręcamy je w trąbki

odwróceni do siebie plecami
z głowami lekko wzniesionymi, dmuchamy

unosi się dźwięk
tak wysoki, że odlatują na nim ptaki

lecz gdyby ktoś spytał, co się dokładnie wydarzyło
nikt by nie pamiętał

mówiono by, że coś przyszło z ciemni
gdzie się wywołuje sny

gdy przymykam oczy, aby się nad tym zastanowić
myśl ta, jak wszystkie myśli, rozbija się o brzeg jawy

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.