MARCIN ZEGADŁO - ur. w 1977 r., autor pięciu tomów wierszy: Monotonne rewolucje (Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2003), nawyki ciał śpiących (Biblioteka Studium, Zielona Sowa, Kraków 2006), Światło powrotne (Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2010) oraz Cały w słońcu (Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Biblioteka Arterii, Łódź 2014) oraz Hermann Brunner i jego rzeźnia (Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2015). Publikował m.in. w „Studium”, „Odrze”, „Kresach”, „Czasie Kultury”, „Arteriach”, „Red”, „Pograniczach”, „Portrecie”, „Gazecie Wyborczej”. Jego proza była publikowana m.in. w „Chimerze”, „Akcencie” oraz Antologii współczesnych polskich opowiadań 2011. Mieszka w Częstochowie.

 


 

 
 

NOCĄ NIE WIDAĆ RZEKI
 

Jest lato. Słońce stoi na niebie wysoko. Tak wysoko, że kasztanowce niemal nie rzucają cienia. W pokoju jest gorąco, wszystkie okna są jednak pozamykane. Odwraca się i widzi swoją matkę, która nerwowo krząta się po mieszkaniu, pakując do dziecinnego wózka jakieś rzeczy. Jest tam trochę jedzenia i trochę ubrań. Jest nawet jej zimowy płaszczyk. Zimowy płaszczyk Lilki. Niebieski z jasną lamówką. Lilka dziwi się, że jest lato, a mama pakuje do wózka zimowy płaszczyk dla niej i dla małej Janki, która siedzi w wózku, dłubiąc palcem we włosach szmacianej lalki. Lalkę dla Janki uszyła mama. Mama umie uszyć wszystko. A włosy lalki zrobiła z czarnej wełny. Są długie i można je wiązać w warkoczyk. Adamowi, który jest już duży i w tym roku pójdzie do pierwszej klasy, mama każe włożyć zimowe palto. Adam nie chce, bo gorąco. Mama krzyczy na Adama. Adam się złości, ale nie płacze. On nigdy nie płacze. Adam obronił ją kiedyś przed chłopakami, którzy chcieli jej włożyć chrabąszcza do majtek. Zbił ich i już więcej nie próbowali. Lilka cieszy się, że idą z mamą na spacer. To będzie długi spacer – myśli Lilka – skoro mama wzięła płaszcze i inne ciepłe ubrania. Pewnie pójdą po tatę do fabryki i wrócą, jak będzie już zupełnie ciemno. Lilka lubi spacerować, kiedy jest ciemno i świecą latarnie. Chociaż trochę żal, że nocą nie widać rzeki. Lilka wybiega z bramy kamienicy, w której mieszkają z mamą i z tatą. Biegnie przed siebie, pod słońce. Mama krzyczy, żeby poczekała na nią i rodzeństwo. Lilka nie chce czekać. Chce na spacer. A po zmroku chce pójść po tatę do fabryki. Lilka zatrzymuje się przed olbrzymią tablicą, na której równie olbrzymimi czerwonymi literami napisano: „Jesteśmy z Partią i Towarzyszem Władysławem Gomułką”. Lilka składa litery. Lilka umie czytać. Mama wyprzedza ją z wózkiem, w którym Janka zasnęła i telepie się jak szmaciana lalka. Adaś trzyma mamę za rękę, próbuje nadążyć. Przebiera nogami, kiedy te unoszą się w powietrzu. Lilka, pospiesz się! Chodź tu do mnie natychmiast! – woła mama. Lilka się spieszy. Bardzo się spieszy. Po tatę.

Dworzec kolejowy się Lilce nie podoba. Za dużo tu ludzi i śmierdzi sikami. Hałas straszny od pociągów. Gwizd lokomotyw, którego Lilka nie lubi, bolą ją od niego uszy. Mama rozgląda się nerwowo po peronie. Janka śpi. Adaś wlecze się za mamą, mówi, że bolą go nogi, w paletku mu bardzo gorąco. Jest spocony i zły. Mama macha komuś ręką. Wspina się na palce i krzyczy: Tutaj, tutaj! Lilka spogląda w kierunku mamy, uśmiecha się na myśl, że zaraz pojawi się tata, chociaż to nie fabryka, tylko brzydki dworzec, którego Lilka tak bardzo nie lubi. Na dworcu śmierdzi sikami i ludzi za dużo, straszne przepychanki. Więc Lilka krzyczy głośno, tak żeby przekrzyczeć ciuchcie i koła wagonów, które toczą się wolno, kiedy pociąg rusza. Krzyczy: Tato! Tato! I widzi, jak mama wiesza się na szyi innego niż tata wysokiego pana. Pan ma na głowie szary kapelusz wciśnięty mocno na czoło, tak że niemal zasłania mu oczy. Przyniósł ze sobą dwie duże walizki. Mama zwinnym ruchem chowa w nich zimowy płaszczyk Lilki, ciepłe swetry i czapki. Wyciąga je z wózka, w którym Janka bawi się szmacianą lalką, własnoręcznie zrobioną przez mamę. Mama zrywa z Adasia jego ciepłe paletko i wrzuca je jak inne rzeczy do wielkiej walizki, którą obcy pan zamyka małym, całkiem zgrabnym kluczykiem. Adaś ma mokrą koszulę. Spocił się w płaszczyku. Mama całuje pana w policzek pokryty gęstym, szaroniebieskim zarostem. Tatuś ma na policzkach miękki zarost, śmiesznie jest, kiedy nim połaskocze – myśli Lilka. I wtedy silne ręce mężczyzny, którego mama lubi teraz zamiast taty, unoszą ją wysoko. Lilka frunie nad peronem jak ptaszek. Wysoko nad głowami ludzi. Ludzie wsiadają do wagonu.

Tata idzie chodnikiem. Niesie skórzaną teczkę. Mama zawsze przed wyjściem taty do pracy pakuje mu do niej kanapki zawinięte w papier, który potem tata przynosi do domu. Papier jest wtedy zatłuszczony i pachnie kiełbasą. Tata ma rzadkie włosy i długi, wąski nos. Tata ma duże uszy i długie ręce. Tata robi duże kroki i zbliża się do Lilki, szybko, coraz szybciej, tak jak Lilka lubi. Lilka biegnie do taty, który cały w słońcu wraca z teczką z fabryki, żeby przytulić Lilkę i połaskotać ją swoim śmiesznym, miękkim zarostem. Lilka wysoko nad chodnikiem w ramionach taty. Lilka frunie nad chodnikiem jak ptaszek. Tata unosi się razem z Lilką i lecą wysoko nad dachami kamienic, nad fabryką. Pod nimi całe miasto widać jak na dłoni. Miasto utopione w słońcu jak w bursztynie. Z okna kamienicy wychyla się mama i macha im, macha na do widzenia. Do widzenia, mamo! – krzyczy Lilka i unosi się z tatą jeszcze wyżej w waniliowe obłoczki, wysoko.Wstawaj Lilka, wstawaj – śpiewa jej Adaś nad uchem. I Lilka zostawia waniliowe obłoczki wysoko na niebie. Tata pęka jak balon. Nie ma z Lilką taty. Lilka otwiera oczy i widzi Adasia z poszarpaną czupryną i pękniętą wargą. Wstawaj Lilka, wstawaj – nuci Adaś i szarpie ją za ramię. Musisz się ze mną pobawić – mówi Adaś. – Ja będę radzieckim żołnierzem, a ty Niemcem. Zabiję cię i będziesz udawała, że nie żyjesz. Lilka przeciera oczy. Pomieszczenie jest małe. W domu było ładniej. Jaśniej. I nie śmierdziało tak jak tutaj. Nie ma podłogi. Jest ubita ziemia. Twarda jak chodnik, zimna i nieprzyjemnie stawiać na niej bose stopy. Mama powiedziała, że tutaj będą teraz mieszkać. Że wszystko będzie dobrze, ale muszą być grzeczni i nie robić kłopotu wujkowi, którego teraz mama lubi zamiast taty. Lilka pamięta, że jechali tutaj bardzo długo pociągiem. Jechali całą noc albo jeszcze dłużej. Bardzo trzęsło i Janka budziła się co chwilę. Mama śmiała się i pan w kapeluszu też się śmiał. Szczypał mamę, a mama odpychała jego duże ręce, popiskując i chichocząc. Lilka zapytała, gdzie jest teraz tata, ale mama udała, że nie słyszy. Kiedy zapytała drugi raz, mama powiedziała, żeby siedziała cicho, bo dorośli rozmawiają. Kiedy dotarli na miejsce, długo szli pustymi ulicami. Pan w kapeluszu niósł dwie ciężkie walizki i sapał. Co pewien czas zatrzymywał się, zdejmował kapelusz i rękawem koszuli ocierał pot z czoła. Mama całowała go wtedy w usta. Cmok, cmok. Wokół stały niewysokie kamieniczki. Szare i zniszczone. Drogą jechała polewaczka, wirując ogromnymi szczotkami. Kierowca pomachał mamie i wyrzucił papierosa przez otwarte okno szoferki. Papieros potoczył się po chodniku i wpadł do kałuży. Zasyczał i zgasł. Lilka unosi wysoko głowę i czyta napis na ścianie niewielkiej kamieniczki: Möbel Magazin Oskar Feller i pod spodem, tym razem wypisane na blaszanym szyldzie: Sklep Wielobranżowy. Lilka składa litery. Lilka umie czytać. Teraz to już nie niemieckie, teraz to nasze. Polskie znaczy – mówi pan w kapeluszu i obejmuje mamę w pasie. – Nastrzelał się człowiek do Niemca, nastrzelał. Adaś nadstawia ucha, bo lubi słuchać o wojnie i o zabijaniu. Lilka idzie wzdłuż krawężnika, łapie równowagę. Pośrodku izby stoi stół przykryty ceratą. W rogu jest niewielki piecyk, na który mama mówi koza. Na szafce obok okna – maszynka na gaz. Mama gotuje na niej obiady i robi herbatę dla wszystkich. Do ubikacji wychodzi się do sieni. Tam jest taki dół, w którym kiedyś Niemcy trzymali ziemniaki – mówi mama. – W nocy możecie do tego dołu robić kupę i sikać. W dzień musicie załatwiać się na zewnątrz. Ludziom się nie pokazujcie – przestrzega. – Bawcie się w podwórzu. Z Niemcami, którzy tutaj jeszcze zostali, nie rozmawiajcie wcale. Nie ma dobrych Niemców. Mogą was porwać i zabrać od mamy. Lilka widziała wczoraj Niemkę, która wieszała pranie. Niemka, wołała do niej komm, komm i częstowała cukierkami. Lilka lubi cukierki, więc wzięła jednego i uciekła. Niemka głośno się śmiała, biorąc się pod boki. Jak się mama dowiedziała, że Lilka wzięła cukierka od Niemki, to długo na Lilkę krzyczała. Nie wolno brać niczego od Niemców. Cukierki mogą być zatrute. Lilkę rozbolał brzuch. Zrobiła kupę do dołu w sieni. Całą noc śmierdziało. Wujek był bardzo zły. A jak się obudziłem w nocy – mówi Adaś – to słyszałem, jak mama sapie. Mama sapała, a wujek wiercił się przy niej i jakoś tak dziwnie ruszał nogą. Też sapał. Jak wtedy, kiedy niósł przez miasteczko walizki. Lilka też kilka razy słyszała, jak mama w nocy sapie. Raz nawet jęczała, jakby ją coś bolało. Wujek też jęczał i sapał. Lilka martwiła się wtedy o mamę. O wujka się nie martwiła. Niech go boli – myślała i nie było jej go wcale szkoda. Rano zapytała mamę o sapanie. Mama powiedziała, że ma reumatyzm i że wujek też ma reumatyzm, i że w nocy czasami ich bardzo boli, a wtedy sapią i pojękują. Lilka powiedziała, że taki reumatyzm to straszna choroba, bo przecież to okropne tak nie spać w nocy i jęczeć. Mama powiedziała, że dzieci nie chorują na reumatyzm.

Lilka zbiera liście, które spadły z klonu rosnącego w podwórzu. Żółte i czerwone. Zrobi z nich bukiet i zaniesie mamie. Twoja mama to kurwa! – Lilka słyszy krzyk zza swoich pleców. – Kurwa, co żyje z chłopem bez ślubu. Odwraca się, ale za plecami już tylko tupanie i szelest liści. Żółte liście i liście czerwone. Lilka pyta mamę, kto to jest kurwa. W nocy Lilka słyszy, jak mama i wujek rozmawiają. Mama płacze, a później sapią oboje, ale niezbyt długo. Reumatyzm to straszna choroba – myśli Lilka.

Tata biegnie do Lilki, a wokół szeleszczą liście. Liście wirują na niebie jak kolorowe, gigantyczne motyle. Tata ma teczkę pełną cukierków. Tata z cukru biegnie do Lilki, żeby ją porwać w ramiona. Lilka w ramionach taty wysoko nad podwórzem. Lilka szybuje jak ptaszek nad wielobarwnym klonem. A tata unosi się z Lilką wysoko, wysoko. Całe miasteczko widać jak na dłoni. W dole machają do Lilki źli Niemcy. Niemcy truciciele cukierków. A Lilka krzyczy do nich: Do widzenia! Niemcy machają jej na pożegnanie. Wzbijają się z tatą coraz wyżej – w lukrowane chmurki, w obłoczki. To on – krzyczy mama – znalazł nas. Przyjechał. Jest przed domem. Wszystko stracone, to koniec – krzyczy mama, kiedy Lilka przeciera oczy, zlizując jeszcze z warg resztki lukrowanych chmurek, obłoczków. Janka płacze, Adaś strzela do niewidzialnych Niemców. Jest radzieckim żołnierzem, który trupem położy każdego napotkanego szkopa. W brzuch celuje, żeby szkop w mękach konał. Adaś krzyczy głośno: Wstrzymać ogień. Podchodzi do okna, wygląda na podwórze. Tata przyjechał w odwiedziny, tata przyjechał – mówi Adaś i biegnie w kierunku drzwi. Mama zatrzymuje go w pół drogi. Każe mu usiąść przy stole. Mama podchodzi do drzwi i przekręca klucz w zamku. Chwyta za klamkę. Drzwi otwierają się ze zgrzytem. Nie ma go, on jest w pracy – mówi mama do taty, który stoi w progu i wygląda groźnie. Lilka boi się taty. Niech ktoś zabierze stąd dzieci – mówi tata. Na podłodze konają w mękach niewidzialni Niemcy.

Lilka wyrywa się z rąk mamy. Lilka chce do taty. Adaś i Janka z tatą odchodzą wąską brukowaną uliczką. Adaś ogląda się i macha do Lilki. Lilka ma dwie krwawe kreski na policzku. Mama ociera jej krew wilgotną szmatką. Mogłaś się tak nie wyrywać – mówi. Jak teraz będziesz wyglądała z taką podrapaną buzią. Lilka przegląda się w lustrze. Lilka ma dwie szramy na policzku. Lilka jak Matka Boska z częstochowskiego obrazu. Smutna i pokrwawiona. Mogła się tak nie wyrywać. Lilka, która została z mamą i panem, którego mama lubi teraz zamiast taty. Lilka, która została. Mamie byłoby smutno bez ciebie – mówi tata. Zabieram ze sobą Adasia i Jankę. Ty jesteś najstarsza. Ona chce, żebyś z nią została. Kiedyś po ciebie wrócę. Obiecuję. Musisz jeszcze trochę wytrzymać. Musisz opiekować się mamą – szepce jej do ucha i przytula ją mocno. Lilka czuje, jak jego miękki zarost łaskocze ją w szyję i policzek. Lilka się nie śmieje. Lilka nie płacze. Lilka jest cała z kamyków i ostrego piasku. Adaś i Janka odchodzą z tatą wąską brukowaną uliczką. Z klonu w podwórzu sypią się liście na bukiety. Niemka rozwiesza białe prześcieradła, uśmiecha się do Lilki. Komm, komm – mówi Niemka, sięga do fartucha, w otwartej dłoni Niemki – cukierek. Lilka nie śmieje się. Nie płacze. Lilka jest cała z kamyków i ostrego piasku. Lilka opiekunka. Lilka, która została. Lilka, po którą tata wróci, jak przyjdzie czas. Twoja matka to kurwa, żyje z chłopem bez ślubu. Za plecami nikogo. Szelest liści. Chrzęst śniegu. Lilka, która czeka, aż do niej wrócą mama z panem, którego mama teraz lubi zamiast taty. Lilka zamknięta na klucz. Lilka i maszynka na gaz. Nie ruszaj, Lilka, maszynki. Do maszynki, Lilka, nie wolno się zbliżać. Lilka nie zbliża się do maszynki. Gaz syczy w maszynce pod czajnikiem. Jak wąż syczy. Lilka boi się węży. Lilka nie płacze. W nocy mama znowu miała reumatyzm. I wujek miał reumatyzm tej samej nocy co mama. Twoja matka to kurwa. Co to znaczy kurwa, mamo? Musimy wyjechać – mówi mama. – Wczoraj milicja pytała o nas tę Niemkę. Mama, która nocą płacze. Rano Lilka widzi mamę, jak siedzi przy stole z głową odchyloną do tyłu. Usta ma żółte, jakby najadła się liści z jesiennego klonu. A przecież jest zima. Nie ma liści. Wypiła jodynę – mówi wujek, którego mama lubi teraz zamiast taty. – Chciała się otruć, wariatka, chciała nas zostawić. Lilka, która została, żeby opiekować się mamą. Lilka cała z dreszczy i gorączki. Chrzęst śniegu. Mróz maluje na szybach zimne jak lód roślinki. Musimy wyjechać. Nie pozwolą nam żyć – mówi mama. Mama jest chora i boli ją brzuch. Wujek mówi, że to od jodyny. Jak mama wyzdrowieje, pójdą na spacer nad rzekę. Lilka pobiegnie przodem. Lilka lubi rzekę. Rzekę, która płynie. Lilka spaceruje nad rzeką. Mama całuje wujka w szaroniebieski policzek. Lilka na brzegu rzeki goni małego ptaszka. Chrzęst śniegu, wirowanie płatków. Mały ptaszek przyleciał tutaj specjalnie dla Lilki. Siedzi na brzegu rzeki i woła: Chodź, Lilka, do ptaszka, chodź, Lilka, pofruniemy razem. Lilka biegnie za ptaszkiem. Wyciąga przed siebie rączki.

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.