ŁUKASZ SUSKIEWICZ – prozaik, w 2016 roku wydał zbiór opowiadań Mikroelementy.

fot. Marcin Zegadło

 
 

O UMIERANIU KOMÓREK
 

1.

Jako kobieta prowadzisz uporządkowane i konwencjonalne życie. Posiadasz męża, do którego masz wiele zastrzeżeń i który nieadekwatnie cię irytuje. Posiadasz także dzieci, które również nieadekwatnie cię irytują i na które wrzeszczysz, chociaż milion razy obiecywałaś sobie, że nie będziesz na nie wrzeszczeć. Prowadzicie – tak zwany – dom. Macie się dobrze. Nie możecie, jak to się mówi, narzekać.

Każdy twój dzień wygląda podobnie i to co inni postrzegają jako nudne, dla ciebie nudne nie jest, nie oceniasz w takich kategoriach, powiedziałabyś raczej, że coś jest zwyczajne, a nie nudne. Dni przepływają według sprawdzonego scenariusza. Każdy dzień ma swój porządek. Wiecie z mężem, co do kogo należy. Mąż odwozi dzieci do szkoły, ty przygotowujesz im śniadanie, potem sprzątasz kuchnię.

Wzrusza cię poranne światło, przenikające przez firankę i drobinki pyłu wirujące w jaskrawym refleksie. Ten ulotny zachwyt jest jedyną formą duchowości, na jaką siebie pozwalasz. Poza tym jesteś użyteczna i uporządkowana, nie pozwalasz sobie na zbyteczne rozproszenie – dokańczasz sprzątanie.

Gdybyście z mężem zaburzyli porządek, z niczym byście nie zdążyli. Dzieci spóźniłyby się do szkoły, wy spóźnilibyście się do pracy – potrzebujecie uporządkowania. Bez uporządkowania ugrzęźlibyście w chaosie, w strachu, w niepewności.

Spieszysz się, aby zdążyć do pracy. Malujesz się w samochodzie. Prowadzisz w balerinkach, lecz przed wejściem do biura przebierasz szpilki. I zapytana: czy jesteś w tym układzie szczęśliwa?, odpowiadasz bez zastanowienia: oczywiście. Lecz rozumiesz tezą tego pytania, więc czujesz się w obowiązku powiedzieć coś więcej, dlatego tłumaczysz: jakoś to życie trzeba przeżyć…

Masz 39 lat i zawsze byłaś kobietą atrakcyjną. W głowie utkwiło ci, że masz dobre geny, co kiedyś zauważyła twoja matka, starzejąca się ładnie, lecz która, jak myślisz w chwilach gniewu, jednak się zestarzała, jej skóra przypomina zgniłą cytrynę. Wówczas patrzysz w lustro i dotykasz swojej twarzy: kiedy będę przypominała zgniłą cytrynę?

Między 20 a 30 rokiem miałaś świadomość własnej atrakcyjności. Co ciekawe egzystowała ona w symbiozie z odwiecznym deficytem własnej wartości. Jak zawsze nie lubiłaś siebie, jednak w oczach mężczyzn, wodzących za tobą jak złaknione szczenięta, dostrzegałaś bezgraniczne pożądanie, sympatycznie łechcące twoją próżność, chociaż czasami kłopotliwe. I jeżeli owo pożądanie przeradzało się w aktywność, budziło w tobie jednoznaczną niechęć, a nawet gniew.
Mężczyźni gotowi, jak mawiałaś w chwilach złości, zerżnąć cię w windzie, przebieralni albo schowku, wkurzali cię tak bardzo, że, chociaż nie leżało to w twojej naturze, bywałaś niemiła. Wyobrażałaś ich sobie, jak tuż po ejakulacji, kiedy jeszcze wycierałabyś się ze spermy w windzie, przebieralni albo schowku, zawstydzeni zapinaliby rozporki, by czym prędzej wrócić do żon i zapatrzonych w nich dzieci (tak jak zapatrzone są twoje dzieci w twojego męża), i jak pogrążeni w poczuciu winy po zerżnięciu cię w windzie, przebieralni albo schowku, obiecywaliby swoim żonom zagraniczne wycieczki albo remont kuchni.

O nie, na coś takiego nie miałaś ochoty. Coś takiego odrażało cię, jeśli tylko o tym myślałaś. Coś takiego nie wchodziło w grę. Dlatego przez całe życie tylko raz poszłaś do łóżka z przypadkowym mężczyzną: takim, który szybko ubierał się po rozładowaniu napięcia, i który natychmiast rozmyślał o zadośćuczynieniu dla żony, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Lecz obecnie, gdy masz 39 lat, mężczyźni już nie wodzą za tobą wzrokiem jak złaknione szczenięta. Owszem, ci starsi, okazują zainteresowanie, są gotowi pójść do łóżka, lecz niekoniecznie w windzie, przebieralni czy schowku, tylko w hotelu, gdzie czuliby się bezpieczni (i mogliby często korzystać z toalety), gdzie mogliby ci opowiadać o tych wszystkich sukcesach, jakie osiągnęli, i skąd mogliby urwać się w każdej chwili, aby wrócić do swoich małżeństw, zacementowanych wieloletnimi układami finansowymi, wspólnymi kredytami i zbieżnym celem gospodarczym – dziećmi.

Ta zmiana wieku zainteresowanych tobą mężczyzn, jest dla ciebie przykra. Jakby owo zainteresowanie w jakimś stopniu cię definiowało. Jakby to, jacy mężczyźni są tobą zainteresowani, mówiło coś o tobie. Kiedy między 20 a 30 rokiem życia odczuwałaś żywe zainteresowanie, i mężczyźni gapili za tobą zaślinieni, czułaś się sama z sobą lepiej niż obecnie, karmiłaś własne ego ich zainteresowaniem.

Patrzysz w lustro, blisko, tak że nosem prawie dotykasz powierzchni, i widzisz wijące się wokoło oczu żmije.

Myślisz: mam dobre geny.

Myślisz: potrzebuję kwasu foliowego.

Nie potrafisz bez obrzydzenia myśleć o swoich piersiach. Twoje piersi były jeszcze kilka lat temu inne. Nigdy nie były duże, ale nie zwisały jak przekwitłe śliwki. Dzieci – jak pijawki – wyssały twoje piersi, sprawiły, że przekształciły się w oklapłe skórki, na które mężczyźni patrzą, jak ci się wydaje, z obojętnością. Wcześniej, podczas nachylania, wlepiali gały, instynktownie, wiedzeni impulsem.
 

Kiedyś przestaliście z mężem sypiać. Mieliście dzieci: najpierw w waszej sypialni stało jedno łóżeczko. Dziecko budziło się nocami. Dziecko miało kolki. Dziecko wrzeszczało. Dziecko płakało. Miesiącami chodziłaś niewyspana. Pod oczami gromadziła się ciemna opuchlizna, budząca twój wstręt i gniew. Miałaś czasami wrażenie, że podniesiesz dziecko i rzucisz nim o ścianę. Wrzeszczałaś na nie, kiedy budziło się po raz enty jednej nocy: zamknij ryj, ty pierdolony wyjcu!

I co wówczas mówił twój mąż? Jak rozładowywał napięcie? Krzyczał na ciebie: opanuj się, wariatko! Odpierdala ci! Idź do lekarza, jeżeli nad sobą nie panujesz.

Aby następnie – z gniewem – zabrać kołdrę i poduszkę i przenieść się do salonu, gdzie mógł spokojnie dospać do rana.

Miałaś wyrzuty sumienia, że wrzeszczysz na dziecko i aby je zneutralizować, tłumaczyłaś samą siebie: nie jestem matką polką, nie jestem stworzona do rodzenia dzieci. Co nie przeszkodziło wam w poczęciu kolejnego potomka.

To był pojedynczy stosunek, jak pamiętasz. Obliczyłaś, kiedy będzie najlepiej, chociaż już wówczas mąż cię brzydził i drażnił. Policzyłaś dni i udało się. Czemu zdecydowałaś się na drugie dziecko? Z perspektywy lat nie masz pojęcia, dlaczego do tego doszło.

Stosunki z mężem były całkowicie przewidywalne. Miał kolejność, której trzymał się z uporem uporządkowanego księgowego, nigdy nie zmieniał niczego w wypracowanej metodzie: kładliście się w łóżku, każde rozbierało się samo, on lizał ciebie, ty lizałaś jego, potem kładłaś się na boku, tyłem do niego, gdyż była to twojego męża ulubiona pozycja. Nigdy nie ustalał, jaka jest twoja ulubiona pozycja, czy jego ulubiona pozycja jest jednocześnie twoją ulubioną pozycją, czy w jego ulubionej pozycji masz jakąkolwiek szansę na dojście. Tym ostatnim twój mąż, co do zasady, nie interesował się, gdyż należał do tych mężczyzn, którzy nie drążą kwestii oczywistych.

Gdy urodziło się dziecko nr 2, jeszcze rzadziej kładliście się na boku. Łóżeczko z dzieckiem nr 2 stało w waszej sypialni. Dziecko nr 2 nie miało kolek jak dziecko nr 1, lecz i tak budziło się nocami. Wytrącane z błogości lękiem separacyjnym, musiało sprawdzić, czy jesteś, czy czuwasz i czy aby nie śpisz, bo gdybyś przypadkiem spała, dziecko nr 2 w swojej atawistycznej bezrozumności musiało cię natychmiast obudzić, jakby wykańczanie matek było nieuświadomioną potrzebą noworodków. Musiałaś je karmić i dlatego twoje piersi przypominają wyschnięte skórki. Wykarmiłaś dwójkę dzieci i teraz nie możesz patrzeć na swoje ciało. Nie ma takiej możliwości, byś nago stanęła przed lustrem. Sama myśl cię przeraża.

Mąż czasami klepie cię w tyłek albo wkłada rękę pod bluzkę, jednak na tym zwykle kończy się jego zainteresowanie. Na nic więcej nie starcza mu energii. Zawsze klepie cię w tyłek albo wkłada rękę pod bluzkę w sytuacjach gdy nie ma możliwości zrobienia niczego więcej, jakby coś pozornie inicjował, lecz jednocześnie asekurował się, aby inicjacja ta pozostała w fazie inicjacyjnej, nie pociągając za sobą dalszych następstw. Dla twojego męża nic nieznaczące poklepanie po tyłku jest jak oznaczenie terenu, jak obsikanie granic swojego terytorium, oto on: samiec zaznacza, co jest jego. I nawet nie to, że masz ochotę na stosunek jak z tabelki Excela, gdzie wszystko jest w swoich ramkach, ma swój porządek i określone przyczyny (A) rodzą określone skutki (B), lecz mimo wszystko przykra jest dla ciebie jego asekuracja, potwierdzająca, że twoje ciało nie jest tym, czym było. Pomarszczona szyja i brzuch, żmije pod oczami oraz zwiędnięte piersi sprawiają, że nawet twój mąż, uporządkowany księgowy, nie jest tobą zainteresowany. I kiedy to sobie wizualizujesz, jesteś bliska zwymiotowania. Wówczas wbiegają dzieci i krzyczą: jesteś najpiękniejsza, mamusiu. Gramolą ci się na kolana. Jak im wytłumaczyć, kiedy pytają: dlaczego płaczesz?
 

Twoje ciało nie obumarło zupełnie. Pozostało w nim coś, co czasami nie pozwala ci spać, jakieś nieuświadomione pragnienie, tęsknota za czymś, czego nie umiesz nazwać, co powoduje, że zapatrujesz się w okno podczas spotkania, dla którego uczestników pozostawiasz bezpieczny uśmiech, pokazujący: jestem zainteresowana, chociaż w rzeczywistości nie jesteś.

Wieczorem idziesz do łazienki, biorąc ze sobą telefon. Sypiasz w koszuli nocnej, co jest wygodne i użyteczne. Zawsze korzystasz ze sprawdzonej strony, gdyż, jak twierdzi twój mąż, nie powinno się zmieniać sprawdzonych rozwiązań. Z jakiegoś powodu (prawdopodobnie z takiego, iż pragniesz zostać upokorzona) kręci cię układ: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Kobieta jest na czworakach. Jeden mężczyzna leży pod nią i wchodzi, można powiedzieć, tradycyjnie. Drugi mężczyzna stoi przed kobietą, wpychając jej do ust. Trzeci z kolei wciska kobiecie do tyłka. Czasami pluje jej na odbyt, aby ułatwić sobie wejście. Szarpie ją za włosy.

Zastanawia cię, czemu nigdy nie pokazują twarzy aktorów, tylko eksponują aktorki. Aktorki prawie zawsze są atrakcyjne – aktorzy w większości nie. Jakby dla docelowego odbiorcy (sfrustrowanego mężczyzny między 25 a 65 rokiem życia) ważne było wrażenie, że nawet nieatrakcyjny mężczyzna może zdobyć atrakcyjną (i chętną na seks analny) partnerkę. Czy jesteś jedyną kobietą, która to ogląda? Czy jesteś nienormalna?

W finale kobieta klęka przed mężczyznami, a oni dokańczają na jej twarz. Niektóre aktorki nie są w stanie udawać, że mają ochotę na to, aby nasienie spływało im po twarzy; ale ciebie mimo wszystko to podnieca. Lubisz oglądać, jak mężczyźni spuszczają się na kobietę. Oglądasz bez dźwięku – tylko obraz. Dotykasz się. Znasz swoje nieszczęsne ciało tak dobrze, że potrzebujesz tylko kilku minut.

Później zmywasz makijaż. Myjesz zęby. Płuczesz usta środkiem antybakteryjnym. Wcierasz balsamy w ciało. Myślisz: moje pięty jeszcze nigdy nie były tak twarde. I czasem wstrząsa tobą taki skurcz gniewu, aż chciałabyś pociąć się żyletką.

Gdy wracasz do sypialni, twój mąż drzemie. Z zamkniętymi oczami mówi: muszę jutro umyć auto i pojechać do CASTORAMY po baterie do pilota… Ty mówisz: odbiorę dzieci później, bo idę do kosmetyczki. On: zapłaciłem rachunek za gaz… Ty: zapłaciłam za prąd… Następnie twój mąż usypia. Ty leżysz jeszcze przez chwilę. Kiedy w nocy mąż wstaje do łazienki, przez sen prosisz: sprawdź, czy dzieci są przykryte. Masz mokre uda.
 

2.

Chcesz się podobać mężczyznom, lecz kiedy okazują ci zainteresowanie, jesteś instynktownie niezadowolona, gdyż chcesz czegoś i nie chcesz jednocześnie.

Kiedy atrakcyjny mężczyzna okazuje ci zainteresowanie, zachowujesz się nieadekwatnie, czym owego mężczyznę wprawiasz w zakłopotanie. Mówisz coś odpychającego. Następnie swoje nieadekwatne zachowanie wielokrotnie przetwarzasz w wyobraźni, i masz ochotę wydłubać sobie oczy. Myślisz: debilka, idiotka, kretynka… Nie możesz przestać obsesyjnie przywoływać jego zakłopotanego wyrazu twarzy… Myślisz o tym, co on pomyślał. Jest dla ciebie ważne, co pomyślał o tobie obcy mężczyzna, chociaż – z drugiej strony – jest ci to obojętne – tak zapętla się twoja obsesja. Śmiejesz się sama z siebie.

Chciałabyś być mądrzejsza, piękniejsza, młodsza. Chciałabyś mieć ładne piersi, gładką szyję. Chciałabyś być kimś innym.

Przed lustrem szukasz włosków w nosie, łapiesz je pincetą i wyrywasz razem z otłuszczoną cebulką, czemu towarzyszy przeszywające ukłucie, jakbyś raniła nerw albo kanałowo drążyła zęba. Lecz nie akceptujesz siebie z widocznym włoskiem w nosie – sama myśl, że ktoś mógłby zobaczyć cię z włoskiem w nosie jest bolesna dużo bardziej niż fizyczna eliminacja włoska.

Chodzisz na zabiegi laserowej depilacji, by pozbyć się owłosienia na nogach, rękach, kroczu (chociaż to ostatnie miejsce miesiącami oglądasz wyłącznie ty sama, mimo to pragniesz, aby było gładkie). Po zabiegu, z miliardem czerwonych plamek na skórze, jesteś jak żywcem przypalone zwierzę, jest w tobie tylko instynkt, ból.

Co z twoim mężem? Jaka jest jego w tym rola? Miesiącami może cię nie zauważać, jakbyś była tylko hologramem w jego domu, niegroźnym, użytecznym awatarem, posiadającym takie praktyczne umiejętności, jak gotowanie, pranie, prasowanie. Jesteś tłem dla pierwszego planu, którym dla twojego męża jest TVN24.

Twój mąż odnajduje w TVN24 esencję życia, nasyca się informacjami, pozwala im płynąć, tym wszystkim tragediom, politycznym bredniom, rozmazanym twarzom facetów w kajdankach, światłami awaryjnymi przewróconych samochodów, rozrzuconymi po asfalcie drobiazgami, twarzami prawników, księgowych, policjantów nieustannie poruszających ustami, jak egzotyczne zwierzęta z tajemniczymi odwłokami, tworzące irracjonalny szum, którego rozkodowanie zajęłoby miliony lat, lecz nawet po rozkodowaniu przekaz okazałby się jałowy.

Dlatego targana medialnym paradygmatem kobiety idealnej, pięknej, mądrej, dbającej o siebie, dzieci, pracującej, niezależnej, lecz znajdującej czas na czytanie poezji, czyli kobiety – tak zwanej – uduchowionej, lecz z wypielęgnowanymi piętami, biegniesz do kosmetyczki, proponującej ci coraz to nowe zabiegi i pokazującej zdjęcia kobiet w twoim wieku, wyglądających dużo lepiej. Kobiety na zdjęciach w gabinetach kosmetycznych nigdy nie mają podkrążonych oczu ani grubego makijażu, nie wyglądają też jakby obsługiwały zmywarkę.

Jesteś targana paradygmatem, który jednocześnie odrzucasz, gdyż masz świadomość jego kłamliwości. Widzisz nachalną manipulację kosmetyczki, pragnącej sprzedać ci kolejne (samooszukujące) zabiegi, lecz pragnienie jest silniejsze od rozsądku. Wiesz, że robisz głupio, jednak nie potrafisz nad tym zapanować. Widzisz zdjęcia kobiet w twoim wieku, które rzekomo wypiękniały po owym zabiegu kosmetycznym, i chociaż wiesz, że zdjęcia były retuszowane i masz świadomość nieprawdziwości mamiącego cię mirażu, pozwalasz kosmetyczce udręczać twoją dostatecznie już udręczoną twarz. I jak alkoholik, który na kacu, obiecuje, że już nigdy nie wypije nawet kieliszka, tak ty tuż po zabiegu kosmetycznym, obiecujesz sobie, że już nigdy (przenigdy) nie poddasz się zabiegowi kosmetycznemu. I jak alkoholik, który składał tak wiele obietnic, że w żadne już nie wierzy, tak ty, gdy kolejny raz dzwoni do ciebie kosmetyczka, aby donieść, że kupiła nowe urządzenia do – dajmy na to – niwelowania cellulitu, zapisujesz się na pierwszy, wolny termin, by kosmetyczka raniła twoją nieszczęsną pupę prądem.W opozycji do ciebie pozostaje twój mąż, który jest samcem nasyconym, nie mającym już żadnego celu. Ma to, do czego dążył. Ma emblematy statusu:

 ciebie (wypielęgnowaną i pachnącą, lecz gotującą obiady), dom (tonący w pastelach, jak domy z pism o wnętrzach), samochód z napędem na cztery koła, którym jeździ do pracy i do sklepu – czym zaspokoił wszystkie swoje potrzeby. Jak powtarza: jedyne, czego potrzebuje, to święty spokój. Święty spokój – to ulubione powiedzenie twojego męża, który, jak czasem sobie wyobrażasz, powoli umiera, ze szklanką w fotelu.

Twój mąż tyje, usadzony przed telewizorem, skąd sięga po kolejne plastry wędliny i piwo. Twój mąż ma wielki brzuch. Nie zmienia skarpet po powrocie z pracy. Kiedy wieczorem przechodzisz obok i czujesz swąd jego stóp, mogłabyś go zakłuć nożem kuchennym i jesteś przekonana, że zdolny adwokat wykazałby afektywne przyczyny twojego szału.

Widzisz oczy twojego męża, mętniejące z każdym kolejnym piwem. Przypominają ci się te nieliczne momenty, gdy idziecie do łóżka, dla zaspokojenia fizjologicznej potrzeby. Zawsze wygląda to tak samo, z obrzydliwą przewidywalnością. Chce abyś położyła się na boku. Słyszysz jego sapanie. Z trudem ściąga ubranie, stara się trafić – kłuje napiętym penisem twoje pośladki. I – czym jesteś zaskoczona – podniecasz się. Podnieca cię ten stary, zmęczony, otyły mężczyzna. Podnieca cię schematyczny i fizjologiczny seks z nieatrakcyjnym mężem, pocącym się tak, że zalewają cię strumienie jego potu. I gdy spuszcza się w ciebie, natychmiast pyta: pamiętałaś o tabletce, prawda? Tak twój mąż wyobraża sobie pierwsze słowa po wytrysku. Dodaje: nie chcę kolejnego dziecka. Może ustaw sobie alarm w telefonie, żeby na pewno pamiętać.

Dlatego nalewasz kolejną lampkę wina. Lecz kiedy przystawiasz kieliszek do ust, myślisz: alkohol rujnuje moją cerę.

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.