PAWEŁ ORZEŁ – ur. w 1985 r. w Madrycie. Prozaik, dramatopisarz, autor jednego wiersza. Mieszka w Warszawie. Wydał dramat Defenestracja (2005), zbiór opowiadań Nic a nic (2009), zbiór prozy eksperymentalnej Cudzesłowa (2010), powieść Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie) (2011) oraz utwór eksperymentalny w formie jednego rozkładanego arkusza drukarskiego Arkusz [^pi^gmalion](2014). W 2011 debiutował w teatrze za sprawą przedstawienia Słów, które uleciały w świat nie można już łapać za skrzydła (na podstawie dramatu (sutina) point vital). Od kwietnia 2014 jest redaktorem naczelnym kwartalnika „eleWator”. Obecnie zajmuje się również spuścizną Henryka Berezy (m.in. tomik Zgrzyty, 2014; w przygotowaniu Wypiski drugie).

Foto: M.P.

 

 

zarośla (II)


„nadrośla(

Znowu jest konkretniej. Przystanek autobusowy obrósł w chaszcze. Zaraz zacznie coś go podtapiać. Tu na pewno ktoś mieszka. Idą wśród trzciny, szukają ścieżek i rzeźb. Wszystko dookoła pachnie jej ciałem. I jest już ściana. Dzieci z dużymi głowami powinny wskazać drogę. Kichają i ocierają pot. Zbudowana została z uschniętych drzew. Pokaleczone nogi, za którymi szedł, też są mokre. Przygląda się jej duch. On staje obok, opisuje jego anatomię. I spojrzenie. Czuję się niekompetentny i inspirujący, niestabilny i uroczy. Mówimy już do siebie przez ścianę. Może też z innych pięter. Dla niego po wyjściu wszystko będzie nadal ciekawe. We własnym domu. Robi się ciemno. Zaraz pościel, przekrzywiony sufit i przewrócone wino dadzą o sobie znać. Jeszcze chwila. Nic ważnego nie stało się. Wszystko wciąż będzie nerwowe i cielesne. Stara norma w pozornie nowym miejscu też ma swój urok. Kiedy pachnie jej krwią. Blisko lustra. Mówiła o jakimś rodzaju tęsknoty. I coraz trudniej ułożyć spoconych siebie wśród trzcin na łóżku. Każda kolejna wyrastająca budzi ich na chwilę. Dlaczego wyschnięte i przewrócone drzewo rodzi żółte i pomarszczone owoce? Otwierają oczy, pada deszcz. Znów zbliżają się do siebie.

(7.09.2016)
 

*

‘podrośla\

Samozadowolenie ucisza ich. Liść czerwienieje delikatnie z jednej strony. Przedwczoraj lub jeszcze dawniej. Część roślin postanowiła sczernieć, omijając inne możliwości. Nigdy nie zobaczysz, jak to dzieje się. I to nie przez kłopoty z pamięcią. Ani przez bolesne ciało. Czasem wolał udawać niewidomego. Zwłaszcza w nocy to robili. Udawało mu się odnajdywać wyjątkowo proste gałęzie. Roześmieje się jeszcze parę razy. Niewiele zostało ze mnie. Jest to głos urywany. Ożywiają się przy paśniku. Oglądają zęby i ich ślady. Będzie mówić prawie przez nos. Porównują. Przez sen. Czuli się zawsze skrępowani. Żadne spotkanie nie pozwalało im oswoić się ze sobą. Zasnąłem wtedy z upicia. Patrzyliście przez okno. Podłoga lepi się. Na dole, na chodniku też są jego odbicia. Za łóżkiem lepi się. Przy biurku widać liście. Po prostu cieszę się, kiedy jest coraz gorzej. Ten urywany śmiech. Każdy innego gatunku. Opowiadam o tym, że nie chcę mieszkać sam. Nic nie dzieje się od paru minut. Będę mówić o kocie i o strachu. Ona planuje pójść do lasu o świcie. Muzyka zbiera się na stoliku. Rośliny uschły. Nie podlewam tych najsłabszych. Znowu śmiejesz się. Suche też mają swój urok. I rozlewasz wszystko. Chyba tak mogłaby to opisać. Znalazłem wodospad – nie widzę go, ale słyszę i bawi mnie myśl, że do niego wpadnę. Ta część dywanu lubi piwo. Chcesz oglądać zwierzęta. Zapamiętuję te fragmenty. Tamta ziemia z doniczki. Będzie czytać o wszystkich niezrozumiałych rzeczach. Powtarza się, a ją to irytuje. Próbuje coś powiedzieć. Oddalają się pozostałe liście. Na ławce robi się zimno. Nikt o tym nie pamięta. Na schodkach przy wodospadzie jest ciasno. To nic nie znaczy.

(29.09.2016)
(data nieprawdziwa)


* * *

~zrośla.

Nie wiem, jak zacząć. W tym nadmiarze nic nie układa się, nie ma miejsca na jakiekolwiek poruszenie. Chwytam się myśli, które już wielokrotnie artykułowałem. Trochę za dużo nietoperzy latało nad wami. Nie mieliście nic poważnego do powiedzenia. (Jestem zmęczony). A ty nawet przez najkrótszą chwilę nie potrafiłeś być dowcipny. Trochę przykro żyje się w tym otoczeniu. Nie potrafię już zdefiniować najprostszych rzeczy. I odczuwam coś ambiwalentnego względem zimna. Idźmy dalej. Wszystko jest prowizoryczne. Szyld czasu TYMCZASEM. Jestem nieobecny tam, gdzie chciałbym być najbardziej. Wszystkie tematy nudzą. Wstyd chyba nawet o tym myśleć. Nie dzieje się zupełnie nic. Tylko jakiś głos z przeszłości, w której nadal jestem, zasłania to, co mogłoby być – Jesteś dla mnie bardzo ważny. I nie wiem, jak mam żyć bez świadomości Ciebie. Jestem kiepska w uczuciach. Wybacz. Trudno cokolwiek do tego dodać. Wtedy stwierdziliście, że dzieci jest wszędzie za dużo. Chętnie z tym zgodzę się przy całkowitej ciszy i obojętności, która czasem zgrzytała – Wytykam, bo chciałabym być z Tobą. Ale staram się nie robić z tego dramatu, wychodzę z założenia, że co ma być, będzie, tylko trzeba cierpliwości. Kochamy się, prawda? Tego nic nie powinno zburzyć, a Twoje niepokoje są niepotrzebne. Pewnie jest to najlepszy moment na wyjazd i bezradność. (Zasypiam). Na całkowity brak pytań. Może istniejemy na zboczach życia. Jak upiory. Niezupełnie. Manekiny. W przebraniu przebrane. Wszystko dzieje się naumyślnie. Bo przecież – Chciałam żyć z Tobą. Nigdy nie czułam tego. Na chwilę robi się miło. Nawet jakby w nadmiarze pojawiły się pewne odstępstwa, luki lub delikatności. Wymyślenie czegoś na nie może też być trudne. Wisiałeś głową w jej stronę. Ty z kolei zmieniałaś wymyślnie pozycje i nawet przez chwilę nie pomyślałaś, że powinnaś kiedyś przestać. (Odczuwam jakiś dyskomfort w okolicach mostku). Szumieliście gdzieś obok siebie. Wyobrażam sobie, jak mogłoby to wyglądać po takim czasie. Ale jeszcze nie potrafię określić, co było łatwiejsze. Wiem, o czym mówiłem na granicy przytomności późną nocą. Domy nieruchome – śpiące zwierzęta. Palmy, palmy. Ciemno. Wciąż będę mówić, bo względem tego stanu nie ma żadnego czasu. Nie ma chyba nawet mnie w jednej konkretnej i chociaż częściowo stałej postaci. I nie wiem, skąd to też brało się. Bałem się jakichkolwiek myśli o tym, co mógłbym z tym zrobić. Szedłem wśród ludzi, ale zawsze wyskakiwałem niby korek, nie mogłem w nich wejść. Okropność odbierająca wręcz chęć ukształtowania jakiegoś odczucia, choćby najbardziej prymitywnego. Nie potrafiliście tego nazwać w żaden konkretny sposób. (Boję się, że paznokieć znów pęknie). Jeszcze przed chwilą przyglądaliście się sobie z sympatią, a teraz już niczego nie chcecie. Od pewnego czasu bardzo nie lubię patrzeć na siebie. Nie mogę widzieć odbicia twarzy w żadnej formie. To wy sprawiliście, że wszystko stało się białe. (Przeciągam się i zaczynają boleć plecy). Próbowaliście wytłumaczyć sobie, że myślicie o waszej relacji na różne sposoby, ale równie dziwne. A teraz lub wtedy, albo kiedyś – Kocham Cię, jesteś najcudowniejszym mężczyzną, jakiego poznałam. Nie chciałam, by cokolwiek sprawiło Ci przykrość. Wiem, że to teraz niewiele pewnie znaczy. Ale szaleję za Tobą i potrzebuję. Mogę jeszcze rozejrzeć się niepewnie. Nic nie mówić. (Męczy mnie obcy kształt gdzieś w głowie). Nic nie robić. Zrozumieć, że nie ma mnie, nie w tym sensie, jakim chciałbym. […] Zauważyliście, że wszystkie ważniejsze wydarzenia wokół was przebiegały zaskakująco cicho. […] Zasłoniłaś okno, więc w końcu mogliście wyspać się. […] Rozśmieszyło cię to, jak bardzo straciłeś czucie w ręce leżącej pod jej głową. […] Coraz mniej jest rzeczy wartych spisania. Jestem zmęczony i chcę się zamknąć. Wcale nie umrzeć, ale uschnąć w książce. […] Jak zwykle dotykaliście się długo przez przypadek. […] W końcu z nijakiego odrętwienia nie pierwszy raz wyrywają słowa – Przestań się wstydzić swojego życia przed swoją rodziną i w ogóle ludźmi. Mów z dumą o nas i o mnie. To jest warunek konieczny do życia. Brak też może podobać się. Wpisuje się to w coś, czego nie potrafię jeszcze nazwać. Wśród natłoku i ścisku obrazów i słów nawet nie chcę tego robić. Szukając bielizny w pokoju, zauważyliście, że za biurkiem znowu nic nie było. Pojawia się tylko niejasne przekonanie, że coś jest wyborem z trzynastu rzeczy. Każda z nich nienazwana i trochę nieokreślona w czymś pierwotnym. Nie wiem zupełnie, co z tym zrobić ani jak to odczuwać. Słowa pisane są jak futerko myszki, jak kołysząca się mgła. Jest w nich siła nieoczekiwana, znaczenie oparu, który może przybrać kształt niezwykły, ciepło śpiącego zwierzęcia. Wielka magia lub nic. NIC. O zrozumieniu nawet nie myślę. Być może była to wasza najmądrzejsza decyzja, że postanowiliście nie mówić o żadnych uczuciach. Myślę o jednej z trzynastu. Nic jednak nie pojawia się. Jedna z trzynastu – Zawsze chciałam być kochana ponad wszystko i bez względu na okoliczności. Zawsze będę na to liczyć. Dobranoc. Jedna. (Te i inne dolegliwości wciąż powtarzają się). Nie wiem też, jak skończyć. Nigdy nie umiałem. W tym nadmiarze nie ma na to miejsca. Zostawiliście dla siebie tylko niewyraźną plamę, która niczego nie potrafiła przysłonić.

(1960.2014.2015~13-21.11.2016/LL.WK.PO)

 

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.