OLGERD DZIECHCIARZ - Publikuje również pod pseudonimem Tytus Żalgirdas. Autor powieści: Wielkopolski i Małopolski, zbiorów opowiadań: Masakra, Miasto Odorków, poMazaniec i Pakuska oraz siedmiu tomów wierszy, m.in.: Autoświat, Galeria Humbug, Mniej niż zło, Przewrócona ósemka, Mityfikacje. Mieszka w Bolesławiu pod Olkuszem. Prezes Fundacji Kultury AFRONT.

Blog autorski:
http://wolkuszuczylinigdzie.salon24.pl/

rys. Tadeusz Błoński

 
 

Wszyscy się w to bawią
(Fragment powieści „Grzebanie”)
 

To był dobry przedział. Powiem więcej: to był idealny przedział. Nie tylko dla niepalących, ale przede wszystkim pusty. Nikogo, kto by mnie o coś zapytał, czy coś mi zaczął opowiadać. Mogłem zasiąść wygodnie i myśleć. Mogłem skupić się na tym, co było, a więc nie mogę już tego spieprzyć, bo dawno już to spieprzyłem. Na tym polega zaleta wspomnień. I korzystając ze sprzyjających okoliczności zacząłem wspominać. Zamknąłem oczy, bo wtedy łatwiej mi się skupić, zresztą każdemu łatwiej jest, gdy zamknie oczy. Nawet niebezpieczeństwa są wtedy jakoś mniej groźne, dlatego dzieci przed złem chowają się pod kocem dodatkowo zatykając palcami uszy.

Nie zdążyłem wgłębić się zanadto w przeszłość, a ponieważ nie zatkałem uszu, to usłyszałem, że ktoś odsuwa drzwi do przedziału. Co było zrobić – otwarłem oczy.

Była piękna, miała ciemnokasztanowe włosy i wielkie zielone oczy: „Czyżby to były szkła kontaktowe?” – pomyślałem. Mogła mieć koło 35 lat, choć na tyle nie wyglądała, ale na ogół dobrze odczytuję wiek kobiet, bo skupiam się nie na tym, co oczywiste, ale na drobiazgach: na szyi, która się pierwsza starzeje, na kącikach oczu, na dłoniach…

Popatrzyła na mnie z takim samym zainteresowaniem, jak na półkę nad moją głową. Miała walizkę i – jak się domyśliłem – chciała ją położyć na tej półce, pewnie, żeby ją mieć na oku. Zerwałem się, gotów nieść pomoc. Rodzice nauczyli kultury...

– Pomogę! – zaoferowałem swoje usługi.

Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech niczego nie oferował, nie było w nim ciepła, ani wdzięczności. Poczułem, jakbym jedynie spełnił swój obywatelski obowiązek. Od razu zrozumiałem, w czym rzecz: to była doświadczona przez życie kobieta, która dużo widziała i zetknęła się tylu facetami, że każdy kolejny tylko utwierdzał ją w przekonaniu, jak cholernie marni są współcześni mężczyźni, jak mało dają i jak dużo oczekują.

Kasztanowłosa usiadła; miała pierwszorzędne nogi – zauważyłem, bo trudno było nie zauważyć, skoro jej krótka szara spódniczka jeszcze się skrócił, gdy siadła. A – szelma – wybrała takie miejsce, żebym dobrze widział jej długie nogi; naprzeciwko, ale lekko po skosie. Wyjęła z torebki w wąskie czarno-białe paski jakąś książkę i okulary. Lubię kobiety w okularach, są bardziej pociągające, a gdy do tego wszystkiego czytają, to nawet nie jestem w stanie opisać, jak bardzo mi się wtedy podobają. Położyła książkę na kolanach, więc nie miałem szansy dojrzeć, jaki nosi tytuł i kto jest autorem.

Pomyślałem, że podobną kobietą, jak ta tutaj, długonoga, może być teraz moja Lolitka. Gdzie jesteś, moja Lolitko, moje – jak wtedy brutalnie szczerze mówiłem: „pogotowie seksualne”? Czy skończyłaś w ramionach statecznego obywatela jakiegoś szwajcarskiego kantonu, z którego forsy żyjesz wygodnie i dostatnio? To całkiem prawdopodobne! Może, tak jak marzyłaś, mieszkasz na jednej z wysp Pacyfiku, smagana ciepłym wiatrem, pijąc mleko ze świeżo zerwanego kokosa, wachlowana palmowym liściem przez muskularnego krajowca? Ale – bo może i tak być, na ogół zresztą tak jest, że jest inaczej, niż miało być – może więc siedzisz w jakiejś dziurze, uczysz w szkole, albo pracujesz w prowincjonalnym biurze, wypełniasz kwestionariusze, a po południu, gdy wracasz do pustego mieszkania, czekasz, aż kolejny facet, który ukradkiem wyrwał się od swojej żony, spróbuje wypełnić w tobie tę pustkę, której nie da się zapełnić?!

Przeraziła mnie wizja samotnej Lolitki, która oddaje się starszym facetom i już nie wierzy w miłość. Tylko czy wtedy, gdy byliśmy młodzi – rozmyślałem – wierzyliśmy w miłość? Nigdy Lolitce nie powiedziałem, że ją kocham… To znaczy mówiłem jej „kocham” zawsze, gdy pytała, ale to przecież nie było na serio. Zdawała sobie z tego sprawę i ja też sobie zdawałem sprawę, że gdy wołała moje imię i krzyczała, jak bardzo mnie kocha, to właściwe te słowa nie wypływały z jej ust, tylko z tego wilgotnego, rozgrzanego miejsca między jej udami, gdzie właśnie się znajdowałem i było mi tak bosko, że za pozostanie tam byłem gotów na pakt z diabłem, a co dopiero na fałszywe wyznanie miłości.

Otworzyłem oczy - bo moje rozmyślania o Lolitce odbywałem udając pogrążonego w drzemce – by popatrzeć na Kasztanowłosą. Nic się nie zmieniło, czytała, ale teraz trzymała książkę już nie płasko położoną na kolanach, ale lekko uniesioną, dlatego mogłem wreszcie zaspokoić ciekawość i przeczytać tytuł. Mój ty Boże, nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłem, co u licha ona czyta! To była „Historia oka i inne historie” George’sa Bataille’a.

Zrozumiałe było, że mogę sobie pozwolić na więcej, dużo więcej, niż gdyby czytała któryś z tomów o rozlewisku, czy coś podobnego.

– Doszła już pani… – zawiesiłem głos niczym papież w tym słynnym przemówieniu podczas pierwszej pielgrzymki do ojczyzny, i dodałem – …do sceny księdzem?

Drgnęła, zaskoczona, ale wiedziałem, że to tylko gra, gra na czas. Zamknęła książkę i podniosła okulary na czoło.

– Której?

Pochyliłem się ku niej i patrząc jej prosto w oczy rzuciłem:

– Tej w zakrystii, gdy wkładają księdzu oko do odbytu?!

Zaśmiała się. Nie zaprzeczę: ładnie się śmiała.

– Proszę mi nie opowiadać, nie będę miała przyjemności… z czytania… – powiedziała to w taki sposób, że już wiedziałem, co dalej robić.

– Czyta pani Bataille’a dla przyjemności?

– A jaki może być inny powód? – droczyła się.

– Ja czytałem go dla emocji i dla przestrogi. I szukałem u niego odwagi. Nasi pisarze wtedy tak odważnie nie pisali, no, może jeden Witkacy…
Spojrzała na książkę, jakby to była jakaś obca rzecz, którą ktoś jej podrzucił do torby i teraz nie wiedziałaby, co z nią zrobić.

– Wie pan, nie lubię literatury kobiecej. W ogóle nie czytam książek, które napisały kobiety… Jakoś to, co piszą kobiety nie wydaje mi się ciekawe. Kobiety nie są tak odważne, jak mężczyźni…

Proszę bardzo, jak ciekawie rozwijała się nasza rozmowa.

– A Sylwia Plath? Mało znam tak odważnie napisanych książek, jak Szklany klosz?!

– No tak, ale jedna Sylwia Plath wiosny nie czyni… – znów zaśmiała się. Byłbym największym kłamcą świata, gdybym powiedział, że jej śmiech nie był fantastycznie pociągający.

– Zna się pan na literaturze, dobrej literaturze – przyznała. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałam z mężczyzną o książkach…

– Mąż nie czyta? – wszedłem jej w słowo, choć wolałbym wejść w nią.

Na moment rysy jej twarzy stężały i wtedy urok tej kobiety jakby uleciał, ale to – na szczęście – był tylko moment. Znów się uśmiechnęła i ponownie była tą piękna, tajemniczą Kasztanowłosą.

– Mój mąż, mój były mąż… – podkreśliła to chyba ze zbyt dużym naciskiem – …czytał wyłącznie wyciągi z kont bankowych i notowania giełdowe. I pewnie dalej czyta to samo, ale to już mnie kompletnie nie interesuje…

Temat był zakończony, ale ja i tak nie zamierzałem go kontynuować.

– A czym pan się zajmuję zawodowo? – spytała zmieniając temat, a chyba bardziej po to, by przejąć inicjatywę.

– Jestem grabarzem – wypaliłem.

Wspominałem, jak wielkie miała oczy? Gdybyście zobaczyli jej oczy w tej chwili…

– Pan żartuje?! – chciała się upewnić.

– Z racji specyfiki uprawianego zawodu nie jestem zbytnio skory do żartów – powiedziałem spokojnym wyważonym głosem.

Zastanawiałem się, czy nie popełniłem błędu, to mogło ją odstraszyć, a nawet spłoszyć, ale czy nie byłoby gorzej, gdybym jej powiedział, że jestem urzędnikiem i przekładam papiery na biurku?! Czy urzędnik może zaimponować takiej kobicie? Czy jakakolwiek kobieta na świecie, chodzi mi oczywiście o kobiety z klasą, jaką miała Kasztanowłosa, podjęłyby rozmowę z mężczyzną robiącym na co dzień bilanse kwartalne i sprawozdania z wykonania zadań bieżących?!

Trochę ją przytkało; nie miała pomysłu na dalszą rozmowę. Musiałem jej pomóc. Lektury zdały mi się najbardziej bezpiecznym tematem.

– Mniejsza o to, czym się zajmuje. Ciekawi mnie, czym zajmuje się tak interesująca kobieta, jak pani, kobieta, która czyta Bataill’a?

– Niczym szczególnym się nie zajmuję, po prostu lubię czytać. Musi to panu wystarczyć.

Tak mi odpowiedziała – bezczelnie – szelma jedna.

– Skoro nic więcej nie chce mi pani powiedzieć, tyle musi mi wystarczyć.

Oparłem się o fotel i wciąż wpatrzony w nią, zamyśliłem.

Mirek ostrzegał mnie przed takimi kobietami. Ileż to razy mówił, że Lolitka to zepsuta do cna dziewczyna, która nie przyniesie mi szczęścia.

– Ależ ona mi daje wiele szczęścia, za każdym razem, gdy jestem z nią sam na sam w akademiku mam tego szczęścia aż po pachy! – żartowałem.

– A co zrobisz, jak się zakochasz? – pytał.

Wzruszałem ramionami.

– W takich kobietach, jak Lolitka, nie można, a dokładnie nie wolno się zakochać. To byłoby trochę tak, jakbym się zakochał w tych wszystkich facetach, z którymi była przede mną, i tych, którzy przyjdą po mnie. Taka świadomość znakomicie blokuje u mnie możliwość zakochania się. A poza tym – dodawałem – To jest uczciwa dziewczyna; ona daje mi to, co ma najcenniejszego i nie żąda niczego w zamian, zwłaszcza miłości. Bardzo sobie cenię te jej otwartość…

Mówiąc to śmiałem się prawie szczerze.

Teraz, w pociągu, zamyślony, musiałem chyba mieć uśmiech na ustach, bo Kasztanowłosa, też patrzyła na mnie z uśmiechem.

– Wygląda pan na zadowolonego – stwierdziła – Chyba cieszy się pan z tej podróży..

– Bo ja wiem… - odpowiedziałem niedopowiedzeniem.

– A gdzie pan jedzie? Jeśli mogę zapytać…

Czekałem na to pytanie.

– Na pogrzeb – moja krótka odpowiedź – wbrew moim przypuszczeniom – nie zrobiła na niej większego wrażenia. Była na nie przygotowana.

– Czyli wyjazd służbowy?

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

– Nie, skąd, jadę prywatnie – popatrzyłem jej w oczy – Dla przyjemności.

Zerknęła na zegarek, co nie uszło mojej uwadze.

– Na mnie już czas, dojeżdżamy do mojej stacji.

– Na wszystkich przyjdzie czas… – jęknąłem nie kryjąc zawodu.

Wstała i popatrzyła na mnie; zrozumiałem - czekała, żebym jej zdjął walizkę.

– To slogan mojego zakładu pogrzebowego, a dokładnie, to jego początek.

– Trafny, jak się kończy?

Silnym, zręcznym ruchem zdjąłem walizkę z półki i postawiłem na podłodze.

– Na wszystkich przyjdzie czas, ale tylko my załatwimy ci dobre miejsce! – dokończyłem

Zaśmiała się.

– Nabiera mnie pan…

Wtedy i ja się uśmiechnąłem.

– Pomogę pani z tą walizką…

Nie pozwoliła mi.

– Nie, dziękuję, ma kółka, dam sobie radę… Zresztą ktoś po mnie wychodzi…

Puściłem rączkę.

Popatrzyła mi prosto w oczy i wtedy jeszcze bardziej pożałowałem, że to koniec.

– Było miło…

– Tak, zgadza się, było…

Otworzyłem drzwi od przedziału, hamulce pociągu piszczały przeraźliwie, wtedy ona coś do mnie powiedziała, kiwnąłem głową, choć nie dosłyszałem jej słów. Może to i dobrze?!

Wyszedłem na korytarz, choć jeszcze raz rzucić na nią okiem. Otworzyłem okno i wsparty na łokciach patrzyłem. Szła peronem ciągnąc walizkę. Była odwrócona. Zastanawiałem się, czy spojrzy za siebie. Wszyscy się w to bawią – nie jestem w tym oryginalny. Nie spojrzała. Dotarła do schodów prowadzących do podziemnego przejścia; ostatnie, co widziałem, to jej ogniście czerwone włosy… „Ciekawe, jak pachną?” – zastanawiałem się, bo nic innego mi nie pozostało – tylko domysły. Pewne było jedno – nikt po nią nie wyszedł.

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.