Nazywam się PIOTR DMOCHOWSKI. Urodziłem się w Warszawie w 1942 roku. Mój ojciec był profesorem biochemii na Uniwersytecie Łódzkim, a matka pisarką katolicką. Przez cztery lata studiowałem prawo w Warszawie, a następnie wyemigrowałem do Francji. Tu, po ukończeniu studiów prawniczych, poświęciłem się karierze naukowej na jednym z paryskich uniwersytetów. Nie mam dzieci, co jest o tyle istotne, że stworzona przeze mnie i żonę kolekcja dzieł sztuki nie zostanie przez nikogo odziedziczona. W 1983 roku związałem się ze Zdzisławem Beksińskim umową, której celem była popularyzacja jego malarstwa we Francji. Od tego czasu, choć z kilkuletnią przerwą, staram się sprostać owemu zadaniu. Wielokrotnie wystawiałem prace Beksińskiego w różnych miejscach we Francji, Belgii i Niemczech, a także otworzyłem w Paryżu moją własną galerię – Galerie Dmochowski. Musée-galerie de Beksinski – działającą od 1990 do 1996 roku. Jeszcze przed śmiercią artysty zorganizowałem szereg jego wystaw w Polsce oraz wydałem książkę pod tytułem Zmagania o Beksińskiego, która opisuje moje wysiłki we Francji mające na celu upowszechnienie dzieła tego wielkiego człowieka. W 2003 roku otworzyłem wirtualną galerię sztuki pod nazwą Dmochowski Gallery.

http://www.dmochowskigallery.net/

 
 

Posłowie do drugiego wydania Zmagań o Beksińskiego

 

Ponieważ wielu mnie pytało jak zaczęła się twoja przygoda z Beksińskim, czego efektem jest to, że zdecydowałem się na drugie wydanie Zmagań…, tak niektórzy pytają dziś a co było dalej? A więc wyliczę pokrótce wydarzenia, które nastąpiły po 1995 roku, to znaczy po dacie pierwszego wydania książki.

Zmagania… były pisane po francusku, pod innym jednak tytułem Notes sur la situation générale. Historique d’un échec. Dopiero gdy sam przetłumaczyłem tekst na polski i został on wydany w kilkuset egzemplarzach moim własnym sumptem, jeden z nich wysłałem Beksowi. Jak się później dowiedziałem, pani Zosia oburzyła się na mnie za zdradę ich rodzinnych konfliktów i zakazała Zdzisławowi jakichkolwiek dalszych kontaktów ze mną.
Minęło kilka lat. W międzyczasie miały miejsce dwie wystawy Mistrza w Polsce, na które przyleciałem z Paryża, by je zobaczyć. Aż pewnego dnia, gdy akurat byłem w Warszawie, moja żona zadzwoniła donosząc mi, że napisał Beks i że proponuje "wypalenie fajki pokoju". Sądzę, że zrobił to dla tego, że moja obecność na tych wystawach, o której się dowiedział od ich organizatorów, upewniła go, że nadal jestem nim zafascynowany, a on w międzyczasie, po śmierci żony został sam i cierpiał z samotności. Ta wiadomość uradowała mnie do tego stopnia, że od razu zadzwoniłem do niego i jeszcze tego samego dnia pojechałem na Sonaty. Natychmiast odnaleźliśmy serdeczny ton naszych dawnych rozmów. Tym bardziej, że nie było już między nami tej przeklętej więzi stale spóźniającego się z zapłatą marszanda i bojącego się czy nie znajdzie się bez pieniędzy artysty.
Dowiedziałem się od Zdzisława, że umarła pani Zosia, a on dokupił mieszkanie sąsiadki i w ten sposób powiększył swoje. Malował nadal, ale już inaczej. Sam się fizycznie nie zmienił. Byłem zdziwiony jak nadal jest pogodny i uśmiechnięty po utracie najdroższego dla siebie człowieka.
Po moim powrocie do Paryża podjęliśmy na nowo naszą przerwaną korespondencję. Od tego czasu pisaliśmy do siebie codziennie, czasem całe epistoły, czasem tylko kilka słów. Zebrało się tego ponad dwa tysiące stron, które być może zostaną kiedyś opublikowane.
To pogodzenie się pozwoliło mi powrócić do prób propagowania jego sztuki. Bo daleko bardziej niż marszandem ja w duszy czułem się kolekcjonerem i propagatorem.

Wyliczę więc pokrótce poszczególne wydarzenia związane z tą propagacją i z tą kolekcją, które miały miejsce od tego czasu.
Po pierwsze Tomek popełnił samobójstwo. Dla Zdzisława był to zarazem cios i wyzwolenie. Stały strach, że jego syn któregoś dnia zabije się, powodował u niego lęki nie do zniesienia. A Tomek starannie podsycał te obawy.
Choć nie byliśmy już związani żadnym kontraktem znowu zacząłem kupować od Beksa jego obrazy. Kupowałem je również od innych osób i odkupowałem od tych którym sprzedałem je za dawnych czasów. Bo nareszcie znalazłem się w roli kolekcjonera, bez obowiązku pozbywania się prac które zakupiłem, a które często w międzyczasie stawały mi się bliskie. Tak odkupiłem trzy obrazy od spadkobierców pewnego przedsiębiorcy z Tahiti, któremu sześć z nich sprzedałem przed laty. Tak odkupiłem obraz od pewnej galerii nowojorskiej, który ze ściśniętym gardłem musiałem kiedyś jej sprzedać, a którego nie mogłem odżałować. Tak odkupiłem obraz od żony pewnego marsylskiego architekta, który się z nią rozwiódł i pozostawił jej jeden z dwóch, które mu kiedyś sprzedałem. Odkupowałem obrazy od rodziny Beksa, od jego kolekcjonerów i od pośredników, którzy nabywali je na światowych aukcjach.
W pewnym momencie, gdy jacyś wspólni znajomi odwiedzili mnie w Paryżu, w rozmowie, po kilku kieliszkach szampana, zażartowałem, że ponieważ francuski establishment nie chce Beksa, ja na koniec mojego życia spalę wszystkie obrazy w moim posiadaniu. Ci natychmiast donieśli o tym Mistrzowi, który tak się przestraszył, że nie przespał nocy i napisał do mnie list, iż nawet gdybym się zaklinał, że to był tylko żart, on nigdy już nie sprzeda mi żadnego obrazu. Na szczęście Zdzisław nie był do końca konsekwentny i często sobie zaprzeczał. Tak jak dawniej na to narzekałem, tak tym razem mogłem się z tego ucieszyć, bo niedługo potem zaczął znów sprzedawać mi swoje prace, tym razem już nie na dalszą sprzedaż, a do mojej kolekcji.
Zanim został zamordowany w 2005 roku, zaproponowałem kilku muzeom polskim zdeponowanie u nich części naszych zbiorów. Tylko muzeum w Lublinie i dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie, pan Czesław Tarczyński, przyjęli moją propozycję. Pan Tarczyński przyjechał do Paryża i w pierwszym etapie zabrał 15 obrazów. Lublin zabrał dwa. Zapytałem Zdzisława czy nareszcie powie mi za to "dziękuję". Skrzywił się i jak zwykle odparł, że nie ma mi za co być wdzięcznym, bo moja inicjatywa tylko narobi kwasów w artystycznym środowisku częstochowskim, z którym nie był nigdy związany i że on na tym ucierpi. Był to klasyczny Beks.
Zaraz po jego tragicznej śmierci zaproponowałem panu Tarczyńskiemu rozszerzenie depozytu o dalsze prace Mistrza. Przyjechał i tym razem zabrał dalszych 35 obrazów, 100 rysunków i 100 zdjęć artystycznych. Zrobił z tego bardzo piękną wystawę w wielkich pomieszczeniach MGS, z doskonałym oświetleniem i podkładem muzycznym, który za dawnych lat skomponował mi Armand Amar, młody, zdolny kompozytor francuski. Otwarcie wystawy było dla mojej żony i dla mnie jakiegoś rodzaju rekompensatą za wszystkie nieudane próby stworzenia stałej wystawy w Paryżu. Te 50 obrazów, 100 rysunków i 100 zdjęć wisiały w Częstochowie potem przez ponad dziesięć lat.
Ważnym wydarzeniem po śmierci Beksa było również stworzenie jego wirtualnego muzeum na mojej stronie internetowej. Tu muszę podziękować pani Iwonie Sołtysek, która pod moim kierownictwem wykonała wszystkie prace komputerowe. Powstała wtedy ogromna kopalnia informacji o Mistrzu, zawierająca posegregowane setki dobrej jakości reprodukcji obrazów, rysunków, innych prac na papierze, prac na komputerze i z pomocą fotokopiarki.
O ile w moich próbach promocji dzieła Mistrza poczyniłem w przeszłości wiele błędów, o tyle jednej rzeczy mogłem i nadal mogę sobie pogratulować - zaraz po związaniu się z nim umową wysłałem mojego fotografa w cztery strony Polski, by wszędzie gdzie tylko można było dotrzeć, profesjonalnie sfotografował dostępne prace. Te duże slajdy, które nazywają się ektachromami, posłużyły do zbudowania owego wirtualnego muzeum, a poza tym stały się podstawą do ogromnej ilości publikacji na papierze jakie stworzyli inni.
Tak więc pan Tarczyński wydrukował dwa albumy prac, które znajdowały się w Częstochowie. Potem Kraków opublikował trzy albumy z pracami Beksińskiego, które niedawno otrzymali. Wielu fanów Mistrza, kopiując reprodukcje z mojego wirtualnego muzeum, stworzyło strony internetowe z ilustracjami. Internet stał się źródłem rosnącej liczby publikacji, ale jednocześnie pozwolił daleko wydajniej, niż ja to mogłem zrobić poprzez organizowanie wystaw, rozpowszechnić talent Mistrza na całym świecie. To moje wirtualne muzeum jest odwiedzane od jedenastu lat przez tysiące fanów ze wszystkich krajów świata. Wiem o tym, ponieważ dysponuję statystykami, które pozwalają mi na zorientowanie się ilu gości odwiedziło danego dnia moją stronę, skąd pochodzili, ile czasu spędzili na zwiedzanie i co obejrzeli.
Te ektachromy pozwoliły również na wydrukowanie czterech albumów przez pewne wydawnictwo japońskie, przez niemieckie muzeum "Panorama" i przez amerykańskie wydawnictwo Morfeusz.
Zachęcam wszystkich fanów Mistrza do odwiedzania mojego wirtualnego muzeum, bo znajdą tam oprócz prac plastycznych, dziesiątki godzin moich rozmów z Mistrzem nagranych na magnetofon, wiele publikacji na papierze o jego sztuce, ogromną ilość filmów nagranych przez niego samego i o nim. Chcę przy sposobności podziękować panu Andrzejowi Tesznerowi, zamieszkałemu w Anglii, za przetłumaczenie rozmów z tych filmów na język angielski, co pozwala zapoznać się z nimi zagranicznym fanom. W wirtualnym muzeum została opublikowana również moja książka po polsku, po francusku i po angielsku, moje korespondencje z Beksem, setki artykułów prasowych o jego wystawach etc.
Po ponad dziesięciu latach depozytu w Częstochowie dowiedziałem się od tamtejszego prezydenta miasta, pana Krzysztofa Matyjaszczyka, że Miejska Galeria Sztuki ma być rozebrana, a na jej miejsce ma powstać kompleks handlowo kulturalny. W związku z tym zacząłem szukać miejsca gdzie mógłbym umieścić znajdujące się tam prace. Pani Judyta Szlendak, młoda fanka Mistrza, skontaktowała mnie z Muzeum Historycznym Warszawy i z dyrekcją kultury miasta Warszawy. Tu trafiłem na ponurych urzędników w postaci pani Bojarskiej, Naimskiej, Nekandy Trepki i pana Kuhn Janowskiego, którzy zwodzili mnie miesiącami po to, by w końcu odmówić wszelkiej pomocy. Mimo, iż zorganizowana przez panią Szlendak petycja pod tytułem "Beksiński w Warszawie" zebrała ponad 13 tysięcy podpisów, w tym wielu polskich celebrytów (Andrzej Wajda odmówił podpisania), prezydent miasta, pani Gronkiewicz Waltz, po opinii wydanej przez miejską dyrekcję kultury, odmówiła funduszy. A przecież wiceburmistrz dzielnicy Śródmieście, pan Krzysztof Czubaszek, proponował wspaniały lokal za symboliczny czynsz na samym rynku Starego miasta… Lepiej nie można było sobie wymarzyć.
Natomiast szereg innych miast zaproponowało współpracę. Najciekawsza była dla nas propozycja Nowohuckiego Centrum Kultury, zainicjowana przez kilkoro radnych miasta Krakowa, z którymi skontaktowała się pani Szlendak. Tu trafiliśmy z żoną na prawdziwych entuzjastów Beksińskiego, panią Joannę Gościej-Lewinską i pana dyrektora Zbigniewa Grzyba. Szybko doszliśmy do porozumienia w sprawie stworzenia stałej wystawy złożonej z prac, które dotychczas wisiały w Częstochowie. Jednocześnie następczyni pana Tarczyńskiego w tym mieście, pani dyrektor Annie Paleczek-Szumlas, też wielkiej fance Mistrza, zaproponowaliśmy w zamian prac, które trafiły do Krakowa, następne 30 obrazów Mistrza, 30 jego rysunków i 16 obrazów malarza francuskiego Michel Henricot, którego kolekcjonowaliśmy od lat, a które wspaniale uzupełniają fantastykę Beksa.
Kraków odebrał prace z Częstochowy, a Częstochowa przyjechała do Paryża odebrać owe 30 obrazów i 30 rysunków. Obie te instytucje dostosowały swoje lokale, z ogromnym nakładem pracy, pieniędzy i kompetencji, do potrzeb wystaw oraz urządziły huczne wernisaże. Ten w Częstochowie miał miejsce w maju 2016 roku, a ten w Krakowie ostatnio, w październiku bieżącego roku. Był on poprzedzony spektaklem tanecznym "Kryptonim 24", wykonanym przez "Art Color ballet", zainspirowanym estetyką Beksa i stworzonym przez Agnieszkę Glińską. Mój Boże, gdybym zawsze miał do czynienia z takimi ludźmi jak kolejne dyrekcje częstochowskiej MGS oraz krakowskiego NCK, o ileż dalej bym się dzisiaj znajdował w moim maratonie zabiegów o sławę Mistrza…

Tak więc do moich wysiłków zaczęli dołączać się coraz to nowi, zdolni i oddani ludzie.
W pierwszym rzędzie wydawnictwo Znak poleciło pani Magdalenie Grzebałkowskiej napisanie książki, którą zatytułowała "Beksińscy – portret podwójny". Solidnie zbierała przez dwa lata materiały, odwiedzając między innymi Paryż i nas, a na koniec napisała rzecz rewelacyjną. Książka spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem przez publiczność i przez krytykę. Sprzedała się w setkach tysięcy egzemplarzy. Ostatnio, zaledwie w dwa czy trzy lata po pierwszym, ukazało się jej drugi wydanie, natychmiast rozchwytane.
W Rzeszowie, w tamtejszym teatrze imienia Wandy Siemaszkowej, Jerzy Satanowski oraz Anna Tomczyńska stworzyli widowisko pod tytułem "Beksiński – obraz bez tytułu", którego niestety nie mogłem zobaczyć, ale o którym mówiło się, że było ciekawe i oryginalne.
Równolegle, z inicjatywy Wiesława Banacha, dyrektora sanockiego Muzeum Historycznego zostały wydane opowiadania Mistrza, który ten za młodu pisał. Były to rzeczy intrygujące, abstrakcyjne, pisane pod wpływem Robbe Grillet i Nathalie Sarraute, które w części ja opublikowałem już wcześniej na mojej stronie internetowej, ale które w całości zostały odkryte dopiero po śmierci Mistrza w jego mieszkaniu.
Dyrektor sanockiego Muzeum Historycznego, które odziedziczyło całość spuścizny po Mistrzu, zdobył pieniądze unijne i wybudował drugie skrzydło zamku w Sanoku, w którym mieszczą się teraz ogromne zbiory prac Beksińskiego. Ponieważ wielu ludzi udaje się na wycieczki w Bieszczady, zdarza się, że mimo odległości, wystawę Mistrza w Sanoku ogląda wieleset gości dziennie.
Również z inicjatywy Wiesława Banacha, zostały wydane fragmenty dziennika, pisanego przez lata przez Beksa. Zostały one poprzedzone szerokim wstępem, zawierającym wiele wyjaśniającą rozmowę dyrektora muzeum. To właśnie w tym dzienniku odkryłem bezmiar lęków Beksińskiego o to, że mu nie zapłacę za kolejne partie obrazów i przekleństw jakie z tego powodu na mnie rzucał.
W tym mniej więcej czasie ukazała się korespondencja Beksińskiego z jego dawnym przyjacielem, fotografem Lewczyńskim. Tam z kolei Mistrz, skarżąc się, że musiał mi oddać 50 obrazów za zerwanie umowy, z wściekłości nazywa mnie gnidą, którą trzeba by było zabić.
Wreszcie ostatnim ze znaczących wydarzeń dotyczących Beksa był film Jana Matuszyńskiego, pod tytułem "Ostatnia rodzina". Jest to opowieść o rodzinie Beksińskich i o kolejnych dramatach jakimi była szarpana. Stanowi ona głęboką i poważną refleksję nad śmiercią. Film jest luźną interpretacją autentycznych wydarzeń, lecz często odbiega od dokumentu na rzecz fabuły. Gdy przedstawiono mi do zaakceptowania po raz pierwszy jego scenariusz (pojawiam się tam, więc miałem coś do powiedzenia), byłem wściekły i oburzony na niektóre jego fragmenty, tak mijały się one z psychologiczną prawdą minionych wydarzeń. Na szczęście Leszek Bodzak, producent filmu, uległ moim krytykom i wraz z autorem scenariusza, Robertem Bolesto oraz z reżyserem Janem Matuszyńskim pousuwali elementy, które mnie tak oburzyły. Ze swej strony Wiesław Banach też poprosił o szereg poprawek. W ten sposób kolektywnie skorygowany film kompletnie nas wszystkich zaskoczył. Gdy miano nam go z żoną pokazać, zanim jeszcze był skończony, sądziłem że będę kręcił nosem. Otóż obejżeliśmy coś niezwykłego. Głębia i powaga tej medytacji nad umieraniem zadziwiła nas tym bardziej, że stworzyli ją zaledwie 30-letni reżyser i równie młody autor scenariusza. Byliśmy zachwyceni i oboje daliśmy temu wyraz na spotkaniu z ekipą. I nie pomyliliśmy się, ponieważ po skończeniu produkcji film został zaproszony na festiwal w Locarno, który jest jednym z najważniejszych festiwali na świecie i Andrzej Seweryn, grający rolę Zdzisława, dostał tam nagrodę ufundowaną dla najlepszego aktora. Potem film dostał wszystkie ważne nagrody na festiwalu w Gdyni. Zostali tam uhonorowani zarówno Andrzej Seweryn i Aleksandra Konieczna grająca panią Zosię. A co najważniejsze, nagrody te przyznało zarówno jury, krytycy oraz publiczność. Wreszcie wiadomość z dnia w którym piszę te słowa "Ostatnia rodzina" została również uznana za najlepszy film na tegorocznym, warszawskim festiwalu filmowym. Gdy film został zaprezentowany szerokiej publiczności w Polsce, tłumy fanów wypełniły sale kinowe tak, iż w niektórych trzeba było czekać kilka dni by dostać bilety. O ile moje wirtualne muzeum Mistrza odwiedza przeciętnie około 1500 osób przez dwa tygodnie, o tyle od czasu premiery filmu w ciągu ostatnich czternastu dni odwiedziło je 13 i pół tysiąca gości!

Na koniec pozostaje pytanie, które zadał mi pewien dziennikarz w wywiadzie jaki ostatnio udzieliłem - Gdyby to wszystko można było zrobić od nowa, czy podjął by się Pan?
– Absolutnie! To była przygoda mojego życia, w której nie żałuję nawet najgorszych momentów. Bo profesorów i adwokatów są miliony na świecie. Natomiast nie każdemu jest dane przez wiele lat oscylować bezpośrednio w kręgu genialnego twórcy. Ale jeśli bez wahania zrobiłbym po raz wtóry to co zrobiłem, to z pewnością inaczej, bo z większym dla Beksińskiego zrozumieniem jego interesów i potwornych lęków o jakie go przyprawiałem. Prowadziłem to przedsięwzięcie z za dużym rozmachem. Kosztowne wernisaże we Francji i w innych krajach Europy, wybudowanie od zera galerii w Paryżu, albumy, publikacje w prasie, film etc, wszytko to kosztowało krocie. A w związku z tym często się zdarzało, że zalegałem z opłaceniem tego co należało się Mistrzowi, bo miałem inne, moim zdaniem ważniejsze i bardziej naglące wydatki. On panicznie bał się, że pozostanie bez pieniędzy. Robił mi więc wyrzuty, że wydaję je na rzeczy, które dla niego nie były ważne, bo o sławę nie zabiegał, a nie płacę za obrazy w umówionych terminach. Wreszcie lękał się, że tempo w jakim zadłużałem się w kolejnych bankach by finansować jego promocję, spowoduje na koniec, że zbankrutuję, a on finansowo pogrąży się razem ze mną.

O, i to w tym miejscu znajdują się dziś moje i innych, często wybitnych, zmagania o Beksińskiego.

Na koniec chciałbym wyrazić bezmierną wdzięczność mojej żonie, Annie, za pomoc moralną i finansową, których nie szczędziła mi przez te trzydzieści trzy lata "beksińskiej przygody". Bez nich nic z tego co opisuję nie było by możliwe.

 

Kolekcja Anny i Piotra Dmochowskich


 

© sZAFa 2015
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.