ANNA LUBERDA-KOWAL - Nieuleczalna krakowianka. Zaczęła pisać świadomie niespełna 3 lata temu, publikując na portalach poetyckich (jako Alga, Ana Mada). Kocha Kraków i słowa. W obydwu przypadkach do przesady. Język to dla niej tworzywo zawodowe i hobbystyczne. (filolog - IFA UJ, językoznawca, tłumacz, leksykograf). Ulubiony kolor atramentu to galusowa mglista zieleń. Chwilowo prowadzi hodowlę drzewołazów. W śpiewie biją świerszcze na głowę. Zwyciężczyni konkursu Napisz to jeszcze raz organizowanego przez Redakcję Serwisu Poema za lustrzaną wersję Olifanta Marcina Świetlickiego, Turnieju Jednego Wiersza organizowanego przez Poeci po godzinach. Wyróżnienia: drukiem w XXVII OKP O Laur Opina , w XIV OKP im. C.K. Norwida, w Turnieju Jednego Wiersza w ramach 3 Festiwalu Dużego Formatu. Publikacje: Pisarze.pl,  Wiersze Tygodnia, Śląska Strefa Gender; Antologia Poetów Polskich 2016; W stronę haiku pod red. Marcina Niziurskiego, W przygotowaniu: wiersze w Antologii Ósme piętro 2015 oraz Seks w pewnym mieście – antologia limeryków kosmatych pod red. Mariusza Parlickiego nakładem pisarze.pl. Bierze udział w cyklicznych prezentacjach w Krakowie, takich jak Poezje i Herezje, Kulturkampf, Literackie Ruminacje. Aktualnie redaktor portalu poema.pl.

 
 
 

* * * (czterdzieści dwie minuty temu)

czterdzieści dwie minuty temu odgryziono mi język.
czas zaczął skapywać bordowymi kroplami.
bezwład. przez niedopatrzenie lub raczej z czystego okrucieństwa
zostawiono mi rożek kartki. 
właśnie teraz, gdy słowa pochowały się w ciszę,
mogłabym tym ogryzkiem rozerwać powietrze.
                                 
                                 
a gdyby zostawić nas w ciemności 
pozbawionych mowy?
wytęsknilibyśmy historię piękna czy brzydoty?

 

 

 

za ścianą cisza

miała pochmurne oczy ciepłe dłonie pachnące cynamonem
zdejmowała nam klucze z szyi wręczając ryż z jabłkami
miała ślepą kuchnię i syna gdzieś daleko
                                                          
z naszą dorosłością zamknął jej się świat
w blokowym spacerniaku podnosząc wysoko bezprzytomne oczy
pokazywała niebu swoje skrzywdzenie
chodziła wzdłuż muru krzycząc jego imię
w ręce zawsze garnuszek nie wiem z mlekiem czy łzami
                                                           
nie pamiętam jej głośnego śmiechu
tylko stalowy kolor chmur pod powiekami

 

 

 

ulica Świetlickiego

przecież mijam Pana niedokładnie
nie przystaję z czerwoną torebką
prosząc o próbkę pisma jak w banku
czasem jest Pan z suką
czasem ze śledziem
najczęściej z toastem 
nad kontenerem z przeszłością 
wyssaną z kamienicy

nie czytuję Pana
lecz badam Pana wpływ 
na moje cokolwiek
taka sucha od niechcenia
wymiana potoczności

otwieram kolejny tomik 
i z karty tytułów 
wybieram porcję bólu 
z kacem 
ze śledziem
lub bez

 

 

 

niedomknięta

opowiem ci bajkę na sen
tylko jedną
żeby na poduszce zapachniał tatarak...


przyszła jakby zawsze była we mnie
przez niedomkniętą furtkę
nie poruszając niczego 

rozplatała język na brzegu
woda rozpuściła jej sól
przyjęła skargi
odwzajemniła szept pluskiem
i nie było już niczego więcej
nad wieczór
i smutek odchodzący

czułem ją powietrze jaśniało iluzją
rozrzedzał się czas
wszystko co nie było moją nocą moim dniem
czyste łaknienie

jeszcze faluje tatarak
skrzyp furtki zwodzącej pomostem

 

 

 

pierwszy wieczór z milczącym winem

wieczór odnalazł mnie samą
więc pije ze mną wytrawnie i na czerwono 
a jutro nie zapowiada się wcale
krajobraz zwolnił na głębszą chwilę
wzięliśmy czas na przeczekanie


przed każdym świtem próbuję 
wyłamać Chronosowi wskazówki
zacisnąć gardło klepsydrze 
wycisnąć z pestek tyle czasu
żeby chciało się dotrwać do goryczy

a dziś rozpuszczę włosy i namiętność w głosie
naobiecuję brak poranka
burgund zmętnieje gorączką


gdy mnie jutro spytasz o spełnienie
koński ogon żywo zaprzeczy razem ze mną
podskakując gdy będę uciekać 
w drugi wieczór

 

 

 

nocna moc

odminotaurzył mi się
koszmarny nocny poplątaniec
znów trzymałam białą linę
jak ślepiec wężową laskę 
znów wyślizgnęła mi się z pojęcia

zsuwam się wąskim czarnym lejem w dzienną jasność
chwilę przed zawsze jest mgnienie zrozumienia
metalingwistyczne potaknięcie 
źródło impresjonizmu
jakby wyłożyć zasady szachów tuż przed blackoutem duszy
marzę by zrobić wtedy stopklatkę

ale lej może być już zalany smołą
i zobaczę wywieszkę

nieczynny do końca świata

 

 

 

cabiuna

kochasz się ze mną jakbyś bał się mnie potłuc
słowami zataczasz rozedrgane koła 
wdeptujesz we mnie nowe imię strachu 
by dłońmi przykryć falujący oddech
i szczelne docisnąć głowę do poduszki

kocham się z tobą jakby bóg zakrył oczy
na moment zapadam się w smolistą nicość
próbuję wyjąć widelce wbite w skórę
zostawić na drodze niczym drogowskazy

zamiast tego wyłuskuję z ust polne kamienie
wykruszam się do ostatniej drobiny próbując
słowami wznosić kolumny przepływów
powietrza nie czuć w bezokim tunelu do jutra

   

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.