EWA FRĄCZEK - Urodzona na początku lat osiemdziesiątych. Żyje w Lublinie i w Warszawie, a czasem myśli, że mogłaby jeszcze gdzie indziej. Wykształcenie filozoficzne i historyczne, ale pasja przede wszystkim literacka. Na koncie dwa tomiki poetyckie, kilka opowiadań. Czyta głównie grube książki z twardą okładką, żeby starczyło na dłużej, amerykańską klasykę i zupełnie współczesnych autorów polskich.

Fot. A.B.

 

 
 
 

o cudach

          The Maestro says it's Mozart
          but it sounds like bubble gum
          when you're waiting
          for the miracle, for the miracle to come.
        
 Leonard Cohen


gdybym mogła wygryźć dziurę w betonie i wyrzucić
z powrotem w powietrze motyla wdeptanego
w papierek po karmelowej milce i gdybym
ostrzegła tego głupiego kota przed
drogą z pierwszeństwem przejazdu
albo przynajmniej zapobiegła
rzezi niewiniątek może chodziłabym w nagrodę
po wodzie dyskutowała
z krzewem wskrzeszała zmarłych
i może

skończyłybyśmy swój
dialog, jeśli pamiętasz początek:
ja krzyczałam i byłam goła jak kafel
łazienkowej posadzki ty miałaś rozwarte nogi a obcy
świadkowie w fartuchach odcinali mi właśnie
skręconą rurkę
przy pępku

 

 

 

liposukcja igłowa

kosmetyczka płakała
zadając mi ból.
każde wkłucie moje w udo
jak przed oczami życie,
ciemno wszędzie głucho wszędzie.

prosiłam uspakajałam
zrzucałam na przeglądarkę
wołałam filozofów
mówiłam o wolnej woli próżności
o doktorze mengelem, że on to dopiero
ale nadal nic.

pomarańczowa skóra syczała
nikła w oczach, igła wchodziła w ciało
kosmetyczka płakała.

na południowej półkuli wykrwawiali się
jak co rano. zapłaciłam za strupy i powtórzyłam
o wolnej woli, ale nie uwierzyła.
za miękka na prawdę o człowieku i woskowej depilacji
naprawdę mnie bardzo przeprasza.

och, bardzo proszę.

 

 

 

przytulanie krzywdy

zawsze mogę przypomnieć ci
jesień. pod napuchniętymi liśćmi gniją mity
o drugich policzkach. kasztany
podnoszone tylko jedną ręką nie ulegają
przedawnieniom.

mogę przywołać oszalały
kwiecień, moje asy palące rękaw
jak smugi cudzego ciała
naszą kołdrę, dawno przecież
wypraną przerzuconą na lewą
stronę pochlapaną święconą wodą,
śliną ropuchy smoczą krwią.

wtulam się w pogniecione brzegi
zakurzonej przerdzewiałej
krzywdy i wywołuję ciebie raz jeszcze.

potem po kolei wszystkich:
rodzinę sąsiadów marzenkę z podstawówki
która opluła mi zeszyt i przesiadła się
do weroniki, a na końcu niemców
ich wojnę i dzieci wrześni, pamiętam
przecież wszystko: jak
gruba powolna wskazówka
zegara co powoli wraca zawsze
na to samo miejsce.

 

 

 

lublin. dolna marii panny

w poezję bawiliśmy się w piątkę
dzieci z dobrych domów umyte
pod pachami. biblioteczki z salonów
mieszczańskich czekały naszego
powrotu. czas drętwiał i nieco nużył
ale rzadko: tylko gdy wiersz czytał
ktoś inny przebieraliśmy nogami
niezależnie od pochwał rzadkich
wyważonych, śmiesznych
do bólu brwi, ale dopiero
dzisiaj.

w życie bawimy się z dala od siebie, ale i tak
jest zabawnie przynajmniej z lotu ptaka
o czarnym poczuciu humoru. dzieci nasze wierszy
nie piszą, nie istnieją nawet, nie wiedzą
o dobrych domach i czasach
gdy niepłodni rodzice mieli
jakiś cel przynajmniej
drogę do domu postanowienie
że ja im pokażę albo że następnym razem
pójdziemy na piwo i tyle, ale to tyle
waży teraz wiele ogromnie dużo, budzi
przestrach, obmacywanie własnej twarzy
rękami ciężkimi od znaków zapytania:
co teraz, dokąd
dokąd. i dlaczego nie tam.

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.