JOANNA FLIGIEL (ur. 1968) – mieszka w Bielsku–Białej oraz w niemieckim mieście Neuss i niemieckiej wiosce Bengel. Autorka dwóch tomików poetyckich: Autoportret i Geny. Redaktorka Śląskiej Strefy Gender oraz Babińca Literackiego.

Foto: Andrzej Walkusz

 
 
 

***

Tej nocy śni mi się znajomy lekarz.
Teraz prawdopodobnie jest w wieku Jane Fondy,
kiedy powiedziała, że najlepszy seks
miała po sześćdziesiątce. Lecz wtedy, gdy
wysiadywał w greckiej knajpce przy oknie
z widokiem na schody, prowadzące do mojego
mieszkania w podwórku, był około czterdziestki,
miał żonę i dwie córki.

Jednak tej nocy żona zabrała mu córki,
a on siedział nadal w tej greckiej knajpce,
z której było widać schody do mojego mieszkania.
Postanowiłam się dosiąść, żeby się okazało,
że czeka na tamtą młodą dziewczynę.



II
To nie znaczy, że zawsze byłam święta.
Leżałam, przykryta kocem,
na tylnym siedzeniu w samochodzie.
Dopiero w garażu mogłam się podnieść.
Zaciągnięte rolety, rodzina w ramach
oglądała politurę, wino - tylko dla mnie,
bo po wszystkim musiał mnie odwieźć.



III
Zdradziłam go w maluchu.
Potem dostałam takiej histerii i krwotoku,
że nie było wiadomo, który specjalista
powinien przyjąć mnie pierwszy.

Dzisiaj siedzę w cieniu
czerwonej winorośli,
tysiąc sto kilometrów
i dwadzieścia kilka lat
od tamtych miejsc,
z żadnym z tamtych mężczyzn
i ledwo wybudzam się ze snów,
w których się nie rozpoznaję.

 

 

 

***

W niewydanej jeszcze książce
pojawiło się słowo
„śluz”.
Autorka nie wiedziała co z nim zrobić,
więc zapytała o nie inne autorki.
Autorki okazały obrzydzenie
i zasugerowały wyrzucenie
„śluzu”.
Precz ze śluzem!
W literaturze nie ma dla ciebie miejsca.
Możesz być niezbędny w życiu,
ale nie w scenie erotycznej,
jeśli nie dotyczy ona ślimaka.
Wilgoć
(choć kojarzy się z podmokłym budynkiem
i reumatyzmem)
jest lepsza - zdecydowały.

Śluzie - jesteś obrzydliwy!
Wycieramy cię w pośpiechu
w hotelowych łazienkach
papierem toaletowym,
żeby nie okazać zbytniego zaangażowania.

 

 

 

List do ukraińskiego poety

Moja babcia powiedziała przed śmiercią
"będę umierać", raczej małymi literami,
lecz stanowczo. I umarła.
Trzymałam ją za wiotką rękę,
która już od wielu lat wydawała się martwa.
Ciebie odkryłam dużo później,
ale naczytałam się Twoich wierszy i dlatego wspominam.
Jestem przekonana, że Twój dziadek i moja babcia
mieli wiele wspólnego, jak i ja z Tobą,
chociaż mnie nie tłumaczy,
żaden ukraiński Zadura,
więc o tym nie napiszesz.

Moje wiersze są podobnie beznadziejne
wg, ale z tym, że nie tylko
"jednej starej cipy' (cytuję),
czyli facetów w moim wieku,
i "też nie mogę inaczej", kiedy słyszę:
"dlaczego pani nazywa To wierszami".

Wiele mamy wspólnego
(choć nie ma mnie w Wikipedii).
Jestem na fejsie. Również
chciała mnie przelecieć nauczycielka od chemii.
Myślałam, że umawia się ze mną po lekcjach
w stołówce, ponieważ chce żebym prowadziła bufet szkolny,
za który była odpowiedzialna. Tak,
chodziłam do szkoły w czasach PeeReLu
i wtedy wszystko robiło się społecznie.
Szkoła nie zarabiała na bufecie.
Sprzedawała drożdżówki
za cenę jaką sprzedała państwowa piekarnia.
Kto prowadził bufet, miał gwarantowaną tróję z chemii,
nawet jeśli nie założył zeszytu.

Owszem, nauczycielce chodziło o bufet,
być może nawet z drożdżówkami,
nie sprawdziłam i musiałam uczyć się tej chemii, niestety,
bo nie przydała mi się nigdy, więc
rozumiem, co czułeś,
gdy chemiczka rozdawała zeszyty
i patrzyła prosto w oczy,
plując kwasem solnym,
żeby zaraz potem wetknąć palce w wypalone oczodoły.

I np. takie słowa
kolejarza, też zapamiętałam na całe życie.
"nie pchaj się w to dziecko" (raczej małymi literami,
ale stanowczo) z pociągu do Budapesztu. Padły
zaraz po tym, jak jakiś gość z przedziału wcisnął mi
numer telefonu ze swoim nazwiskiem,
upierając się, że jest z łódzkiej filmówki.
Mogłabym przysiąc,
że kolejarza nie była z nami w tamtej chwili
i że powiedział "w to".

Od tego czasu, wepchnę coś czasem
tylko w swoje wiersze. Nie mam jaj,
ale w tym samym miejscu trzymam swojego laptopa.
Ty wiesz, Bondar.

*
w nawiązaniu do trzech wierszy Andrija Bondara:
Genetyka, Nauczycielka chemii, Święty Mikołaj nr 628

Andrij Wołodymyrowycz Bondar (ukr. Андрі́й Володими́рович Бондар) (ur. 14 sierpnia 1974 w Kamieńcu Podolskim) - ukraiński pisarz młodego pokolenia, poeta, literaturoznawca i tłumacz.

 

 

 

***

Przyzwyczaiłam się już, że w kuchni
pod parapetem są haczyki na ścierki,
żeby były pod ręką, ale nie były widoczne.
Ten dom uczy mnie,
że każda rzecz ma swoje miejsce,
nożyczki przy niciach, stół przy oknie,
żebyśmy widzieli świat,
i żeby świat widział nas.

II
W południe zjawia się sąsiadka.
Nie puka, bo jesteśmy na wsi.
Pyta, czy przynieś nam zupę.
Ugotowała z tego, co zostawiliśmy
w wyłączonej lodówce. Mówi,
że do zupy dołożyła trochę kartofli
i zamroziła ją dla nas. Gdyby nie
odbyło się to wszystko po niemiecku,
pomyślałabym, że w końcu jestem
w domu.

III
Jesteśmy na pokazie cyrkowych sztuczek.
Chyba wszyscy mieszkańcy wsi tu przyszli.
Struś z sąsiadującej farmy wykazuje
większe zainteresowanie ode mnie.
Bardziej od klauna na szczudłach
zaskakuje widownia. Cóż to za Niemcy,
gdzie nie ma ani jednej kobiety w chuście?
Mija nas uśmiechnięty blondynek
z wielką torbą słodkiego popcornu,
łudząco podobny do chłopca z filmu "Cabaret",
który śpiewał "ojczyzno, ojczyzno,
daj wreszcie nam znak".
Przechodzą mnie pierwsze jesienne dreszcze.

IV
Wieczorem trochę czytam,
ale w tej poezji brakuje mi rzeczywistości.
Nic się w niej nie dzieje.
Pogrąża się ona w zawiłościach języka,
niczym poezja francuska,
z tym, że nawet koń nie pierdnie,
jak "Koń" u Francisa Ponge.

   

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.