|

 

ALEKSANDRA URBAŃCZYK – (ur. 1969) Recenzentka. Współpracuje z miesięcznikiem "Forum Akademickie". Ceni podróże i literackie wyzwania. Prowadzi blog poświęcony literaturze: http://ksiazkioli.blogspot.com.

 
 
 

Teatr Wolanda. Pogłębiona interpretacja z nowym przekładem Mistrza i Małgorzaty

 

Co skłania tłumacza do wysiłku i pracy nad przekładem, skoro od dawna obok siebie całkiem nieźle funkcjonują popularne, a może lepiej powiedzieć: kultowe wersje? Powieść Mistrz i Małgorzata na polskim rynku wydawniczym ukazuje się w 1969 roku w tłumaczeniu Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego (w okrojonej, kilkakrotnie uzupełnianej wersji; kompletną edycją cieszymy się dopiero od 1981 roku). Kunszt i erudycja tłumaczy sprawiły, że ich przekład (mimo pewnych mankamentów) od razu zyskał uznanie, a z czasem mocno zakorzenił się w polskiej świadomości. W 1995 pojawia się przekład Andrzeja Drawicza (autora pierwszego na świecie krytycznego wydania książki), który postanawia przywrócić bliższą oryginałowi melodię i rytm języka. Dzisiaj obie edycje mają własne wierne rzesze zwolenników.

Do trzech razy sztuka

W październiku tego roku wydawnictwo Znak opublikowało zupełnie nową wersję Mistrza i Małgorzaty – w tłumaczeniu rodziny Przebindów (Grzegorza i Leokadii, oraz syna Igora), którzy zadali sobie sporo trudu, by kolejny raz opracować książkę – nie tylko ją odświeżyć i dostosować do mentalności współczesnego odbiorcy, uzupełnić brakujące frazy, ale przede wszystkim przywrócić wymowę zgodną z intencjami Bułhakowa i wprowadzić (istotny w interpretacji dzieła) aspekt biograficzny. W tym przekładzie dużą rolę pełnią rozbudowane przypisy, które wprowadzają kontekst, mający pomóc czytelnikowi w świadomym docieraniu do nowych warstw znaczeniowych w tylekroć już analizowanej historii…

Trzeba podkreślić, że książka znalazła się w fachowych rękach. Cała rodzina od lat fascynuje się dziełem i pracuje nad nim, natomiast prof. dr hab. Grzegorz Przebinda (profesor zwyczajny UJ, wieloletni dyrektor Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej UJ, wybitny badacz kultury i literatury rosyjskiej) dwukrotnie brał udział w pracach edytorskich i przy redakcji Mistrza i Małgorzaty – zarówno tłumaczenia Lewandowskiej i Dąbrowskiego (Ossolineum 1990, „Biblioteka Narodowa”, seria II), jak wersji Drawicza (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995, seria: „Biblioteka Klasyki”). W obu przypadkach pracował u boku Drawicza, na jego osobiste zaproszenie. Wiedział dokładnie, z jakimi problemami borykali się jego poprzednicy (np. perturbacje z cenzurą) i znał doskonale obie wersje wraz z ich mankamentami. Po latach postanowił raz jeszcze zmierzyć się z prozą Bułhakowa, wygładzić niedoskonałości, a zwłaszcza zmienić frazy, które brzmią nienaturalnie w uszach dzisiejszego odbiorcy. Kolejna wersja po prostu musiała powstać.

Jednym zdaniem

Czy nowy przekład rzeczywiście jest rewolucyjny i pomaga wniknąć w intencje Bułhakowa, wyraźniej zrozumieć poszczególne motywy? Czytelnik nie zdąży się jeszcze zagłębić w tekst, a już otrzymuje potwierdzenie słuszności założenia i zaczyna rozumieć znaczenie misji rodziny Przebindów. Przyjrzyjmy się pierwszym zdaniom książki w trzech wersjach – a raczej zwróćmy uwagę na rodzaj i ładunek informacji, które zawierają.

Pierwsze zdanie w przekładzie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego:

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli”.

To samo zdanie w wersji Andrzeja Drawicza:

„Pewnego razu wiosną, w porze niesłychanie upalnego zmierzchu, pojawiło się w Moskwie nad Patriarszymi Stawami dwóch obywateli”.

Nowe tłumaczenie rodziny Przebindów, w którym przypisy wydobywają pewne niuanse:

„Pewnego razu wiosną, gdy rozżarzone słońce znikało za horyzontem, na Patriarszych Prudach w Moskwie* pojawili się dwaj obywatele”.

To samo zdanie? Ten sam efekt? Niezupełnie…

W pierwszym przypadku wiemy, że bliżej niesprecyzowani osobnicy pojawiają się wieczorem w miejscu o nieco egzotycznej nazwie. Drawicz precyzuje, że akcja dzieje się w Moskwie. W przekładzie Przebindów, w przypisie pojawia się informacja, że Patriarsze Prudy to malowniczy skwer położony nad dużym stawem, otoczony lipami, a średniowieczna nazwa tego miejsca – Kozie Błoto – od zawsze kojarzy się z siłą nieczystą. Czyż zdanie nie nabiera innego (czytelnego nie tylko dla mieszkańców Moskwy) znaczenia i wymiaru? Czy nie wprowadza od razu w klimat i tematykę? Dopiero w najnowszej wersji zostały wydobyte i wyeksponowane pewne subtelności, których do tej pory polski czytelnik nie miał możliwości wychwycić. Miłośnicy dobrze skonstruowanego pierwszego zdania, które ma się stać wizytówką książki, mruczą z zadowolenia…

Szczerze mówiąc, ja mruczę cały czas, od początku do końca – od momentu, gdy zrozumiałam, jak wiele tłumaczenie Przebindów wnosi do ponownego odczytania tekstu. Co rusz uzyskuję odpowiedź na kolejne nurtujące mnie pytania. Już kilka akapitów dalej, w którymś z kolejnych przypisów, pojawia się pomoc w rozstrzygnięciu jednej z takich kłopotliwych kwestii. Otóż wiadomo, że akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni (od środy do soboty, na przełomie marca i kwietnia, podczas pełni), ale nie jest do końca jasne, w którym roku. Zwykle mówi się o latach trzydziestych XX wieku. Tłumacze potwierdzają tę wersję, podkreślając, że różne przesłanki, na które zwrócili uwagę, wskazują przedział obejmujący lata 1928-1939. Co ważniejsze – dbają, byśmy także je poznali, a nawet sami pokusili się na ustalenie konkretnego roku…

Klucze do zrozumienia intencji autora

Mocno rozbudowana część z przypisami jest przeznaczona dla czytelnika, który nie miał okazji przeanalizować powieści na studiach, nie zna biografii Bułhakowa, a lubi zagłębiać się w tekst i czuje, że pewne znaczenia mu dotąd umknęły. Dla czytelnika dociekliwego przypisy to skarbnica wiedzy. Sięgając do niej, można się przekonać, że w procesie powstawania dzieła nie było mowy o żadnym przypadku, że wszystko, co znalazło się w książce, ma głębokie uzasadnienie. Poznajemy fragmenty życiorysu autora, a także lektury i filozoficzne traktaty, które były inspiracją, zostały wykorzystane, zapożyczone lub z którymi autor polemizował. Przebindowie wdrażają czytelnika w warunki życia i atmosferę wokół jego twórczości, naświetlają także szczegóły kampanii toczącej się swego czasu w prasie (tzw. walka z bułhakowszczyzną), której okoliczności autor wykorzystał w książce i zaszyfrował w losach jednej z głównych powieściowych postaci. Teraz pojmiemy dokładnie, dlaczego pisarz tak ostro zaatakował środowisko literackie i za co biedny Berlioz musiał zapłacić głową...

Niewyczerpane źródło interpretacji

Miłośnicy Bułhakowa nie będą się zapewne specjalnie bronić przed sięgnięciem po nową wersję książki. Mistrz i Małgorzata to jedna z lektur, do których i tak powraca się wielokrotnie, przede wszystkim po to, by odnaleźć nowe tropy i odkryć nowe wymiary. Tradycyjnie już w tym dziele doszukujemy się moralitetu, opowieści o potędze miłości, satyry obnażającej ludzką hipokryzję, a także zgrabnie zatuszowanego obrazu współczesnej Bułhakowowi rosyjskiej rzeczywistości, który demaskuje bezduszność totalitarnego systemu. Każdy znajduje własne skojarzenia, widzi aluzje do popularnych wątków, nawet do mitów, bo przecież Piłat, tkwiący gdzieś poza czasem, w czyśćcu własnych rozterek, przypomina historię Syzyfa lub Prometeusza, skazanych na wieczną mękę i potępienie, zaś miłość wystawionej na próbę Małgorzaty jest odwróconym podaniem o Orfeuszu, który nie cofnął się przed wejściem do krainy umarłych, bo tylko tak miał szansę odzyskać ukochaną Eurydykę. Tak wiele interpretacji – a nowy przekład oznacza dotarcie do kolejnych warstw tej historii. Tym razem pozwala dotknąć jej najbardziej osobistych aspektów. Sięgając po wersję rodziny Przebindów, czytelnik znajdzie się nagle tak blisko autora, że będzie mógł niemal zaglądać mu przez ramię i uczestniczyć w procesie pisania. Przypisy pozwalają zrozumieć, w jakim stopniu Bułhakow zaszyfrował w książce siebie, jak bardzo osobisty wymiar jej nadał, w jaki sposób rozliczył się z własnym życiem. Nieoczekiwanie przekonujemy się, że pisarz nie skrywa się wyłącznie w postaci Mistrza. Możemy przecież rozpoznać akt jego osobistej zemsty… w misji Wolanda.

Księżyc i głowa Berlioza

Co wpłynęło na ponadczasowość dzieła? Decyduje o tym odwołanie się do uniwersalnych prawd dotyczących natury człowieka, a może także przywołanie odwiecznych nierozstrzygniętych sporów (kontrowersyjna rola Piłata, znaczenie Jezusa). Pisarz demaskuje sposoby działania władzy, a ponieważ czyni to w różnych planach czasowych – na przestrzeni całych tysiącleci – czytelnik jest przekonany, że podobne mechanizmy działają odwiecznie, więc są aktualne także dziś. O uniwersalności Mistrza i Małgorzaty przesądza także bogactwo języka, kunsztowne połączenie stylów i gatunków, niezwykłe nagromadzenie środków artystycznych, a przede wszystkim szerokie możliwości przełożenia książki na język filmu i teatru. Sam Bułhakow zresztą posiada „teatralną” wyobraźnię – dba o szczegół i plastyczność scen. Jego książka wypełniona jest akcją, autor nie poświęca zbyt wiele miejsca na opisy krajobrazów, a jednak w kilku sugestywnych zdaniach potrafi uchwycić klimat danego fragmentu. Zwróćmy uwagę na dwa elementy (motywy), które pełnią ważną rolę i mają symboliczne znaczenie. Jednym z nich jest księżyc (w książce w równowadze występują sceny zatopione w słońcu i oświetlone światłem księżyca, symbolizują obecność dobra i zła; ale to księżyc – symbol odpowiednio wieloznaczny, obecny we wszystkich scenach, w którym występują elementy fantastyczne – jest elementem bardziej znaczącym i „dekoracyjnym”, czasem wydaje się niemym, ale najważniejszym świadkiem wydarzeń). Dzieło Bułhakowa wielokrotnie było adaptowane na potrzeby teatru i możemy sobie doskonale wyobrazić księżyc jako główną dekorację w każdej odsłonie. Ważnym i symbolicznym teatralnym (jakże teatralnym!) rekwizytem jest także głowa nieszczęsnego Berlioza (jednej z dwóch ofiar Wolanda). Była przecież potrzebna nie tylko po to, by rozpocząć powieść od trzęsienia ziemi! Bułhakow wcale nie wymyślił odwiedzin Szatana w Moskwie (o czym znowu dowiadujemy się z przypisów), wypożyczył ten motyw z utworu pisarza Aleksandra Czajanowa, natomiast wątek z obcięciem głowy został zapożyczony z opowiadania Edgara Allana Poego („Nie zakładaj się nigdy z diabłem o swą głowę”). Głowa Berlioza, którą obciął tramwaj, a później ktoś wykradł z trumny, ma się pojawić w kulminacyjnym momencie na Balu Stu Królów u Wolanda i pełni rolę (chyba najbardziej znanego) teatralnego rekwizytu – kojarzy się z czaszką Yoricka, którą w sztuce Szekspira trzyma w dłoni Hamlet.

Na temat książki można wypowiadać się w nieskończoność, ale i tak chyba nigdy nie dojdziemy do ładu z tym, co konkretnie zadecydowało o jej sukcesie – na to złożyło się zbyt wiele czynników. Zapewne duże znaczenie ma fakt, iż autor zaklął w niej własne demony i zapłacił za to wysoką cenę. A może genialność książki tkwi po prostu w tym, że zawsze będziemy w niej szukać aluzji do współczesnej sytuacji, umiejscawiać ją w nowych kontekstach? Bo przecież chyba nikt nie wątpi, że opowieść o wizycie Szatana nadal zachowała swoją aktualność, a nawet… nadal się toczy. Wystarczy rozejrzeć się po świecie i włączyć wiadomości. Od razu stanie się jasne, że Woland nie zniknął. Nigdzie się stąd nie ruszył. Zapewne właśnie teraz przybywa w kolejne malownicze miejsce, robi przegląd ludzkich dusz i kolejny raz obsadza role w swoim teatrze…



Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Znak, 2016
Tłumaczenie: Igor Przebinda, Leokadia Anna Przebinda, Grzegorz Przebinda
Źródło okładki:
http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,20732,Mistrz-i-Malgorzata-POZA-SERIA

 

 

 

 


 

Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata, Znak, 2016
Tłumaczenie: Leokadia Anna Przebinda, Grzegorz Przebinda, Igor Przebinda
Źródło okładki: http://www.wydawnictwoznak.pl/ksiazka/Mistrz-i-Malgorzata/7640

 

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.