JOANNA KERN – autorka esejów zamieszczonych w książce pt. Hajer Blues i inne historie (Mamiko 2012); publikowała także w miesięcznikach: Śląsk, Indeks i Strony. Jej miasta to: Katowice, w których się urodziła i do których wraca; Opole, w którym studiowała polonistykę pod pieczą prof. Doroty Simonides; Racibórz, gdzie pracowała jako nauczycielka języka polskiego i Krefeld (Płn.Nadrenia-Westfalia), gdzie mieszka od 1983 roku, pracuje, pisze i działa w środowisku artystycznym jako organizatorka wystaw, reżyserka spektakli teatralnych, autorka tekstów i fotoreportaży.

 

Moja piąta strona świata
 

Pokażcie mi jednego Ślązaka, który po przeczytaniu książki Kutza nie zaczyna zastanawiać się nad historią swojej własnej rodziny. Najpierw po trochu, z grubsza, tak jak ja to teraz robię, ale z czasem przypomina się nam coraz więcej. Wracają obrazy i ludzie już dawno umarli, wracają z zakamarków pamięci „berania” babek o utopcach i meluzynach. Sięgamy po albumy z pożółkłymi zdjęciami, po książki o Śląsku, w których odnajdujemy te same ślady, co u Kutza, idziemy do Teatru Korez, aby pośmiać się i popłakać na „Cholonku”.
Historie śląskich rodzin, w których tak do końca nic nie jest naprawdę białe, ani nic nie jest tak naprawdę czarne.

Mój pradziadek ze strony mamy, jak głosi rodzinny przekaz, służył u Wilusia, a że był wysoki, postawny i przystojny, służył w gwardii dworskiej. Był poddanym księcia pszczyńskiego i gdy ten był kiedyś w odwiedzinach na dworze, podobno sam cesarz powiedział mu, że ma w swojej gwardii człowieka z jego włości. Książę wezwał pradziadka do siebie i w nagrodę dał mu ziemię – tyle, ile był w stanie zaorać w jeden dzień. Na tej ziemi postawił dom i założył rodzinę. W tym domu przyszła na świat moja babka, moja mama, a potem ja. Dom po licznych przeróbkach, dobudówkach, łataniu i spinaniu ankrami przez kopalnię Boże Dary, wygląda oczywiście teraz inaczej, niż ten sprzed ponad stu lat. W piwnicy nie ma już też chlebowego pieca, na jego miejscu stoi nowoczesny piec centralnego ogrzewania, ale węgiel z kopalni Boże Dary dalej leży w tym samym kącie.

Pradziadek po powrocie ze służby u Wilusia uprawiał ziemię i dbał o porządek wokół zameczku myśliwskiego księcia w Promnicach, gdy ten przyjeżdżał tam na wypoczynek po polowaniu. Moją mamę, gdy była małą dziewczynką, zabierał czasami jej dziadek ze sobą do Promnic i wtedy miała okazję zza budynków gospodarczych podglądać lepsze towarzystwo. Od tamtego czasu chyba jej zostało, że najbardziej lubiła czytać książki o wyższych sferach i nie miało znaczenia, czy to była "Trędowata", czy też poważna biografia królowej angielskiej.

Gdy przyszła pierwsza wojna światowa, ojciec mojej mamy, a mój dziadek, jako poddany Wilusia, powędrował w prusackim mundurze i w pickelhaubie na głowie na wojnę, z której cudem udało mu się wrócić. Zaraz potem wybuchły powstania, więc poszedł spełnić swój obowiązek i też udało mu się wyjść z tego cało. Moja babka, jak inne żony, nosiła mu jedzenie do murckowskiego lasu i popędzała do szybszego przegonienia Niemców, bo w domu czekała robota i głodne dziecka.

Także drugi mój dziadek, ze strony ojca, brał udział w powstaniach. W przebraniu kobiety furą przewoził powstańczą broń, a między powstaniami często korzystał ze schowka pod podłogą, w izbie naprzeciwko drzwi wejściowych z sieni, kiedy to do domu zbliżała się policja. Dom dziadków w Moszczenicy znajdował się w nie bardzo sprzyjającym takim akcjom miejscu; po prostu z kuchennego okna nie było widać drogi i opuszczenie domu w ostatniej chwili było najczęściej już niemożliwe. Schowek był na tyle przydatny, że jeszcze zdążył z niego skorzystać w 1939 roku mój ojciec, nim wyjechał ukrywać się przed poborem do Wehrmachtu do znajomego gospodarza w innej wsi. Ale gdy Niemcy zagrozili wywiezieniem całej rodziny do obozu, jakby powiedział Kutz, było po ptokach. Ojciec dobrowolnie wdział niemiecki mundur i poszedł na wojnę. Na szczęście na front zachodni, w kompanii takich jak on "Niemców". Gdy w marcu 1945 zobaczyli pod Moers pierwszych Amerykanów, rzucili broń i poszli do niewoli. Miesiąc siedzieli w obozie jenieckim we Francji, na łące otoczonej drutami kolczastymi, bez zabudowań i jednego źdźbła trawy, bo wyjedli ją z głodu. Po miesiącu w obozie zjawili się polscy oficerowie, wywołali Ślązaków i bez objaśnień wywieźli do portu Calais, a stamtąd do Anglii. Tam ubrano ich w polskie mundury i wcielono do armii Maczka. Po zakończeniu wojny, ojciec pierwszym transportem wrócił do Polski, a potem na polskim Śląsku nieraz odpokutował ten Maczkowy mundur.

Mama miała trzech starszych braci i ci też byli w chwili wybuchu wojny w wieku poborowym. Najstarszy z nich był franciszkaninem, pierwszym księdzem z naszej parafii. W tym czasie przebywał w klasztorze w Piotrkowie. Gdy zamknięto polskie szkoły, młodzież z gimnazjum przychodziła na tajne komplety do klasztoru. Na tych kompletach ujek Manek uczył greki i łaciny. Gdy klasztorem zaczęło interesować się gestapo, wyjechał do Krakowa.

Dwóch młodszych spotkał ten sam los, co innych tutaj urodzonych. Jeden w niemieckim mundurze zawędrował aż pod Kursk, gdzie został ranny w nogę i tylko dzięki temu ocalał, bo poszedł na tyły do lazaretu, a drugi z kolei walczył na terenie byłej Jugosławii i w Grecji. Z narażeniem życia wykradał jedzenie z niemieckich magazynów i rozdawał tamtejszej ludności, która cierpiała straszliwy głód. Sceny, które oglądał na okupowanych przez Niemcy terenach, śmierć dzieci, które jego "koledzy" zabijali roztrzaskując im główki o mur, tak głęboko zapadły w jego pamięć, że gdy był w podeszłym wieku i nie bardzo już pamiętał, co jadł rano na śniadanie i którędy idzie się do kościoła, zaczął po raz drugi żyć w tamtym świecie; dla niego ta wojna nigdy się nie skończyła.

Moja rodzina miała szczęście. Wszyscy z wojny wrócili do domu, w czasie wyzwolenia mojej mamie i ciotkom też "się upiekło", ruscy nie narobili w naszym domu zbyt wielu szkód, bo po prostu nie było co wynieść. Podobno tylko jeden z ruskich stłukł lustro, bo widząc w nim swoje odbicie myślał, że mu się diabeł pokazuje. Bogatsi sąsiedzi byli bardziej poszkodowani. Sąsiada o niemieckim nazwisku Fitzek , który mówił po niemiecku, a któremu parę osób na pewno zawdzięczało życie - wybronił ich w urzędach i dlatego ominął ich Auschwitz - wywieziono w głąb Rosji. Wrócił po kilku latach, wrak człowieka, i wkrótce też umarł. Jego żonę, tak jak stała, wyrzucono wtedy z mieszkania na ulicę. Przygarnęła ją moja babka, chociaż w naszym domu też powoli robiło się ciasno. Mieszkała u babki do śmierci. Fitzkowa pochodziła z Ukrainy i dzięki niej poznaliśmy smak pierogów, barszczu ukraińskiego i kulebiaków.

W naszym domu, tak jak u Kutza, też od zawsze panował matriarchat. Moją prababkę znam tylko z opowiadań, ale to ona rządziła w domu, potem babka, no a później moja mama. Określenie Stara Demokracja u Kutza tak bardzo dla mnie znajomo zabrzmiało, że musiałam sobie „pobeczeć”, bo tak czasami mówił mój ojciec o swojej teściowej lub o swojej żonie, gdy mu te babskie rządy już bokiem wyłaziły.

Od kiedy pamiętam, dom był zawalony książkami. Babka czytała po niemiecku, bo w tym języku czytać się nauczyła, mama już po polsku, bo urodziła się w czasie, kiedy jej ojciec gonił Prusaków po murckowskim lesie i kiedy poszła do szkoły, była to już szkoła polska. Gdy parę lat po wojnie urodziłam się ja, a potem jeszcze moje dwie siostry i brat, ta tradycja czytania przetrwała. My, dziewczyny, dostałyśmy obligatoryjnie na któreś tam „Dzieciątko” po lalce, no bo tak się należało. Z tymi lalkami nasz wujek w habicie, Manek, zrobił nam zdjęcie i na tym był koniec zabawy. No, bo ile można się bawić jakąś durną lalką? Więc siedziały te wystrojone lalki na zasłanych łóżkach i robiły za dekorację. Obowiązkowym prezentem na wszystkie okazje i bez okazji były książki. Czytało się w każdej wolnej chwili, a w nocy pod pierzyną, przy świetle latarki.

Książki, których dzieci nie powinny były czytać, stały na najwyższej półce w komórce, nad krauzami z kompotem. I te nęciły najbardziej. Gdy rodziców nie było w domu, na stołku przyciągniętym z kuchni stawiało się ryczkę i wyciągało kolejną książkę. W ten sposób w wieku 12 lat miałam zaliczoną „Trędowatą” i wiele innych tego typu romansów. Pamiętam do dziś, jak szlochałam nad losem Stefci i ordynata Michorowskiego, czytając o ich wielkiej miłości na łące pod kasztanem. Przestudiowałam też wtedy dokładnie, ze szczególnym uwzględnieniem rozdziału o położnictwie, poważne dwutomowe dzieło naukowe z zakresu medycyny. To nie były czasy, kiedy rodzice czy szkoła uświadamiały dzieci, robiliśmy to na własną rękę. Dzięki tej książce przestałam wierzyć w bociany. Kiedy miałam już 18 lat i mama usiłowała mi jednak coś tam wytłumaczyć, serdecznie się uśmiałam i przyznałam do lektury tego skrzętnie przed nami chowanego dzieła.

Gdy szłam do Liceum Ogólnokształcącego w Ochojcu, miałam już zaliczonych muszkieterów, Hrabiego Monte Christo, rycerzy Okrągłego Stołu, a także „Wichrowe Wzgórza” Emily Bronte i będącego na indeksie kościelnym „Szerszenia” E.L. Voynich. Pierwszą dwóję w życiu dostałam z klasówki z języka polskiego, bo polonista posądził mnie o ściąganie. A ja po prostu dzięki książkom nie miałam trudności z wysławianiem się po polsku.

W dzień balu maturalnego, wraz z przyjaciółką, zostałyśmy przyjęte do Koła Młodych Literatów, któremu przy Pałacu Młodzieży w Katowicach patronował Wilhelm Szewczyk. Koło powstało w wyniku konkursu literackiego ogłoszonego przez Trybunę Robotniczą. Moje opowiadanie o Ślązakach i gorolach zakwalifikowało mnie do finału konkursu i zdecydowało o przyjęciu do koła, jednakże moje kontakty z nim urwały się po kilku miesiącach, bo zaczęłam studiować w Opolu. Dla mnie od początku było jasne, że to będzie polonistyka.

Na uczelni zetknęłam się z profesor Simonides i ta zaraziła mnie swoją śląską pasją. Uświadomiła mi, że nie muszę wstydzić się śląskiej gwary, bo to język naszych pradziadów, nasze korzenie, a nie pokręcony niemiecki, jak niektórzy usiłowali nam wmawiać, upokarzając nas przy tym. Profesor Simonides stworzyła na uczelni śląskie koło naukowe i z nią jeździliśmy po opolskich wsiach, nagrywaliśmy i spisywaliśmy śląskie opowieści. Cztery z nas z tych materiałów napisały prace magisterskie; tytuł mojej brzmiał: „Oleska anegdota ludowa”. Moje nazwisko figuruje też w spisie narratorów w pierwszych wydaniach „Berów śmiesznych i uciesznych” Simonides.

Po studiach rozjechałyśmy się w różnych kierunkach, ale dwie z nas, które pozostały na Śląsku, prof. Simonides namówiła na dalsze zbieranie materiałów i kontynuowanie pracy; miała ona zaowocować doktoratem. Mieszkałam wtedy w Raciborzu, więc teren do zbierania materiałów folklorystycznych był idealny.
Ale jak powiedział też w książce Kutz, Ślązak mógł podskoczyć tylko do pewnej wysokości, a potem było finito - pokazywano mu, gdzie jego miejsce i upadek bywał dość bolesny.

Po opublikowaniu przeze mnie chyba piątego już z kolei artykułu, dziekan wydziału, Walenty D., który przywędrował na Śląsk z Mazowsza, oznajmił prof. Simonides, że nie ma społecznego zapotrzebowania na tego typu rzeczy i że nie zgadza się na otwarcie przewodu.

A może to zemściła się na mnie moja złośliwość? Pana D. nie trawiłam już w czasie studiów, jego świntuszenia na ćwiczeniach i wykładach, zresztą nie tylko ja jedna, więc pluszową świnkę maskotkę, którą miałyśmy z koleżanką w pokoju w akademiku, nazwałyśmy jego imieniem. No i w ten sposób Walenty zakończył moją naukową karierę.

Jednakże ziarno posiane przez prof. Simonides już zakiełkowało i rosło.
Uczyłam w szkole średniej, większość moich uczniów pochodziła ze śląskich lub niemieckich rodzin, od pokoleń zasiedziałych na raciborskiej ziemi, na korytarzach i podwórzu szkolnym słyszało się przeważnie gwarę, wielu miało rodziny w Niemczech. Ich światopogląd był już mniej więcej ukształtowany, szkoła nie mogła tu już wiele zepsuć. To matki i babki mówiły i pokazywały im, kim są.

Wiedziałam o tym, przecież wywodziłam się również z takiego domu, tak więc lekcje o patriotyzmie to były przede wszystkim rozmowy o przywiązaniu do miejsca, w którym się urodziło i w którym się żyje.

Naturalną konsekwencją tego było też, że kiedy nauczycielka historii urządziła w szkole Izbę Pamięci Narodowej, powstańczy mundur mojego dziadka z Moszczenicy i jego odznaczenia znalazły sią tam w roli eksponatów. Do nich był dołączony napisany przeze mnie jego życiorys.

Z kolei nazwisko dziadka katowckiego widnieje na pomniku upamiętniającym powstania i uroczystość objęcia Górnego Śląska przez rząd polski w lipcu 1922 roku. Pomnik ten stał początkowo między Piotrowicami i Kostuchną, w 1939 został zniszczony przez Niemców. Jego replika stanęła w 2002 roku na skwerze przed kostuskim kościołem. W rodzinie mówimy – „nasz pomnik”.

Gwara była naszą „Muttersprache” . Ta niemiecka nazwa języka ojczystego jest chyba najtrafniejszym tego określeniem. Muttersprache – matczyna mowa. Do pójścia do szkoły posługiwaliśmy się tylko gwarą i tak było w każdej śląskiej rodzinie. Nauka języka zaczynała się od alamakota i to tak mocno siedzi w naszych śląskich zakutych łbach, że założę się, że nikomu z nas nie przyjdzie do głowy dzisiaj powiedzieć Ala mo kota. Tak więc języka polskiego uczyliśmy się dopiero w szkole. To był język, którym posługiwaliśmy się tylko poza domem, bo w domu mówiło i do dzisiaj mówi się gwarą. Chociaż w ostatnich latach zauważyłam, że najmłodsze pokolenie też w domu coraz częściej mówi „czysto po polsku”. Zjawisko jest na tyle zaskakujące, że rodzice przecież dalej „godajom”.

Tłumaczę to sobie faktem, że dzieci nie tylko w szkole mają do czynienia z językiem polskim, siedzą przecież godzinami przed telewizorem i komputerem i to powoduje, że tych parę zdań wypowiedzianych gwarą przez rodziców wpada gdzieś do jakiejś szufladki i w niej pozostają zamknięte. Gwara staje się tym, co nazywamy bierną znajomością języka – dziecko rozumie, co się do niego mówi, ale samo już mówić nie potrafi. A szkoda.

Bo jak powiedział Goethe: „Tyle razy jest się człowiekiem, ile zna się języków”.


11.03.2010

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.