LESZEK JODLIŃSKI -  (1967) historyk sztuki, menedżer kultury; w latach 2003-2008 dyrektor Muzeum w Gliwicach, w latach 2008-2013 dyrektor Muzeum Śląskiego w Katowicach; dyrektor Roku Polskiego w Austrii 2002-2003; wykładowca na Uniwersytecie Śląskim i Jagiellońskim z zakresu muzeologii; autor książek i licznych artykułów z zakresu historii sztuki (architektura ekspresjonistyczna XX wieku), historii Górnego Śląska, Europy Środkowej, stypendysta uniwersytetów w Amsterdamie, Heidelbergu i Tokio; animator projektów z dziedziny fotografii (publikacje, wystawy) i projektów popularyzacji dziedzictwa (w tym dla osób niewidomych); Od III 2014 r. do VI 2015 r. zatrudniony w Muzeum Śląskim w Opawie. Obecnie konsultant ds. muzeów.

Strona autorska:
http://jodlowanie.pl/


 

Historia bez tytułu, początku i końca...
 

Leży przede mną zdjęcie. To nie są ci bohaterowie. Moi nie mają jeszcze twarzy. Ale to kwestia czasu. Mają imiona i nazwiska. Wiem już całkiem sporo, ale to nie czas by ujawnić wszystko.

Właściwie można by zacząć tą historię od tego, że w 1897 roku F.E. Neumann przebudował część chóralną bytomskiej synagogi. Było to już wiele lat po tym, jak 25 maja 1868 roku położono kamień węgielny pod dom modlitwy. Nadano jej popularny kostium mauretański. Wiele takich powstało wówczas w Europie Środkowej. Podobną wzniesiono w pobliskich Gliwicach. Wzorem, niedoścignionym i wspaniałym była dla bytomskiej Nowa Synagoga w Berlinie i w Budapeszcie. Nie mam już zdjęć tej pierwszej. Właśnie skradziono mi fotografie z Berlina z 2015 roku. Trudno. Należy posłużyć się wyobraźnią, by zrozumieć o czym marzyli bytomscy Żydzi budując swoją synagogę.

Niedługo potem w przedsionku prowadzącym do chóralnej empory, znalazła się szafka, tak myślę, z nazwiskami członków synagogalnego chóru. Z upływem czasu tabliczki będą wymieniane na kolejne. Gdy opowieść nabierze tempa i kolorów, chórmistrzem będzie Rosenthal. Nie lubię tych niemieckich źródeł. Z pewną beztroską traktują imiona. Zatem na tym etapie ów Rosenthal, bez imienia które przecież miał, może związany z Selb w Bawarii, a może nie (nie znam innego Rosenthala) znajdzie się w chóralnej części synagogi i da znak do śpiewu… Stop. Nie teraz.

 

Hirsch (1) fot. Rodzina (edyt. L. Jodlinski)

Mogę też sobie go wyobrazić zmuszonego przez SS-manów do patrzenia na płonącą synagogę przy Friedrich-Wilhelm-Ring w ówczesnym Beuthen, jak nazywał się w 1938 roku plac przy którym stała. Budynki synagogi palić się będą trzy długie noce i dni. I spłoną. I niemal nic nie ocaleje. Niemal. To ważne w tej historii.

A może tą opowieść można bardziej skomplikować? Cofnijmy się zatem pod koniec 19. wieku do ówczesnego Breslau, gdzie bracia Halpaus, świeżo po fuzji z uznaną firmą A. M. Eckstein & Söhne prowadzą dużą wytwórnię tytoniu i papierosów, pyszniąc się tytułem oficjalnych dostawców na dwór pruski. Papierosy damskie i sportowe (cokolwiek to znaczyć może) palić też będzie wielu w Bytomiu.

Wreszcie początkiem tej opowieści może być 27 listopada 1921 roku. I berliński szpital…. przy Iranischen Strasse? Tego nie wiem. Data jest pewna i na pewno pójdę tym tropem.

Ta data jest także z innego powodu znamienna. Oznacza, że matka nowo narodzonego dziecka, jak i jego ojciec opuścili w tym czasie Bytom uciekając przed niepokojami plebiscytu i powstań śląskich. Berlin też jest targany niepokojami, ale dla obojga tam jest bezpieczniej niż w Beuthen. Ale wrócą tu jeszcze. Przecież bez tego ta historia zupełnie nie miałaby sensu…

© sZAFa 2016
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.